Warzecha: "Zakaz handlu w niedziele. Rząd w potrzasku - między Dudą, a wyborcami" (OPINIA)
(East News, Fot: Wojciech Strozyk/REPORTER)

Warzecha: "Zakaz handlu w niedziele. Rząd w potrzasku - między Dudą, a wyborcami" (OPINIA)

Zakaz handlu w niedzielę nie podoba się większości Polaków. Sondę w tej sprawie - na własnej stronie na FB - przegrał nawet przewodniczący "Solidarności" Piotr Duda. PiS jest teraz w kropce. Może się narazić albo wyborcom, albo despotycznemu związkowemu przywódcy. Władza sama postawiła się w takiej sytuacji.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Zakaz niedzielnego handlu to jedna ze spraw, które mogą zaszkodzić PiS w roku wyborczym. To zarazem najbardziej widoczna, spośród wielu antywolnościowych regulacji, wprowadzonych przez PiS (inne to np. apteka dla aptekarza czy umożliwienie samorządom wprowadzania nocnej prohibicji).

Długa lista błędnych założeń

Napisałem o tej ustawie kilkadziesiąt tekstów – wszystkie krytyczne, bo jest to najgorsze możliwe rozwiązanie. Kupy nie trzymał się od początku żaden podawany przez jego zwolenników argument. Nie miejsce tu na obszerne ich przytaczanie, więc powtórzmy tylko hasłowo.

"Żeby ludzie spędzali czas z rodziną". Urządzanie ludziom życia przez państwo to domena krajów totalitarnych. Nikogo nie powinno obchodzić, czy w niedzielę idę do kościoła, na strzelnicę, do centrum handlowego czy spotykam się z rodziną. I nie państwo jest od tego, żeby ustawiać mi dzień. Zresztą właśnie centra handlowe, w tym wspólne zakupy, dawały wielu rodzinom możliwość spędzania z sobą dnia. Niehandlową niedzielę ci sami ludzie mogą spędzać każdy z nosem we własnej komórce czy komputerze.

"Żeby ulżyć ciemiężonym pracownikom handlu". Opowieści o kasjerach siedzących w pieluchach przy kasach mogły być prawdziwe 15 lat temu. Dziś to bajki. Duże sieci handlowe oferują warunki socjalne i płacowe nierzadko lepsze, niż inni pracodawcy. Problemem dla pracowników stały się natomiast soboty z przedłużonym czasem pracy przed... wolną od handlu niedzielą.

Przede wszystkim zaś nie bardzo wiadomo, dlaczego ulżyć trzeba głównie pracownikom handlu. Tu pada odpowiedź, że "ich praca nie jest konieczna w niedzielę". A czy konieczna jest praca kelnerów, kasjerów w kinach albo aktorów? Pada odpowiedź: "To zawody z zasady pracujące w wolne dni". A kto te zasady ustala? Dlaczego oni "z zasady" mają pracować w niedziele, a pracownicy handlu już nie?

"Nie można nikogo zmuszać do pracy w niedzielę". Nikt nikogo do niczego nie zmusza. Nie ma przymusu pracy w handlu, a bezrobocie jest przecież rekordowo niskie, czym rząd nieustannie się chwali, więc w czym problem, żeby zmienić zajęcie? Ten argument jest zresztą wyjątkowo przewrotny, bo przymus wprowadziła dopiero ustawa o zakazie handlu – przymus niepracowania w niedzielę w jednej z branż (i to niecałej). Wiele osób zostało pozbawionych możliwości dorobienia w ten dzień – odebrano im wolność wyboru.

"Zyskają małe, rodzinne sklepy". Tu mamy twarde dane, które ten argument obalają. Rząd PiS mógł to zresztą przewidzieć, bo między innymi z tego powodu z zakazu niedzielnego handlu szybko wycofały się Węgry.

Długa lista faktów

Jak pokazują zestawienia, zaprezentowane w mijającym tygodniu przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, najmniejsze sklepy, które miały najbardziej zyskać, najbardziej straciły. Po pierwsze, w okresie obowiązywania ustawy zamknięto ich około 15 tysięcy. Owszem, każdego roku plajtowało kilka tysięcy takich placówek handlowych, ale w 2018 było takich plajt więcej, niż w 2017 – a przecież ustawa miała im pomóc. Gdyby tak było, liczba zamkniętych sklepów wyraźnie by spadła. Efektu nie widać także, gdy idzie o sprzedaż. Tygodniowe obroty najmniejszych sklepów spadły – według głośnej analizy Biura Analiz Sejmowych – o 20-30 procent, sprzedaż – o ponad procent, zmalał też ich udział w rynku. W tym samym czasie sprzedaż na stacjach benzynowych wzrosła o 13 procent. Zyskują dyskonty i duże sieci.

