Szefowa MEN, Anna Zalewska.
Szefowa MEN, Anna Zalewska. (PAP, Fot: Marcin Obara)

Majmurek: "Demokracja zależy też od tego, czy potrafimy czasem usiąść przy jednym stole" (Opinia)

Jaki jest sens wezwań do nowych okrągłych stołów w Polsce 2019 roku? Traktowane dosłownie brzmią dość absurdalnie. Okrągły Stół mógł się wydarzyć w wyjątkowych okolicznościach historycznych, jakie we współczesnej Polsce po prostu nie mają miejsca.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Obserwując Polską politykę ostatnich czterech lat, można dojść do wniosku, że co najmniej od czasu wojny na górze – konfliktu między środowiskiem Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego na początku lat 90. – nigdy po roku ’89 spory polityczne nie były w Polsce tak gwałtowne, a towarzyszące im podziały w społeczeństwie tak ostre.

Jeśli za początek wolnej Polski uznać wydarzenia z 1989 roku – obrady Okrągłego Stołu, pierwsze, częściowo wolne wybory w czerwcu, utworzenie rządu Tadeusza Mazowieckiego – to trzeba przyznać, że jej okrągłe, trzydzieste urodziny świętujemy w wyjątkowo niesprzyjających wspólnym celebracjom nastrojach.

W tej sytuacji z lewa i prawa padają propozycje "nowego Okrągłego Stołu", przy jakim usiąść by miało poróżnione społeczeństwo. PiS obok anty-PiS, Sławomir Broniarz koło premier Szydło; Lech Wałęsa obok Jarosława Kaczyńskiego; Polacy z Marszu Niepodległości krzesło w krzesło z tymi z Parady Równości.

Na łamach "Gazety Wyborczej" Marek Beylin zastanawiał się niedawno, czy do przywrócenia normalnie działającej demokracji liberalnej po rządach PiS nie będzie konieczne porozumienie podobne do Okrągłego Stołu, ustalające pewien minimalny konsensus co do reguł gry i demokratycznego minimum między wszystkimi istotnymi dziś w Polsce politycznymi siłami. W tym z tą częścią PiS, która tak jak komuniści w 1989 roku, będzie gotowa zaakceptować demokratyczne reguły.

Źródło: PAP / Lech Wałęsa i Jarosław Kaczyński przy nowym "Okrągłym stole"? w Trzydzieś lat po odzyskaniu wolności, trudno sobie to wyobrazić. (fot. Adam Warżwa)

Tylko takie porozumienie miałoby zagwarantować to, że w przyszłości żadna siła nie będzie ulegała pokusie podkładania min pod polski porządek konstytucyjny – jak robią to obecnie ludzie Kaczyńskiego.

Rządząca partia i jej medialni akolici atakują Okrągły Stół, jak zmowę elit, "porozumienie komunistów z ich agentami" (jak uprzejmy był się wyrazić doradca prezydenta, profesor Andrzej Zybertowicz), moment założycielski III RP jako faktycznego PRL bis. Gdy jednak PiS jest to wygodne, samo sięga jednak po symbolikę Okrągłego Stołu.

Właśnie Okrągły Stół – a nie na przykład Wielką Narodową Debatę o Edukacji - zaproponował rząd w poniedziałek protestującym nauczycielom, zapraszając ich do rozmowy nie tylko o podwyżkach i płacach, ale przyszłości szkolnictwa w Polsce.

Demokracja nie potrzebuje Okrągłego Stołu

Jaki jest sens wezwań do nowych okrągłych stołów w Polsce 2019 roku? Traktowane dosłownie brzmią dość absurdalnie. Okrągły Stół mógł się wydarzyć w wyjątkowych okolicznościach historycznych, jakie we współczesnej Polsce po prostu nie mają miejsca.

Trzydzieści lat temu władza nigdy nie usiadłaby z opozycją do jednego stołu, gdyby nie bardzo głęboki kryzys Polski Ludowej końcówki lat 80. Nie tylko gospodarczy, ale także polityczny, społeczny i moralny. Sieć instytucji komunistycznej władzy, która była w stanie kontrolować społeczeństwo przez ponad czterdzieści lat, zaczęła tracić kontrolę i resztki społecznej legitymacji. W tej sytuacji konieczne było powołanie specjalnej, pozaustrojowej instytucji, jako jedynej zdolnej wyprowadzić ówczesną Polskę z głębokiego impasu.

Dobrze urządzona demokracja liberalna powinna potrafić obejść się bez takich nadzwyczajnych instytucji – te zaprojektowane w jej porządku ustrojowym, powinny radzić sobie ze wszystkimi problemami, jakie pojawiają się w życiu każdej wspólnoty politycznej.

Takim normalnym problemem jest na przykład spór zbiorowy prowadzony przez liczną, ważną dla funkcjonowania społecznej całości branżę – jak nauczyciele – z rządem. W normalnych warunkach w podobnej sytuacji nie potrzeba żadnego Okrągłego Stołu – wystarczą ciała takiej jak Rada Dialogu Społecznego, negocjacje na linii rząd-związkowcy, wreszcie parlamentarna polityka. To w parlamencie powinna toczyć się debata nad kierunkami zmian edukacji. Nauczyciele, rodzice, uczniowie powinni mieć w nim swoich reprezentantów, zdolnych artykułować interesy każdej z tych grup.

Jeszcze bardziej gładko – bez konieczności żadnych specjalnych Okrągłych Stołów – powinno przebiegać przekazanie władzy z rąk jednego obozu politycznego do drugiego. W normalnych demokratycznych warunkach partia, która przegrywa wybory, przechodzi do opozycji i płynnie przekazuje klucze do kluczowych instytucji tej, która ją pokonała.

Choć z opozycji krytykuje i rozlicza rząd, pozostaje lojalna wobec państwa, jego porządku konstytucyjnego i instytucji. Nie podważa legitymacji władzy, tylko dlatego, że sprawuje ją kto inny. Nie wyzywa konkurentów od złodziei, zdrajców i agentów. Nie oskarża ich o "zamordowanie" ofiar katastrofy komunikacyjnej.

Stół retoryczny

Czy wszystkie wezwania do "nowego Okrągłego Stołu" są świadectwem tego, że w Polsce najbardziej podstawowe demokratyczne instytucje i mechanizmy znalazły się w tak głębokim kryzysie, że nie wierzymy, że zadziałają? Czy z III RP jest politycznie tak źle, jak było z PRL w końcówce władzy grupy generała Jaruzelskiego?

Zanim zastanowimy się nad odpowiedzią na to pytanie, warto pamiętać, że kiedy politycy przywołują symbol Okrągłego Stołu, niekoniecznie znaczy to, że pragną dialogu i porozumienia. Trudno uwierzyć, by rząd premiera Morawieckiego naprawdę gotów byłby do poważnych rozmów z nauczycielami, rodzicami i uczniami na temat tego, w jakim kierunku powinny iść zmiany w polskiej oświacie.

Na takie rozmowy był czas, gdy ministra Zalewska wprowadzała w życie w błyskawicznym tempie reformę znoszącą gimnazja i przywracającą ośmioklasowe podstawówki. Nikt wtedy nie pytał uczniów, rodziców i nauczycieli o zdanie. Decyzja o reformie została podjęta na podstawie, nie wiadomo właściwie jakich kryteriów i z całą konsekwencją wdrożona w życie, bez oglądania się na wątpliwości i protesty. Ministra Zalewska najprawdopodobniej wyjeżdża do Brukseli, a ze skutkami reformy w postaci bałaganu i kumulacji roczników zmierzy się ktoś inny. Cenę zapłacą uczniowie.

Propozycje Okrągłego Stołu w szkolnictwie wysuwane przez rząd mają służyć niezainicjowaniu jakiegokolwiek dialogu, ale spacyfikowaniu obecnych nauczycielskich protestów, bez konieczności merytorycznego odniesienia się do płacowych żądań strajkujących. Propozycja spotkania przy edukacyjnym Okrągłym Stole ma przenieść dyskusję na inne, wygodniejsze dla PiS obszary. Ma też – do czego od początku sporu z nauczycielami dąży rządząca partia – podzielić środowisko nauczycielskie i zwrócić przeciwko niemu opinię publiczną. Propozycje Okrągłego Stołu w oświacie mają służyć głównie temu, by rząd mógł powiedzieć: "proszę, my chcemy rozmawiać, to nauczyciele upierają się, odmawiają dialogu i biorą dzieci jako zakładników".

Źródło: PAP / Propozycje Okrągłego Stołu w szkolnictwie wysuwane przez rząd mają służyć nie zainicjowaniu jakiegokolwiek dialogu, ale spacyfikowaniu obecnych nauczycielskich protestów. (fot. Paweł Supernak)

Także rozważania o "nowym Okrągłym Stole" ze strony opozycji są nie tyle otwarciem się na dialog z PiS i tą częścią opinii publicznej, jaką reprezentuje ta partia, ile narzędziem mobilizacji najbardziej tożsamościowo wrogiego stronnictwu Kaczyńskiego elektoratu. Jedną z narracją, przy pomocy których Koalicja Europejska będzie mobilizować w tym roku wyborców, będzie opowieść o tegorocznych wyborach, jako powtórce z 4 czerwca 1989 roku – gdy cała Polska ponad podziałami zjednoczyła się w jednej liście wyborczej, głos, na którą oznaczał opowiedzenie się przeciw władzy PZPR, za demokratyczną transformacją. W tej narracji figura "Okrągłego Stołu z PiS" znaczy nie tyle "jesteśmy gotowi na rozmowy z PiS", ile "PiS jest co najmniej tak samo złe, jak komuna".

Taka figura, choć atrakcyjna dla części elektoratu, może wywoływać zrozumiały sceptycyzm. Jak wielkich szkód nie poczyniłby PiS w sądownictwie, jak skandalicznie nie traktowałby parlamentu, czego nie zrobiłby z TVP, to Polska roku 2019 ciągle bliżej jest demokracji liberalnej, niż monopolistycznej władzy partii komunistycznej z późnych lat 80. Opozycja ma wiele instrumentów, jakich opozycja demokratyczna przed Okrągłym Stołem nigdy nie miała, by przekonywać Polaków i Polki do swoich poglądów, swojej wizji świata, by prowadzić z Kaczyńskim normalną polityczną grę na programy, propozycje, wizje urządzenia życia nad Wisłą.

Nawet jeśli druga kadencja PiS stwarza realne zagrożenie, że pole działania dla opozycji radykalnie się zawęzi, to opowieść o roku 2019, jako powtórce 1989 może wielu najbardziej nawet niechętnym PiS osobom wydać się przesadzona i nieprzekonująca.

Potrzeba deeskalacji

A jednocześnie, poza polityczną retoryką, przesadą, nietrafionymi porównaniami we wszystkich wezwaniach do "nowych Okrągłych Stołów" tkwi pewne racjonalne jądro. A przynajmniej racjonalna intuicja, że politycznej polaryzacji zapędziliśmy się tak bardzo, że jeśli nie siądziemy do jego stołu, to się wkrótce – przynajmniej metaforycznie – pozabijamy.

Przez lata Polska polityka cierpiała na nadmiar konsensusu. Ktokolwiek nie wygrywał wyborów, realizował w zasadzie bardzo podobną politykę. Nie tylko w kwestiach, gdzie daleko posunięty konsensus był konieczny – orientacja atlantycka, kurs na Unię Europejską – ale także tam, gdzie polskiej demokracji nie zaszkodziłoby więcej sporu: w kwestiach polityki ekonomicznej, stosunków państwo-kościół, praw obywatelskich itd.

Tę politykę konsensusu rozbił PiS w 2005 roku. Od tego momentu polska polityka budowana jest na konflikcie, wskazywaniu wroga i polaryzacji. Tym ostrzejszej, że dwie partie zajmujące większość sceny politycznej tak naprawdę całkiem sporo łączy.

Ta polityka polaryzacji dociera dziś do ściany. Staje się coraz bardziej dysfunkcjonalna. Niszczy kapitał społecznego zaufania, zdolność państwa i społeczeństwa do działania jako całość. Trudno o takie działanie, gdy obie strony oskarżają się o najgorsze, odmawiają przeciwnikowi nie tylko racji, ale niemalże przynależności do narodowej wspólnoty.

Źródło: PAP / Propozycja spotkania przy edukacyjnym Okrągłym Stole ma przenieść dyskusję na inne, wygodniejsze dla PiS obszary. (fot. Rafał Guz)

Choć opozycja też ma swoje winy w tej kwestii, to ostatecznie wszelkie granice przekracza tu PiS. Nikt wcześniej na ten przykład nie zmienił telewizji publicznej nie tyle w narzędzie propagandy władzy, co seansów nienawiści wobec jej przeciwników i popierających ich grup społecznych.

Demokracja opiera się na niepisanym, ale podzielanym przez wszystkich założeniu, po skończeniu wyborczej walki jesteśmy wszyscy w stanie usiąść przy jednym stole, wspólnie działać jako obywatele tego samego państwa. To założenie jest dziś słabsze w Polsce, niż kiedykolwiek było w latach 90., gdy ciągle dzielił nas spór postkomunistyczny, a wielu liberałów protekcjonalnie przekonywało, że ze względu na postkomunistyczny rodowód partiom takich jak SLD "mniej wolno".

Za takimi słowami szła jednak zdolność wspólnego działania postkomunistycznych i postsolidarnościowych elit w kilku kluczowych obszarach – z europejskim na czele. Dziś partyjna zaciętość zatruwa działanie państwa nawet w Europie – co najlepiej pokazuje bezsensowny, groteskowy opór PiS przeciw ponownemu wyborowi Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej.

Nie wiem, czy są dziś okoliczności zdolne zmusić elity polityczne do tego, by wycofały się z polityki tak intensywnego konfliktu i usiadły przy jakimkolwiek współczesnym odpowiedniku Okrągłego Stołu. Polityka polaryzacji, konfliktu przedstawianego w kategoriach starcia absolutnych moralnych racji, wojny dwóch Polsk jest zbyt wygodna dla liderów po obu stronach sporu, by oddać ją bez walki.

Okrągły Stół to lekcja, że nie da się robić demokratycznej polityki, bez rezygnacji z kryminalizacji politycznego przeciwnika, bez uznania go za kogoś, kogo interesy, symbole i wrażliwości także posiadają legitymację do ekspresji w sferze publicznej i w działaniach państwa. Dopiero na tym gruncie partyjna konkurencja przestaje podkopywać logikę działania państwa, bardziej przypomina wolną debatę, niż miękką wojną domową. Ciągle dominujące w polskiej polityce pokolenie Okrągłego Stołu jak się zdaje niemal zupełnie, zapomniało o tej lekcji.

Być może bez wielkiej pokoleniowej zmiany, nie mamy jej sobie szansy przypomnieć. Im szybciej to się stanie, tym lepiej – za zmarnowane lata konfliktów obecnych elit prędzej czy później wszyscy zapłacimy rachunek.

Polub WP Opinie
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące