Trwa ładowanie...

Gen. Adam Rapacki o spotkaniach z szefem mafii wołomińskiej: ryzyko było spore

Roczne zyski pruszkowskich gangsterów według świadków koronnych wynosiły łącznie około 50 milionów dolarów. Mieszkali w willach z basenami, rozbijali się drogimi samochodami, ale oficjalnie żaden z nich nic nie miał. Relatywnie, w porównaniu do tego, jakimi pieniędzmi obracali, odebraliśmy im stosunkowo niedużo majątków - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską gen. Adam Rapacki. Najbardziej znany polski policjant, w szczerej rozmowie wspomina także pertraktacje z szefem mafii wołomińskiej. - "Dziad" na drugim spotkaniu zrobił mi pokaz siły. Zaczął mnie wprost straszyć, że nie ma żadnego problemu, żeby się mnie pozbyć. Wystarczy zlecić zadanie "misiom ze Wschodu". Realnie, dokonanie takiego zabójstwa dla zawodowców nie stanowi żadnego problemu - tłumaczy generał. Niedawno miała miejsce premiera książki "Niepokorny. Rozmowy z generałem Adamem Rapackim".

Share
Gen. Adam Rapacki o spotkaniach z szefem mafii wołomińskiej: ryzyko było spore
Źródło: Eastnews, fot: Robert Szwedowski
dtcmbj8

WP: Ewa Koszowska, Wirtualna Polska: Kiedy przestępczość w Polsce zaczęła lawinowo rosnąć?

Gen. Adam Rapacki: W latach 1988-1989 liczba przestępstw stwierdzonych zwiększyła się o ponad 100 proc. Pojawiły się nowe zjawiska, takie jak strzelaniny na ulicach, podkładanie ładunków wybuchowych, zabójstwa na tle porachunkowym, bicie i wywożenie nieposłusznych do lasu. Przestępcy z Polski zaczęli intensywnie współpracować z zorganizowanymi grupami przestępczymi na świecie.

WP: Zaczęła rodzić się mafia?

dtcmbj8

- Tak potocznie nazywano przestępczość zorganizowaną.

WP: Przewijały się dwa główne gangi: pruszkowski i wołomiński. Jak sobie z nimi radziliście?

- Grupy wołomińska i pruszkowska były jednymi z najsilniejszych struktur przestępczych, najbardziej znanymi medialnie. Grupa pruszkowska chciała podporządkować sobie całą działalność przestępczą w Polsce. I prawie to zrobiła. W wielu regionach kraju miała wyznaczanych przedstawicieli, którzy kontrolowali rozwój przestępczości na danym terenie, ściągali haracze z działalności innych grup. Jeśli ci przedstawiciele mieli problemy z innymi, pomniejszymi grupami, które nie chciały się podporządkowywać, to przyjeżdżał desant z Warszawy - kilkudziesięciu chłopa z karabinami, bejsbolami i łamali opór miejscowych. Czasami dochodziło do tego, że ktoś znikał a potem znajdowano ciało - został zastrzelony czy wysadzony w powietrze. Siła grupy pruszkowskiej tkwiła w stosowanej przemocy i rozbudowanych wpływach w całej Polsce.

WP: Jak duża była wtedy grupa wołomińska?

dtcmbj8

- Obydwie grupy, zarówno "Pruszków", jak i "Wołomin", popełniali przestępstwa na terenie całego kraju, a nawet poza granicami. W grupie wołomińskiej działało kilkadziesiąt osób, jeśli liczyć grupy współpracujące to nawet kilkaset. Obie te grupy skutecznie ze sobą walczyły, sporo trupów padło po jednej i po drugiej stronie.

Tak naprawdę w całym kraju, w tamtym okresie działało ponad sto zorganizowanych grup, które popełniały najróżniejsze przestępstwa, od zabójstw, rozbojów, napadów na tiry poprzez organizowanie dużych przemytów alkoholu, papierosów, narkotyków. Ogromne zyski płynące z tych przestępczych biznesów spowodowały, że grupy przestępcze rosły w siłę i miały coraz większe wpływy.