Zobacz też: "Skutki zakazu handlu odwrotne do zamierzonych"

Jasne jest, dlaczego tak się dzieje – bo to samo działo się na Węgrzech: większe sklepy napędzają gorączkę zakupową w soboty, wpajają klientom model większych, ale rzadszych zakupów. Jeśli rząd szybko nie zmieni niemądrego prawa, szkód dla najmniejszych sklepów nie da się już zniwelować.

Tyle że ustawy nie robiono po to, żeby pomóc małym sklepom. Gdyby zresztą tak było, dopuszczono by możliwość prowadzenia w nich sprzedaży w niedzielę przez zatrudnionych pracowników – a to ustawa wyklucza. Za ladą musi stanąć sam właściciel. Nie wolno mu nawet zatrudnić rodziny. Jeśli komuś zakaz handlu miał pomóc, to wyłącznie Piotrowi Dudzie w wygraniu po raz kolejny wyborów na przewodniczącego związku, które w kolejnych etapach odbywały się w zeszłym roku. Ustawa była formą politycznego handlu: zakaz handlu w zamian za poparcie w wyborach w 2015 roku.

Dziś premier Mateusz Morawiecki mówi, że rząd będzie dokonywał "przeglądu" skutków ustawy. Przegląd, jak można się domyślać, uwzględnia wpływ regulacji na szanse wyborcze PiS. Zakaz handlu decydującego znaczenia pewnie nie ma, ale może być jednym z powodów gorszych wyników. A na jesieni liczyć się będą pojedyncze procenty.

Sondaże pokazują bardzo wyraźnie, że większość Polaków nie życzy sobie dalszego zaostrzania zakazu. Ba, nie życzy sobie nawet jego obecnej postaci, czyli zaledwie jednej niedzieli handlowej w miesiącu. BAS w swojej analizie przywołuje sondaż, zgodnie z którym całkowity zakaz handlu – a taki miałby, zgodnie z ustawą, wejść od przyszłego roku – popiera jedynie 14 proc. badanych.

12 proc. chciałoby mniej handlowych niedziel. Aż 44 proc. jest za zniesieniem zakazu w ogóle, a 29 proc. za tym, żeby niedziel handlowych było więcej. Inne badanie z końca stycznia pokazuje, że 47 proc. chce powrotu do handlu w każdą niedzielę, a 43 proc. – nie. 10 proc. nie ma zdania.

Bolesną wtopę zaliczył sam Piotr Duda, który na swojej stronie na Facebooku zorganizował jakiś czas temu sondę, pytając, czy zakaz handlu się sprawdza. Miażdżącą przewagę zyskali w niej przeciwnicy ustawy.

Duda dostał palec, a teraz chce ręki

Rząd ma problem, bo wręczając Piotrowi Dudzie prezent w postaci zakazu, rozwodził się nad tym, jakie to doskonałe, słuszne i ważne cywilizacyjnie rozwiązanie. Wiele wskazuje na to, że pragmatyka wyborcza nakazuje teraz wycofanie się z ustawy rakiem. Tak się kończy uleganie związkowcom – przy czym status "Solidarności" w czasie rządów PiS jest w ogóle zadziwiający. Momentami można odnieść wrażenie, że jej przewodniczący został wiceprezydentem, bo pojawia się obok głowy państwa na niezliczonych uroczystościach, traktowany jak członek władz państwowych.

Tymczasem "Solidarność" coraz śmielej domaga się kolejnych ustępstw. Nie tylko w ustawie o zakazie handlu – tych już raczej nie dostanie – ale przede wszystkim w kwestii wynagrodzeń w sferze budżetowej.

Zaczęła nawet przypominać o złamanej przez PiS obietnicy podwyższenia wszystkim kwoty wolnej od podatku. W tej sytuacji nawet złagodzenie zakazu handlu, o jego całkowitym zniesieniu nie mówiąc, może zostać potraktowane przez Dudę jako wypowiedzenie sojuszu.

A przecież tego dodatkowego kłopotu rząd mógł uniknąć, zarazem pokazując się jako wrażliwy na problemy socjalne, gdyby od początku posłuchał sugestii między innymi Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. ZPP proponował – i proponuje nadal – żeby ustawowy zakaz handlu zastąpić kodeksową gwarancją dwóch wolnych niedziel w miesiącu dla każdego pracownika. Wydawałoby się, że to bardzo dobre, kompromisowe i oczywiste rozwiązanie. Dlaczego go nie przyjęto? Proste: bo wtedy Piotr Duda nie miałby swojego sukcesu.

Teraz PiS ma na karku Piotra Dudę z jednej strony, wyborców z drugiej. I pewnie znowu – jak w wielu innych sprawach – będzie próbowało jakoś wycofać się na z góry upatrzone pozycje.

I znów pojawi się pytanie: po co to w takim razie w ogóle było?

Polub WP Opinie
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące