Trwa ładowanie...
dmv2ck4

Westyna Gójska w czasie powstania warszawskiego miała 19 lat. "Przeżyłam własną śmierć"

Stałam na krawędzi wykopanego rowu i wraz z kilkunastoma innymi osobami czekałam na strzały. Jakimś cudem nie padły. Ktoś podszedł do dowódcy, coś mu szepnął i zostaliśmy uratowani. Tych kilkudziesięciu sekund nigdy jednak nie zapomnę. Można powiedzieć, że przeżyłam własną śmierć - mówi Westyna Gójska, która jako 19-latka wzięła udział w powstaniu warszawskim.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Westyna Gójska w czasie powstania warszawskiego miała 19 lat. "Przeżyłam własną śmierć"
(Bundesarchiv/Wikimedia Commons, Fot: Pracownik PCK rozdaje żywność warszawiakom w obozie w Pruszkowie)
dmv2ck4

###Andrzej Fąfara : Zobaczyłem Panią rok temu w telewizji podczas obchodów 70. rocznicy powstania warszawskiego. Wtedy mnie tknęło, żeby zrobić z Panią wywiad.

###Westyna Gójska : Dlaczego ze mną? Nie pełniłam żadnych ważnych funkcji. Byłam w powstaniu tylko przez dziesięć dni. Potem mój oddział został rozwiązany. Inni walczyli znacznie dłużej.

###Interesuje mnie, z jakich powodów 19-letnia dziewczyna, która miała całe życie przed sobą, stanęła 1 sierpnia 1944 roku do walki.

dmv2ck4

- To była konsekwencja członkostwa w Armii Krajowej. Zostałam zaprzysiężona mniej więcej rok przed powstaniem. Moja przynależność do AK miała ścisły związek z miejscem zamieszkania. Wychowałam się na Ochocie w kamienicy przy Grójeckiej 46, która była połączona podwórkiem z numerami 42. i 44. Wszyscy się tam znaliśmy. Nastawienie lokatorów było niezwykle patriotyczne, zwłaszcza tych spod numeru 42. Począwszy od dozorcy, który też był w konspiracji, a skończywszy na komórce Armii Ludowej. Mnie do AK wciągnęli rówieśnicy, a konkretnie Wojciech Olszewski, który był - jak to się wówczas określało - moją sympatią. To dzięki niemu zostałam łączniczką. Najważniejszy w tym naszym konspiracyjnym towarzystwie z Grójeckiej był Michał Karwacki pseudonim "Sowa", który pełnił funkcję kwatermistrza Obwodu AK "Ochota".

###Jakie były zadania łączniczki?

- Przed wybuchem powstania organizacyjnie przydzielono mnie do Wojskowej Służby Kobiet. Moją przełożoną była starsza ode mnie dziewczyna o pseudonimie "Grażyna". Nic więcej o niej nie wiedziałam. Nosiłam meldunki z Ochoty na Mokotów. Trzeba było przejść przez aleję Żwirki i Wigury, a potem przez Pole Mokotowskie, gdzie zawsze kręciło się sporo Niemców. Ale jakoś miałam szczęście - nigdy mnie nie zaczepili.

###Kiedy się Pani dowiedziała, że wybuchnie powstanie?

dmv2ck4

- Mówiliśmy między sobą, w gronie znajomych, że może coś się kroi. Ale za dużo na ten temat nie wiedziałam, byłam przecież kimś najmniej ważnym w hierarchii organizacyjnej. Pamiętam ostatnią niedzielę przed powstaniem. Pojechaliśmy z Wojtkiem Olszewskim kolejką EKD do jego znajomych pod Grodzisk Mazowiecki na wiśnie. Jak wróciliśmy, czekało na niego dwóch chłopaków. Wręczyli mu broń i zabrali do punktu kontaktowego. Wtedy dopiero nabrałam pewności, że będziemy walczyć.

###Widzieliście się potem jeszcze?

- Kilka godzin przed wybuchem powstania. Jego mama zrobiła placki ziemniaczane. Zjedliśmy, Wojtek wziął moje zdjęcie i już się nigdy nie spotkaliśmy. Zginął na terenie browaru Haberbuscha. Prawdopodobnie, bo ciała nie znaleziono.

###A jak dla Pani zaczęło się powstanie?

dmv2ck4

- Zbiórka była w mieszkaniu Michała Karwackiego przy Grójeckiej 42. Zostawiłam dowód osobisty i dostałam opaskę powstańczą. Niedługo potem znalazłam się w oddziale, który bronił budynków Polskiego Monopolu Tytoniowego przy ulicy Kaliskiej. Głównym dowódcą był Andrzej Chyczewski, pseudonim "Gustaw", a moim bezpośrednim - Janusz Jarzębski, pseudonim "Pobóg". Wysyłali mnie z meldunkami przez ulicę Węgierską na Barską, gdzie stacjonowało dowództwo obwodu. Jakoś dawałam sobie radę, bo było całkiem dobre przejście przez piwnice i parkany. Pewnego razu przyjęli meldunek i kazali mi skubać gęsi. Powiedzieli, że to rozkaz i że mnie nie puszczą z powrotem, jak tego nie zrobię.

###Długo trzymaliście się w Polskim Monopolu Tytoniowym?

- Do 10 sierpnia. Z każdym dniem było coraz ciężej. Najbardziej dawał nam się we znaki ostrzał artyleryjski prowadzony z Dworca Zachodniego. Brakowało amunicji, straty były ogromne. Koledzy umierali w piwnicach, prosili przed śmiercią, żeby zdjąć im medalik i przekazać rodzinie. W końcu padł rozkaz opuszczenia budynków Monopolu i odwrotu w kierunku Lasów Chojnowskich.

Nie wszystkim udało się tam dotrzeć. Mnie niestety też nie. Podobnie jak wielu mieszkańców Ochoty, znalazłam się na Zieleniaku, czyli w obozie utworzonym na terenie targu warzywnego (dziś stoją tam Hale Banacha - przyp. aut.). Oddziały SS RONA (Rosyjska Ludowa Armia Wyzwoleńcza - przyp. aut.) dokonywały tam okrucieństw, które przechodzą ludzkie pojęcie. Gwałty były na porządku dziennym, podobnie jak egzekucje. Zdarzyło się, że stałam na krawędzi wykopanego rowu i wraz z kilkunastoma innymi osobami czekałam na strzały. Jakimś cudem nie padły. Ktoś podszedł do dowódcy, coś mu szepnął i zostaliśmy uratowani. Tych kilkudziesięciu sekund nigdy jednak nie zapomnę. Można powiedzieć, że przeżyłam własną śmierć.

dmv2ck4

###Przez Zieleniak przewinęło się około 60 tys. mieszkańców Warszawy. Po pewnym czasie przewieziono ich do Pruszkowa. Panią też?

- Też. Warunki były równie koszmarne jak na Zieleniaku. Spaliśmy na betonie, nie było urządzeń sanitarnych. Brakowało jedzenia. Co jakiś czas podjeżdżały pociągi i zabierały ludzi do Niemiec. Znajdowałam się już w wagonie, kiedy postanowiłam zaryzykować. Mogłam to zrobić, bo byłam sama, bez rodziny. Gdy pociąg zatrzymał się na stacji w Skierniewicach, zajrzał do wagonu chłopak z RGO (Rada Główna Opiekuńcza - przyp. aut.).

###Niemcy pozwalali na to?

- RGO działała podczas okupacji legalnie. Współpracowała, zdaje się, ze szwajcarskim Czerwonym Krzyżem. Pomagała m.in. mieszkańcom Warszawy w czasie powstania i po wypędzeniu z miasta. Za przyzwoleniem Niemców rzecz jasna. Stąd obecność tego chłopaka w pobliżu pociągu jadącego do Rzeszy. Zapytał, czy może w czymś pomóc. A ja do niego szeptem: "ratuj mnie". Zorganizował mi szybko opaskę RGO i dzięki temu mogłam oddalić się z transportu. W Skierniewicach dobrzy ludzie załatwili mi przejazd lokomotywą do Rawy Mazowieckiej. Stamtąd trafiłam do Grodziska, a potem do Komorowa, gdzie nareszcie nawiązałam kontakt z akowcami. Mój koszmar się skończył.

dmv2ck4

###Po wojnie szukała Pani znajomych z powstania?

- Założyłam rodzinę, ukończyłam studia. Wie pan doskonale, że to nie był dobry czas dla dawnych akowców. Dopiero w wolnej Polsce zapisałam się do Światowego Związku Żołnierzy AK. Nie było łatwo.

###Nie chcieli Pani przyjąć?

- Dokładnie sprawdzali. Pytali na przykład o nazwiska nauczycieli z tajnego gimnazjum imienia Słowackiego, gdzie robiłam maturę. Kto uczył polskiego, a kto matematyki? Musiałam też znać szczegóły z powstania. Na przykład to, jakiej maści był pies dyrektora Polskiego Monopolu Tytoniowego.

dmv2ck4

###To ciekawe...

- Dyrektor był akowcem, podczas obrony Monopolu wyszedł na balkon i został trafiony przez Niemców. Jego pies wył po stracie pana dniami i nocami. Koledzy musieli go zastrzelić. Pamiętam, że miał sierść ciemnobrązową.

###Zastanawia się Pani dziś, czy powstanie miało sens?

- Dla mnie, 19-letniej dziewczyny, wybuch powstania wydawał się czymś oczywistym. W listopadzie 1943 roku widziałam z okien swojego mieszkania egzekucję na rogu Wawelskiej i Grójeckiej. Hitlerowcy zastrzelili tam kilkanaście osób. Zamordowani mieli opaski na oczach. Niemcy ciągnęli ich za nogi, tworząc stertę ciał. Rozmawialiśmy o tym często ze znajomymi. Idąc do powstania, chcieliśmy położyć kres tym ciągłym egzekucjom i łapankom. To był właśnie ten nasz sens.

###Rozmawiał Andrzej Fąfara, Polska Zbrojna

Westyna Gójska - emerytowana lekarka stomatolog. Podczas II wojny światowej członkini Armii Krajowej, uczestniczka powstania warszawskiego. Pseudonim "Wera". W 2011 roku awansowana na stopień porucznika rezerwy.

dmv2ck4

Podziel się opinią

Share
dmv2ck4
dmv2ck4