WP: To, że w Polsce w latach 90. mieliśmy do czynienia z mafią pokazuje historia "Baraniny", jednego z największych polskich gangsterów. Kiedy policja zaczęła się interesować Jeremiaszem Barańskim?

- "Baranina" zaczynał od przekrętów w handlu walutą w Budapeszcie w końcówce lat siedemdziesiątych, był organizatorem przemytu alkoholu, papierosów, narkotyków, zlecał porwania i zabójstwa. Nie miał oporów, mordował nie tylko przeciwników, ale też swoich wspólników. Chciał powołać grupę, która wiodła by prym nie tylko w Polsce, ale w całej Europie Środkowej. Nawet z aresztu kierował ludźmi i wydał też stamtąd wyrok śmierci na naszego świadka.

dtcmbj8

WP: Udało mu się go zlikwidować?

- Został postrzelony w klatkę piersiową, ale zdołał uciec i przeżył. "Baranina" odpowiadał przed sądem w Wiedniu o zlecenie zabójstwa byłego ministra sportu Jacka Dębskiego, ostatecznie popełnił samobójstwo w celi, powiesił się.

WP: Prowadził pan pertraktacje z bossem mafii wołomińskiej "Dziadem". Negocjował też pan z "Wariatem". Policja często negocjuje z przestępcami?

- Przez lata pracowałem operacyjnie i współpracowało ze mną kilkudziesięciu agentów (tajnych współpracowników, którzy tkwią w środowisku przestępczym i współpracują z organami ścigania - przyp. red.). Taka współpraca jest rzeczą naturalną dla policjantów pracujących operacyjnie.

dtcmbj8

Dostaliśmy informację z centrali niemieckiej policji o Polaku, który zgłosił się do tamtejszej wytwórni z zamówieniem na produkcję papieru ze znakami wodnymi podobnymi do tych, jakie widnieją na rosyjskich rublach. Ustaliliśmy, że to grupa wołomińska chce zorganizować na potężną skalę produkcję fałszywych pieniędzy. Do jakiegoś momentu kontrolowaliśmy te ich działania.

WP: Okazało się jednak, że przestępcy was ograli...

- Byli zręczniejsi od nas. Tymczasem temat był wyjątkowo poważny i groził skandalem międzynarodowym. Kiedy Rosjanie dowiedzieli się, że w legalnej wytwórni niemieckiej wyprodukowano pięć ton papieru ze znakami wodnymi, przestraszyli się, że może to zaszkodzić rosyjskiej gospodarce. Ze sprawy kryminalnej zrobiła się polityczna. W takiej sytuacji trzeba było skorzystać z niekonwencjonalnych metod i jedną z nich były moje negocjacje z liderami grupy wołomińskiej.

WP: Jak się pan umówił na spotkanie?

dtcmbj8

- Z Wiesławem Niewiadomskim "Wariatem" mieliśmy wspólnych „znajomych”. Jeden z rozpracowanych przeze mnie przestępców po wyjściu z więzienia utrzymywał ze mną kontakt. Darzył mnie szacunkiem i czasami opowiadał co u niego słychać. To on zorganizował spotkanie z "Wariatem". Do Henryka Niewiadomskiego "Dziada" po prostu zadzwoniłem. Znałem jego numer telefonu, umówiliśmy się na spotkanie, podczas którego powiedziałem wprost" "Wykiwaliście nas, trudno. Niestety musicie oddać nam papier, bo to się źle skończy dla was, waszych rodzin".

WP: Tak po prostu posłuchali?

