Zbigniew Wodecki: Ojciec mnie bił i wyrzucili mnie ze szkoły, ale to dobrze!

Rzeczywiście jestem człowiekiem mało poważnym i zdaję sobie z tego sprawę. Może to samoobrona, bo inaczej bym zwariował. Włosy mam rzeczywiście swoje. Plus cztery dioptrie, prawe oko - plus cztery i pół z cylindrem. Skrzywiony kręgosłup. Lewa ręka krótsza od prawej. Ale Wacek mówi, że jestem młody i przystojny… Dodam, że wszystko to zostało osiągnięte na polu sztuki, ponieważ skrzypkowie tak mają - mówił Zbigniew Wodecki w rozmowie z Grzegorzem Wysockim (WP Opinie). Poniżej przypominamy skróconą wersję wywiadu, w którym udział wziął również Wacław Krupiński, autor wywiadu rzeki ze Zbigniewem Wodeckim.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Zbigniew Wodecki: Ojciec mnie bił i wyrzucili mnie ze szkoły, ale to dobrze!
(East News)

Grzegorz Wysocki: Miałem zadać pierwsze pytanie, ale akurat Zbigniew Wodecki wgryzł się w jabłko…

Zbigniew Wodecki: Właśnie. Przepraszam. Zbigniew Wodecki się nazywam. Ugryzłem jabłko, bo nie wiedziałem, że pan mnie tak zaskoczy mikrofonem. Wie pan, okazało się, że jestem uczulony na jabłka. Jak jem jabłka, mam taki zimny pot pod oczami. I to się znowu po paru latach ukazało. Ostatni raz jadłem jabłko chyba z trzy lata temu.

Czyli specjalnie próbuje pan teraz wywołać u siebie uczulenie, by wywołać sensację w czasie naszej rozmowy?

Zbigniew Wodecki: Nie, proszę Pana. Przyjechałem późno w nocy pociągiem, lekko opóźnionym. Wypaliłem dużo papierosów. Odreagowałem nagranie szybkiej piosenki, bardzo oryginalnej, oraz zrobienie zdjęć do kalendarza. Wypiłem trochę wódeczki i wypaliłem dużo papierosów, czego nie powinienem robić od lat, dlatego strasznie mi się chce pić. I właśnie stąd to jabłko.

Wacław Krupiński: Zaskoczyłeś mnie tym jabłkiem. To jest kolejna rzecz, której nie ma w naszej książce i kolejny dowód na to, że musi się ona ukazać raz jeszcze, wydanie poprawione, rozszerzone, jeszcze bardziej prawdziwe i jeszcze bardziej skandaliczne. Nie chcieliśmy na początku epatować czytelników skandalami z życia Zbigniewa Wodeckiego, a parę by się znalazło. O paru nieraz – jak to Zbyniu mówi – "koloraki pisały", ale na razie potraktowaliśmy to elegancko. Chcieliśmy pokazać Zbigniewa takiego, jak jest postrzegany, czyli: kulturalny, młody, inteligentny, przystojny i uwielbiany przez wszystkich, bo nie tylko przez kobiety.

Zbigniew Wodecki: Mogę się wtrącić? To nie będzie kokieteria, bo jak Wacek tak mówi to, że tak powiem, "ma to w pakiecie".

Ma to zapisane w kontrakcie.

Zbigniew Wodecki: Dokładnie, więc teraz ja powiem coś poza kontraktem. Włosy mam rzeczywiście swoje. Plus cztery dioptrie, prawe oko - plus cztery i pół z cylindrem. Skrzywiony kręgosłup. Lewa ręka krótsza od prawej. No, ale Wacek mówi, że jestem młody i przystojny… Dodam, że wszystko to zostało osiągnięte na polu sztuki, ponieważ skrzypkowie tak mają. Szczególnie, gdy chcą zrobić karierę, bo jak nie chcą, to nie muszą…

Wacław Krupiński: A Zbyszek chciał zrobić karierę, o czym bardzo ładnie opowiada. Od dziecka grał, od dziecka ojciec go lał, żeby ćwiczył, bo on był strasznym leniem. Chciał być Robin Hoodem, ale nigdy skrzypkiem. Chciał grać na skrzypcach, ale gdy je dostał, nie wiedział, że skrzypce same grać nie chcą. Że trzeba masakrycznie się katować, żeby się nauczyć na nich grać. Potem miał bardzo burzliwe dzieciństwo, o którym opowiada ze szczegółami. W jakiejś bandzie działał… No, to są rzeczy, o których dzisiaj – jak Zbyszek sam mówi – codziennie by było na pasku w TVN24. Tak dawali w dupę. W każdym razie, doszło do tego, że go wyrzucili z pierwszej klasie liceum muzycznego. Akurat wyrzucili go dość niesłusznie, za sprawą innych bardzo dzisiaj znanych muzyków, z którymi potem spotykał się już na estradzie…

Zbigniew Wodecki: Całe szczęście, że mnie wyrzucili!

Wacław Krupiński: Dokładnie. Zbyszek podkreśla, że dzięki temu, że go wyrzucili jego kariera potoczyła się tak wspaniale. Zaczynał – przypomnę, bo mało kto dzisiaj o tym pamięta – jako muzyk siedzący w pulpicie pierwszych skrzypiec w ongiś znakomitej, nieistniejącej już, niestety, orkiestrze Polskiego Radia w Krakowie pod dyrekcją Jerzego Gerta. Tam zresztą grał wcześniej na trąbce ojciec Zbyszka. I tak zaczęła się kariera, o której Zbyszek opowiada barwnie, zabawnie, sypiąc anegdotami, autoironicznie, chwilami zaprzeczając samemu sobie, lekko skandalizująco, bo jednak ujawnia też parę faktów z życia , o których miłośnicy (i wrogowie, aczkolwiek tacy nie istnieją!) Wodeckiego na pewno nie wiedzą.

Zbigniew Wodecki: Ha! Ładnie powiedziane, nie?

Bardzo. Czyli tak obszerny wywiad rzeka nie jest formą pomnika czy ukoronowania kariery Zbigniewa Wodeckiego?

Zbigniew Wodecki: Nic z tych rzeczy. Karierę to ja bym zrobił, gdybym został kiedyś w Stanach albo NRF.

Wacław Krupiński: A mogłeś!

Zbigniew Wodecki: A mogłem. Jestem człowiekiem popularnym, rzeczywiście. Na nasze warunki jest to coś w rodzaju kariery. Smutne jest tylko to, że jak ona się właściwie rozwinęła, to już się trzeba zwijać. To by było fajne, gdyby to było 20 lat temu. No, co najmniej tak z 15, 10… To bardzo miłe, że ta książka wyszła, bo to pamiątka. Nie mam żadnych swoich archiwaliów, nigdy nie przywiązywałem do tego wagi.

Nic Pan nie zachował?

Zbigniew Wodecki: Nigdy nie zachowałem plakatu ani niczego takiego... Nawet płytę nagrałem, bo ktoś mnie zmusił. To wszystko działo się jakby nie z mojej inicjatywy. Okazało się, że rodzina oczywiście gdzieś tam zbierała w pudełkach pamiątki z pierwszej komunii itd. Znowu zgubiłem pointę, no... Wacek, ratuj!

Wacław Krupiński: No, mówiłeś o tym, że nie zbierasz śladów swojej przeszłości. Krótko mówiąc: tą książką uporządkowałem Zbyszkowi wiedzę na jego własny temat, ponieważ on faktycznie nawet nie posiada swoich wcześniejszych płyt.

Czyli przypomniał pan Wodeckiemu, kim tak naprawdę jest i co wcześniej robił?

Wacław Krupiński: Dokładnie, choć o tym, że jest wielkim artystą to on oczywiście wie, choć udaje skromnego. Ego jak każdy artysta ma jednak rozbudowane i myślę, że jest w pełni świadom, że najpiękniejsze uczucie człowieka do człowieka to jest miłość własna. Faktycznie jest skromny, jeśli chodzi o oglądanie się wstecz. Interesuje go wyłącznie to, co jeszcze zrobi, co jeszcze nagra, jaką muzykę jeszcze napisze. Natomiast to, co było, odkreśla. Efekt jest taki, że się lekko namęczyłem, żeby Zbyszkowi poprzypominać, jak to było naprawdę.

Zbigniew Wodecki: Można powiedzieć, że zostałem przez Krupińskiego zlustrowany.

Wacław Krupiński: To były fantastyczne miesiące pracy. A też – to również bardzo ładne określenie Zbigniewa – on nie miał świadomości, że jego pamięć ma tak bujną wyobraźnię.

Zbigniew Wodecki: To prawda. Może to jest właściwe każdemu człowiekowi - mam przynajmniej taką nadzieję - że każdy ma taką przypadłość, że rzeczy, które były, same się ubarwiają z biegiem czasu. Nie pamiętam, co z tego jest faktem, ale to się skądś musiało przecież wziąć. Rzeczywiście jestem człowiekiem mało poważnym i zdaję sobie z tego sprawę, może to jest samoobrona, bo inaczej bym zwariował. Ponieważ zostałem wychowany, o czym Wackowi mówiłem, pod tak strasznym ciśnieniem odniesienia sukcesu…

A z tym biciem w dzieciństwie to takie żarty?

Wacław Krupiński: Nie, nie! Ojciec go naprawdę lał, bo Zbyszek nie chciał ćwiczyć.

Zbigniew Wodecki: Jak czegoś nie wiedziałem, półnuta czy coś, dostawałem w łeb i tym bardziej nie wiedziałem.

To prawie jak z Michaelem Jacksonem w dzieciństwie.

Wacław Krupiński: Nie wiem, jak było u Jacksona, ale dodam, że Zbyszek dostawał tak złe oceny w liceum muzycznym, że dzienniczki ucznia zakopywał na Plantach przy ulicy Basztowej i te drzewa tak fantastycznie wyrosły na jego dzienniczkach z dwójami!

Zbigniew Wodecki: Popatrz, jakie tam piękne dęby i lipy tam rosną. Naprzeciwko Basztowej 8 jest taki skwer…

Rozumiem, że Planty powinny zostać nazwane imieniem Zbigniewa Wodeckiego?

Wacław Krupiński: Tak, myślę, że to jest kwestia kilku najbliższych lat.

Zbigniew Wodecki: (śmiech) Przynajmniej ten odcinek, gdzie zakopywałem dzienniczki. A jeszcze co do tego bicia... Sam również jestem cholerykiem. Rozumiem swego ojca, a moje dzieci rozumieją mnie, gdy ćwiczą ze swoimi dziećmi na fortepianie. Jak się okazuje, naprawdę trzeba mieć zdolności pedagogiczne. Do niedawna byłem przekonany, że jeśli ktoś nie gra, to co on mnie tu będzie uczył, jak on sam nie potrafi?! Ale tak wcale nie jest. Bardzo dużo fantastycznych rzeczy można przekazać ludziom, mając wiadomości teoretyczne. Oczywiście, samemu trzeba gdzieś tam grać, ale niekoniecznie trzeba być mistrzem świata. To, że ojciec nie wytrzymywał... Ja mu to darowałem, bo byłem takim tumanem… (pauza) Nie wiem, czy Michael Jackson był bity. Czemu miałby być właściwie bity? On przecież tylko śpiewał. Pan sobie wyobrazi, co by było, gdyby Michael Jackson musiał się nauczyć jakiegoś koncertu na skrzypcach? Przecież on by nie żył po pół roku, gdyby miał ojca choleryka.

Wacław Krupiński: A ty już pożyłeś tyle lat!

Zbigniew Wodecki: Tak, co uważam za swój wielki sukces.

Wróćmy do książki.

Zbigniew Wodecki: Wie pan, parę książek poza Tygrysami w życiu przeczytałem. Głównie – przyznam szczerze – były to kryminały, które uwielbiam do tej pory.

Nie ma się czego wstydzić. Od dobrych paru lat mamy do czynienia z renesansem kryminałów w Polsce.

Zbigniew Wodecki: I słusznie, bo to są świetnie wykombinowane powieści, z których niektórzy robią nieco gorsze filmy, bo, jak wiadomo, zawsze film jest gorszy od powieści. Poza "Wrakiem Mary Deare" z fantastyczną rolą Gary’ego Coopera. Taki stary film, gdzie Cooper grał kapitana statku niesłusznie oskarżonego przez ubezpieczyciela. Znowu jednak trochę zeszliśmy z głównego tematu rozmowy. Był Michael Jackson, był Gary Cooper…

Wacław Krupiński: To może ja opowiem o pracy nad spisanym już materiałem, kiedy to czytaliśmy jeden po drugim te trzynaście rozdziałów i wystarczyło, że znalazły się dwa zdania zbyt serio, a już Zbyszek dopisywał błyskotliwą pointę, by ton "serio" przełamać, by w najmniejszym stopniu nie wyszedł na kogoś bufonowatego i zakochanego w sobie. I myślę, że na tym – mówię teraz zupełnie poważnie – polega wielkość Wodeckiego. Że dokładnie wiedząc, ile jest wart, co potrafi, jaka jest jego pozycja na rynku muzycznym jako wokalisty i kompozytora, zarazem potrafi się świetnie swoją pozycją bawić. Na dowód przytoczę dwa ulubione powiedzenia Zbynia. Gdy go pytają: "Czy skoczyłby pan na ratunek tonącemu?", odpowiada: "Tak! Pod warunkiem, że byłyby przy tym kamery telewizyjne…". Z kolei pytany o to, czy się denerwuje przed koncertem, odpowiada: "Oczywiście, za każdym razem! Tym czy na pewno zapłacą".

Zbigniew Wodecki: Dziękuję bardzo za ciepłe słowa, Wacek. Oczywiście, boję się strasznie, by nie wyjść na kabotyna, chociaż w pewnym stopniu nim jestem. Mogę mówić tylko za siebie, więc powiem, że w moim przypadku jest to na pewno forma samoobrony.

Musimy już, niestety, kończyć, więc zapytam jeszcze o to, jak bardzo denerwuje pana to, że pański publiczny wizerunek ograniczony jest do kilku głównych haseł: "Pszczółka Maja", "Chałupy", a od kilku lat jeszcze "Taniec z Gwiazdami"?

Zbigniew Wodecki: Wie pan, kiedyś bardzo mnie to bolało, ponieważ ludzie myśleli, że skoro ten facet śpiewa "Chałupy" i "Maję", to znaczy, że nie grał Czajkowskiego, Beethovena, Bacha, Karłowicza. Że nie zdobyłem 10 nagród głównych za własne kompozycje i aranżacje na festiwalach…

A dzisiaj to już pana nie boli i nie denerwuje?

Zbigniew Wodecki: Przestałem się denerwować, gdyż rekompensuje mi to sama publiczność na spotkaniach ze mną, na koncertach, różnego rodzaju występach w różnego rodzaju salach. Nieważne, czy to są filharmonie, czy domy kultury, hale czy boiska. Od iluś lat mam mam przyjemność kwestować na moim ulubionym święcie, 1 listopada, Wszystkich Świętych, i tam mam zawsze bliski kontakt z normalnymi ludźmi, którzy wchodzą z kwiatami na cmentarz. Zbieram tam bardzo dużo pieniędzy w bardzo krótkim czasie, ponieważ wszyscy do mnie podchodzą i mówią: „Panie Zbyszku, ja pana tak lubię i pan jest taki fajny gość, a ja myślałem, że pan...". I tutaj mówią o różnych wyobrażeniach na mój temat.

Rozmawiał: Grzegorz Wysocki, WP Opinie

Polub WP Opinie
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.