Musiałem ich przekonać, że uruchomienie i puszczenie w obieg fałszywych pieniędzy będzie skutkowało tym, że oni, koledzy, ich rodziny będą odpowiadali za najmniejsze naruszenie prawa. Będziemy ich nękać na każdym kroku, nawet za niewłaściwe przejście po pasach. Dzieci to dla gangsterów wrażliwy temat, a ich pociechy właśnie wchodziły na przestępczą ścieżkę. Powiedziałem, że uruchomimy przeciwko nim wszystkie inne formacje, również zagraniczne i już nigdy nie zrobią żadnego "interesu" ani w Polsce, ani na świecie. W jakiejś części udało mi się ich przekonać do poniechania tego zamiaru. Odzyskaliśmy prawie w całości papier, który przywieźli. A tych, którzy wyprodukowali i wprowadzili do obrotu niewielką ilość fałszywych rubli zatrzymaliśmy i postawiliśmy przed wymiarem sprawiedliwości. To było dosyć niekonwencjonalne i brawurowe działanie. Ale sytuacja wymagała tego, żeby ryzykować.

WP: Bał się pan?

dtcmbj8

- Ryzyko było spore. Najpierw trzeba było przekonać tych gangsterów do tego, żeby chcieli rozmawiać. Potem należało ich nakłonić do realizacji naszych dyspozycji. Co by nie powiedzieć, nawet wśród tych starych gangsterów była część dosyć honorowych, którzy dotrzymywali słowa. W pewnym momencie zrobiło się niebezpiecznie. "Dziad" na drugim spotkaniu zrobił mi pokaz siły. Zaczął mnie wprost straszyć, że nie ma żadnego problemu, żeby się mnie pozbyć. Wystarczy zlecić zadanie "misiom ze Wschodu". Dostaną zlecenie: zdjęcie, adres zamieszkania, informacje o samochodzie, którym się poruszam i po wszystkim odbiorą tylko kopertę z wynagrodzeniem. Nawet nie muszą mieć kontaktu ze zleceniodawcą i temat będzie załatwiony. Realnie, dokonanie takiego zabójstwa dla zawodowców nie stanowi żadnego problemu. To trzeba było też uwzględniać. Od tej pory nie rozstawałem się z bronią, sprawdzałem, czy nie mam czegoś pod samochodem.

WP: Jak wyglądały kulisy rozgromienia mafii pruszkowskiej? Przez długi czas gangsterzy bawili się z wami w ciuciubabkę.

- Apogeum działalności grupy pruszkowskiej to były lata 90. Ale ich pierwsza strzelanina miała miejsce pod koniec lat 80. Natomiast zasadnicze zarzuty dla "zarządu" o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą zostały im postawione dopiero w 2000 roku.

WP: Szmat czasu. Co robiliście przez tyle lat?

- To nie to, że spaliśmy. Do każdego zdarzenia z ich udziałem były prowadzone czynności. Zatrzymywano ludzi i zbierano dowody. Czasami niektórzy załapali się na jakieś zarzuty o przemyt alkoholu, narkotyków, papierosów czy kryminalne przestępstwa. Część z nich była ciągle uwikłana w sprawy. "Zarząd" długo unikał zatrzymań. Wpadali mniejsi wykonawcy, natomiast decydenci byli bezkarni, bo pomniejsi członkowie grupy nie chcieli wyjaśniać, dawać dowodów obciążających "zarząd". Wiedzieli, że może się to skończyć dla nich tragicznie, że mogą stracić życie. I bali się mówić. Ale w roku 2000 udało się przełamać milczenie.

WP: Wtedy narodziła się instytucja świadka koronnego.

- Stopniowo pozyskaliśmy kilku świadków działających w grupie. Swoimi zeznaniami obciążali innych, włącznie z liderami grup pruszkowskiej i wołomińskiej. Wtedy zostało aresztowanych i skazanych kilkadziesiąt osób: za kierowanie grupą przestępczą o charakterze zbrojnym, rozboje, przemyt narkotyków, kradzieże samochodów i wiele innych przestępstw. Procesów ludzi związanych z tzw. grupą pruszkowską było kilkadziesiąt I trwały wiele lat.

WP: Kto należał do zarządu "Pruszkowa"?

- Było to sześciu ludzi: "Słowik", "Wańka", "Parasol", "Malizna", "Bolo" i "Kajtek". Wcześniej bossem był "Pershing", zastrzelony w Zakopanem w 1999 roku w ramach porachunków mafijnych.

WP: Operację zatrzymania "Enigma" przygotowywaliście w ścisłej tajemnicy.

- Nie chcieliśmy by doszło do jakiegoś przecieku. Dziennikarze o operacji przeciwko "Pruszkowowi" dowiedzieli się dopiero po dwóch dniach, przy okazji innej sprawy. W zatrzymaniu brało udział kilkaset policjantów. Starcie z grupą pruszkowską, które miało miejsce w 2000 roku, to efekt skumulowanego działania, zebrania wszystkich innych spraw, w których wcześniej nie było mocnych dowodów. W pierwszej fazie realizacji zatrzymaliśmy wtedy 80 proc. tych, na których nam zależało. Tak naprawdę jednak sprawy dotyczące grupy pruszkowskiej trwają do dziś.

WP: Jak duże były majątki gangsterów?

- To była nasza słabość. Roczne zyski pruszkowskich gangsterów według świadków koronnych wynosiły łącznie około 50 milionów dolarów. Mieszkali w willach z basenami, rozbijali się drogimi samochodami, ale oficjalnie żaden z nich nic nie miał. Mimo, że od samego początku została powołana oddzielna grupa policyjno-prokuratorska, która miała zająć się szukaniem tych majątków, niewiele wskórali. Przestępcy byli zręczniejsi, wszystkie majątki przepisywali i to nawet nie na członków najbliższych rodzin, tylko gdzieś dalej. Ukrywali, kto jest rzeczywistym właścicielem nieruchomości, terenów czy podmiotów prowadzących działalność gospodarczą. Relatywnie, w porównaniu do tego, jakimi pieniędzmi obracali, odebraliśmy im tych majątków stosunkowo niedużo.

WP: Co odpowiadali, gdy pytaliście ich na przesłuchaniach o majątki?

- Gangstera najbardziej boli nie wyrok skazujący, tylko to, że ktoś go może pozbawić mienia, które zgromadził w wyniku działalności przestępczej. Pamiętam takie przesłuchanie jednego z tuzów, kiedy policjantka pytająca go o nieruchomości, wywołała u niego potężną irytację. Zaczął jej grozić. Widać, że to go akurat ruszyło. Nie ma lepszej metody na zwalczanie przestępczości zorganizowanej jak odbieranie tego, co ktoś ukradł. Wtedy nie opłaca się popełniać przestępstwa.

WP: Czy mafia w Polsce była powiązana ze służbami specjalnymi?

- Zdarzały się takie przypadki, ale nie wolno generalizować, że to służby jako instytucje sterowały całą zorganizowaną przestępczością. Znam szereg przykładów powiązań gangsterów z ludźmi ze służb. Kiedyś pracowałem nad dużą sprawą gospodarczą, gdzie główny podejrzany miała stanąć w sądzie jako oskarżony o poważne przestępstwa, na dzień przed rozprawą wyjechał za granicę pomimo, że miał zastrzeżony paszport ( był zdeponowany w ówczesnym urzędzie spraw wewnętrznych). Prawdopodobnie zrobiono z niego agenta służby bezpieczeństwa i wysłano za granicę - teoretycznie, żeby zdobywał tam informacje, a w praktyce bardziej chodziło o jakieś lewe interesy tych, którzy wypuścili tę osobę poza Polskę. Według mojej wiedzy, wiązało się to wtedy z łapówką, którą dostał wysoki urzędnik SB. Natomiast procesowo udowodnić się tego nie udało.

WP: "Baranina" współpracował nie tylko z polskimi służbami, ale też z zagranicznymi.

- I to z kilkoma. To był zręczny manipulator. Dał się zwerbować Polakom, Austriakom i Niemcom. A tak naprawdę, to kupił sobie tych funkcjonariuszy. Brali od niego pieniądze, a mówił im tylko to, co chciał. Skorumpował prawie całe kierownictwo do walki z przestępczością zorganizowaną EDOK w Wiedniu. Prawdopodobnie, na jakimś etapie, dogadał się też w Niemczech z tamtejszym prokuratorem, bo kiedy nawiązaliśmy współpracę, to woli dogadania się, żeby w "Baraninę" uderzyć, z tamtej strony nie było. Wiedzieliśmy też, że miał kupionych ludzi w polskiej straży granicznej. Zawsze, gdy przyjeżdżał do Polski, sprawdzał najpierw, czy nikt nie chce go zatrzymać na granicy. Kilka razy wyślizgiwał nam się w przedziwny sposób. Między innymi wtedy, gdy szykowaliśmy zasadzkę pod jego restauracją na Żoliborzu. Czekaliśmy na na niego w tej zasadzce, ale on wiedział I nie przyjechał.

WP: Policjanci często działali z gangsterami?

- Zdarzało się.

WP: Co się robi z kolegami, którzy przekazują informacje bandytom?

- Najważniejsze, to udowodnić im to, czyli wcześnie wyłapać takiego kreta. Grupy przestępcze często szukają wtyczek w policji, służbach. Takie znajomości mogą skutkować tragicznymi zdarzeniami. Realizowaliśmy operację specjalną, gdzie w grupę przestępców weszła nasza para przykrywkowców (policjanci wprowadzeni pod przykryciem do grupy przestępczej - przyp. red.). Była to dziewczyna w zaawansowanej ciąży i chłopak. W pewnym momencie gangsterzy poprzez "swojego" policjanta sprawdzili dokumenty, którymi nasi się posługiwali. Trefny policjant sprawdził bazy danych i potwierdził, że nie pracują tam, gdzie podali. Porwali nam tych przykrywkowców. Dobrze, że zastosowaliśmy środki bezpieczeństwa, zlokalizowaliśmy gdzie są i ich odbiliśmy. Nikomu nic się nie stało. Ale jak trafi się taki "kret" w środowisku, to może wyrządzić gigantyczną szkodę. Nie było u nas żadnych sentymentów w stosunku do tego typu ludzi. To jest w środowisku traktowane jako największa zdrada.

WP: Jak się ich wprowadza przykrywkowców do grupy przestępczej?

- Każdego roku jest prowadzonych przez policję kilkadziesiąt operacji specjalnych, kończących się w sądach wyrokami skazującymi. Warto podkreślić, że jak tylko zbudowaliśmy system operacji specjalnych, to od razu narzuciliśmy bardzo wysokie standardy. Dzięki temu, w 1996 roku, zostaliśmy przyjęci do grupy szefów zarządzających operacjami specjalnymi International Working Group. Byliśmy dwunastym krajem na świecie, który zaproszono do tego elitarnego grona. Żeby wprowadzić policjanta do grupy przestępczej, trzeba o takiej grupie zebrać jak najwięcej informacji, a następnie zbudować legendę policjanta, czyli jego nowy życiorys. Kiedy wszystko jest gotowe, szuka się w środowisku osoby, która potwierdzi fakty z jego życia. Albo też sam znajduje zaufanie członków grupy. Podstawowa zasada jest taka, że to narzędzie wykorzystywane jest tylko do celu walki z przestępczością. Nie ma mowy o prowokowaniu i nakłanianiu do popełniania przestępstw. Te działania zmierzają do udowodnienia czynu karalnego komuś, kto już je
popełnia czy popełnił. Nie wolno inspirować do przestępczej działalności.

WP: W jakich operacjach biorą udział przykrywkowcy?

- Tych operacji jest wiele i dotyczą różnych, poważnych przestępstw. Nasi ludzie mieli na przykład udowodnić organizację przemytu papierosów. Byli wplątani w struktury przerzucające nielegalnych migrantów przez granice. W grupę przemytników narkotyków wprowadzaliśmy swoich ludzi, którzy pracowali jako kierowcy, a przesyłki śledziliśmy po to, żeby ustalić, kto jest organizatorem, kto dostawcą narkotyku, kto jest odbiorą, kto pomaga przy przerzucaniu przez granicę, czy nie ma kupionych celników, strażników granicznych. Realizowaliśmy operacje zabójstw na zlecenie, uzyskiwaliśmy dowody potwierdzające fakty popełniania tych zbrodni. Działalność przykrywkowców to jest najwyższa forma pracy operacyjnej. Wykorzystanie jej zależy od inwencji i pomysłowości policjantów zarządzających tego typu operacjami.

WP: Ta granica wydaje się być bardzo cienka. Czy przkrywkowcy czasami zbytnio się nie zaprzyjaźniają z bandziorami?

- Istnieje takie ryzyko. Ta granica jest cienka, dlatego ważnym jest, żeby tego typu zespołami kierowali ludzie, którzy sami znają tematykę, którzy pracowali operacyjnie w środowiskach gangsterów, potrafią odróżnić, co jest przestępstwem i jak je udowodnić. Przełożeni muszą kontrolować swoich podwładnych, żeby przykrywkowcy nie zatracili dystansu do tego, co jest dozwolone, a co jest już zabronione przez prawo. Znam przykłady na świecie, gdzie rozwiązywano całe struktury przykrywkowe, bo wymknęły się spod kontroli. Przykrywkowcy to niekonwencjonalni ludzie, którzy mają czasami szalone pomysły.

WP: Pana ludzie też mieli szalone pomysły?

- Pracowaliśmy nad dużą grupą, której lider miał dostawców narkotyków w Ameryce Południowej. Nasi wpadli na “genialny” pomysł, że otworzą kanał przerzutowy narkotyków z Brazylii do Europy. Przyszli do mnie z gotowym planem do zaakceptowania. Już bilety zarezerwowali i chcieli lecieć do Rio de Janeiro, żeby zorganizować wszystko z policją brazylijską. Powiedziałem im: „hola hola, nie tędy droga. Żeby złapać jednego, nawet dużego gangstera, niekoniecznie musimy otwierać kanał przerzutowy, bo za chwilę my będziemy organizatorem tego przestępstwa. Kupić narkotyki w Brazylii to nie problem, sprzedać je w Polsce to też nie problem. Największym problemem jest zorganizowanie tego kanału przerzutowego. I byłoby to już działanie niezgodne z prawem. Odmówiłem a grupę i jej lidera zrealizowaliśmy kilka miesięcy później.

Rozmawiała Ewa Koszowska, Wirtualna Polska

_Generał Adam Rapacki- nadinspektor Policji w stanie spoczynku. Służbę w milicji rozpoczął w pionie prewencji KSMO w 1980 roku, od patrolowania ulic Warszawy, pracował w ogniwach do spraw przestępczości gospodarczej, zorganizowanej, narkotykowej. Pełnił funkcję naczelnika wydziału w Biurze ds. Przestępczości Gospodarczej, dyrektora Biura do Walki z Przestępczością Zorganizowaną, Komendanta Wojewódzkiego Policji we Wrocławiu, Krakowie, zastępcy Komendanta Głównego Policji nadzorującego policję kryminalną (2000-2003), podsekretarza stanu w MSWiA/ MSW (2007-2011).

(fot. Czarna Owca)
Źródło: (fot. Czarna Owca)

Pełnił funkcję przewodniczącego Międzyresortowego Zespołu ds. Zagrożeń Terrorystycznych (2008-2011), przewodniczącego Komitetu ds. Bezpieczeństwa Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej UEFA EURO 2012 (2009-2011), przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa Imprez Sportowych (2008-2011), Pełnomocnika Rządu ds. Zapewnienia bezpieczeństwa w trakcie
przygotowań i sprawowania przez Rzeczpospolitą Polską przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej, przewodniczącego Stałego Komitetu ds. Współpracy Operacyjnej UE COSI przez okres polskiej prezydencji, wiceprzewodniczącego Rady ds. Przeciwdziałania Narkomanii (2008-2011), wiceprzewodniczącego Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego (2008-2011) i wielu innych struktur._

Książka Elżbiety Sitek-Wasiak "Niepokorny. Rozmowy z generałem Adamem Rapackim"ukazała się nakładem wydawnictwa Czarna Owca.

dtcmbj8

Podziel się opinią

Share

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
dtcmbj8
dtcmbj8