Pożeranie - zagłada Romów i Sinti podczas II wojny światowej

Cyganie nie chcieli pokornie umierać. Ukrywali się, zapierali, a nawet atakowali strażników. Nad obozem unosiło się wycie wściekłości, przerażenia i rozpaczy. Po wszystkim, jeden z SS-manów powiedział, że była to najtrudniejsza likwidacja w historii KL Auschwitz-Birkenau - pisze Robert Jurszo w artykule dla WP.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Dwie kobiety (z prawej prawdopodobnie Eva Justin) zdejmują formę z twarzy mężczyzny - w ramach badań antropometrycznych ludności romskiej
Dwie kobiety (z prawej prawdopodobnie Eva Justin) zdejmują formę z twarzy mężczyzny - w ramach badań antropometrycznych ludności romskiej (Bundesarchiv/Wikimedia Commons)

15 maja 1944 roku, około godziny 19, przed obóz cygański w Auschwitz-Birkenau zajechało kilka ciężarówek, z których wysypali się uzbrojeni w karabiny SS-mani. Przed chwilą rozległ się gong ogłaszający wieczorny apel obozowy, ale więźniowie nie wyszli z baraków. Wiedzieli, że tego dnia mają trafić do gazu. Zaskoczeni strażnicy wdarli się z wrzaskiem do baraków... i stanęli jak oniemiali. Przywitał ich mur stalowych oczu i zastygłych w napięciu twarzy. Uzbrojeni w noże-samoróbki, łopaty, łomy i kamienie Cyganie nie zamierzali tanio sprzedać swojego życia. SS-mani wycofali się. Tego wieczora więźniowie uratowali swoje życie. Ale wyrok już zapadł i nic nie mogli z nim zrobić. Tak jak tysiące ich rodaków, mieli stać się ofiarami Porajmos - Pożerania, niemieckiej eksterminacji Romów i Sinti.

Urodzeni przestępcy

"Przejawem słabości wewnętrznej i zakłamania Republiki Weimarskiej był fakt, że nie podjęto rozwiązania kwestii cygańskiej" - pisał w 1937 roku na łamach "Hamburger Tageblatt" nazista Georg Nawrocki. "Dla Republiki Weimarskiej problem Sinti był w najlepszym razie problemem walki z przestępczością. Jednak my dostrzegamy w kwestii cygańskiej przede wszystkim problem rasowy, wymagający rozwiązania, którego właśnie się podjęliśmy".

Niechęć Niemców do Cyganów narastała co najmniej od XIX wieku. Anarchiczny styl życia - polegający na swobodnym przemieszczaniu się z miejsca na miejsce konnymi taborami - gryzł się z ceniącą hierarchiczny Ordnung niemiecką mentalnością. Również w XIX stuleciu pojawiły się teorie naukowe, które Romów oraz Sinti - wtedy zbiorczo nazywanych Cyganami - identyfikowały jako zatwardziałych przestępców. Włoski kryminolog Cesare Lombroso, w wydanej w 1876 roku książce "Człowiek przestępczy", utrwalił społeczne przesądy, zgodnie z którymi Cyganie byli nacją rozpustną, złodziejską, skłonną do przemocy i innych nieprawości.

Jenak naziści wprowadzili nową perspektywę patrzenia na "problem cygański". Wyrastała ona wprost z ich rasistowskiej wizji świata.

Obca rasa

Naziści akceptowali "naukowe" rewelacje Lombroso i jego następców, ale skrzyżowali je z rojeniami o rzekomej wyższości rasy aryjskiej. Cyganie nie byli więc dla nich pospolitymi przestępcami, ale kimś znacznie niebezpieczniejszym - zagrożeniem dla czystości germańskiej krwi. Jasno wyartykułowali to w pochodzących z 1935 roku ustawach norymberskich, w których nazwali ich - tak jak Żydów - Fremdrasse, "obcą rasą". Nowe prawo nie tylko zabraniało małżeństw, ale nawet romansowania z Cyganami.

Na głównego "badacza" Cyganów wyrósł w III Rzeszy psychiatra Robert Ritter. - Szczególnie niekorzystne jest mieszanie się potomków oszustów i Cyganów z niskowartościowym elementem zamieszkującym miasta - mówił w wykładzie wygłoszonym w 1935 roku. - Połączenie czynników aspołecznych z niedorozwiniętymi umysłowo wydało populację wałkoniów, prostytutek, zakamuflowanych żebraków, pijaków i hyclów - deklarował Ritter. W III Rzeszy wierność ideologicznym pryncypiom liczyła się bardziej aniżeli naukowa rzetelność. Ritter, wraz ze swoją współpracownicą i kochanką Evą Justin, jeździł po obozowiskach cygańskich w całej Rzeszy. Robił pomiary antropometryczne, pobierał odciski palców, zaglądał w tęczówki oczu. Wszystko to, by III Rzesza mogła jak najszybciej uporać się z "problemem cygańskim".

Podziel się

Eva Justin w czasie badań antropometrycznych ludności romskiej. Rok 1938 fot. Bundesarchiv/Wikimedia Commons

W raporcie ze stycznia 1940 dał wreszcie nazistowskim władzom upragnioną koncepcję: "kwestię cygańską można jedynie rozwiązać, gromadząc przeważającą większość aspołecznych i do niczego niezdatnych jednostek krwi mieszanej w dużych obozach pracy, gdzie należałoby ich przetrzymywać, zmuszając do pracy i zapobiegając raz na zawsze dalszemu rozmnażaniu się tej populacji o mieszanej krwi". Dla Cyganów te słowa były wyrokiem. Rok później Reinhard Heydrich, prawa ręka szefa SS Heinricha Himmlera, oświadczył, że "ostateczne rozwiązanie" dotyczy nie tylko Żydów, ale i Cyganów. Mieli zostać raz na zawsze wymazani z historii świata.

"Jestem w piekle"

Pociąg nagle zahamował i 17-letnia Elizabeth Guttenberger ocknęła się z półsnu. Z naprzeciwka nadjechała lokomotywa i zatrzymała się obok ich wagonu. - Niech nam Pan powie, gdzie to jest, co to jest ten Auschwitz? - zapytał maszynistę pociągu kuzyn dziewczyny, przez obwinięte drutem kolczastym okienko. "Nie zapomnę nigdy spojrzenia maszynisty" - wspominała po latach Elizabeth. "Wlepił w nas wzrok i nie powiedział ani słowa. Był jednym z tych, którzy przewozili te potworne transporty. Nie mógł nic powiedzieć, przeszył nas tylko wzrokiem. Dopiero w Auschwitz pojęłam, dlaczego ów mężczyzna pozostawił nas bez odpowiedzi".

Nieliczni Cyganie przebywali w obozie koncentracyjnym w Auschwitz już wcześniej, ale zorganizowane transporty zaczęły przyjeżdżać w lutym 1943 roku. Przybywali całymi rodzinami, objuczeni dziećmi i dobytkiem, którego im nie odbierano. Niemcy za wszelką cenę starali się przekonać Cyganów, że nie czeka ich nic złego. W Birkenau przygotowali dla nich specjalny obóz, zwany Zigeunefamilienlager - cygańskim obozem rodzinny. To prawda, że przybyłych nie rozdzielano, tak jak innych więźniów. Ale wcale nie oznaczało to, że ma ich spotkać lepszy los. Tak wspominała swoje pierwsze wrażenia nastoletnia Elizabeth: "Baraki nie miały okien, leczy tylko wywietrzniki. Podłogę stanowiło gliniane klepisko. W baraku, w którym można było zmieścić około 200 osób, umieszczano często 800 lub więcej. Już same warunki egzystencji, w których znalazło się tylu ludzi, były męczarnią". Kiedy zobaczyła tępo wpatrujące się w nią apatyczne ludzkie szkielety, pomyślała: "jestem w piekle".

Dieta śmierci

Obóz cygański znajdował się w środkowej części Birkenau. Na powierzchni o wymiarach 120 na 600 metrów upchano ponad 20 tys. osób: kobiet, mężczyzn i dzieci. Warunki już na początku były złe, ale z czasem pogorszyły się jeszcze bardziej. Gdy obóz został ukończony i znaczna część mężczyzn pozostała bez pracy, Niemcy zmniejszyli racje żywnościowe. Jedna osoba mogła liczyć zaledwie na 1/5 bochenka chleba, 1/4 łyżki marmolady z brukwi, 1/4 litra herbaty oraz 1/4 litra wodnistej i mało pożywnej zupy obozowej, często ugotowanej na zgniłych warzywach. Na początku Cyganie mogli uzupełniać cienką dietę przywiezionymi zapasami, ale gdy te się kończyły, stawali przed widmem śmierci głodowej.

Z tygodnia na tydzień zamieniali się w wygłodniałe szkielety, zdolne myśleć tylko o jedzeniu. Dzieciom z niedożywienia puchły brzuchy. Ich sytuacja stawała się coraz bardziej opłakana. Każdego ranka, przed coraz większą liczbą baraków pojawiały się stosy zesztywniałych ciał. To byli ci, którzy nie dali już rady przetrwać kolejnej nocy.

Pasje dr. Mengelego

Osłabionych i wynędzniałych więźniów zaczęły nękać choroby. Co rusz w obozie wybuchały epidemie tyfusu i czerwonki. Latem 1943 roku pojawiła się w obozie cygańskim przypadłość napawająca grozą nawet starych więźniów, którzy widzieli już niejedną okropność. Była to noma, zwana "rakiem wodnym".

Najpierw pojawiało się zapalenie jamy ustnej, następnie ropienie w okolicach ust. Potem policzek zaczynał gnić. Widywano chorych, którym przegniła skóra odpadła od policzków aż do szyi, a ich białe kości policzkowe i żuchwę można było oglądać gołym okiem. Żydowski lekarz Yancou Vaxler wspominał po wojnie, że "setki dzieci cygańskich umierało wskutek tej choroby, wśród cierpień trudnych do opisania, wypluwając kawałki policzków, języka, zębów. Występował przy tym odór, co utrudniało - nawet osobom bardzo oddanym - pielęgnowanie tych dzieci". Choroba zwróciła uwagę Josepha Mengelego, który był lekarzem w obozie cygańskim. Badał ją z przerażającą pasją i powagą. Niektóre chore dzieci kazał uśmiercać. Małym ciałom ucinano głowy i konserwowano je w wielkich słojach z formaliną.

Cierpiącym na inne dolegliwości Mengele nie okazywał więcej serca - zwykle umierali oni w baraku szumnie nazywanym "szpitalem obozowym". Lagerarzt wolał poświęcać swój czas na eksperymenty na bliźniakach, jako że jego pasją naukową był problem dziedziczenia. Tak wyglądała obozowa medycyna III Rzeszy w praktyce.

Ślub po niemiecku

Do cierpień Cyganów związanych z fatalnymi warunkami życia, głodem i chorobami swoją cegiełkę ochoczo dokładali SS-mani. Niektóre z tych udręk miały wyjątkowo wyrafinowany i perfidny charakter.

Pewnego dnia komendant obozu cygańskiego, SS-Hauptscharführer Freidrich Harder ogłosił, że wszyscy mężczyźni chętni do ożenku mogą go zawrzeć, ale wpierw muszą się do niego zgłosić. Zaintereswoanych było około 20-tu Cyganów, którzy stawili się we wskazanym miejscu. - Będziecie mieli okazję wziąć ślub na sposób niemiecki - powiedział do zebranych enigmatycznie. "Wezwał pierwszego do środka - wspominał Tadeusz Joachimowski - gdzie ten musiał spuścić spodnie i położyć się na stole. Jeden z blockführerów przytrzymał mu ręce, a Harder zaczął okładać go bykowcem. Następnie zaczął bić go po genitaliach, kolanach i kostkach. Gdy maltretowany Cygan stracił przytomność, wyniesiono go z baraku. W podobny sposób postąpiono z resztą".

Podziel się

Deportacja Romów do obozów, 22 maja 1940 r. fot. Bundesarchiv/Wikimedia Commons

Cyganie wzięli srogi odwet za ten akt bestialstwa. Namówili polskiego fryzjera, również więźnia, u którego strzygł i golił się Harder, by podczas najbliższej wizyty wrzucił mu za kołnierz kilka wszy zarażonych tyfusem. Oprawca nie dotrwał do końca obozu.

Wrogowie rasy

Dyrektywy Himmlera mówiące o tym, kogo uznać za Cygana, były dość szerokie i elastyczne. W rzeczywistości wystarczyło tylko mieć dwoje pradziadków cygańskich, by zostać wykluczonym z kategorii NZ (Nicht-Ziguener - "nie-Cygan"). Joachimowski: "dowiedzieliśmy się, że wśród Cyganów znadowali się żołnierze Wehramchtu, których specjalnie zwalniano na urlop, nawet z pierwszych linii frontu, aby po przybyciu do rodzinnych stron natychmiast ich aresztować i umieścić w obozie, gdzie spotykali już wcześniej osadzonych członków swych rodzin".

W 1943 roku Wehrmacht, zgodnie z zarządzeniem Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, urlopował wszystkich Cyganów będących na służbie. Żołnierze byli zaskoczeni tym nagłym podarunkiem losu. Przyjeżdżali do domów, w których nikogo już nie było, a zamiast rodziny czekało na nich Gestapo. "Z ich wypowiedzi wynikało - mówił więzień - że aresztowanie nastąpiło pomyłkowo i zostaną zwolnieni w ciągu najbliższych kilku dni". Nie, to niestety nie były pomyłki. Jaki musiał być szok wielu żołnierzy, gdy nagle dowiadywali się, że w świetle obowiązujących przepisów są Cyganami! Wśród nich byli odznaczeni Żelaznym Krzyżem. Nagle z bohaterów przeistaczali się we wrogów rasy. Ludzie, który ryzykowali życie dla III Rzeszy zostali zdradzeni przez własną ojczyznę.

Najtrudniejsza likwidacja

15 maja 1944 roku, gdy władze obozowe odstąpiły od akcji likwidacyjnej, więźniom obozu cygańskiego udało się uniknąć śmierci. Ale 3 sierpnia obóz stał już pusty. Dzień wcześniej wszystkich Cyganów, którzy jeszcze pozostali - 2897 dzieci, kobiet i mężczyzn - posłano do gazu. Nie było to łatwe. Cyganie nie chcieli pokornie umierać. Ukrywali się, zapierali, a nawet atakowali strażników. Nad obozem unosiło się wycie wściekłości, przerażenia i rozpaczy. Po wszystkim, jeden z SS-manów powiedział, że była to najtrudniejsza likwidacja w historii KL Auschwitz-Birkenau.

Przez siedemnaście miesięcy istnienia Zigeunefamilienlager zmarło 20078 osób ze wszystkich 23 tys. w nim osadzonych. Szacuje się, że podczas II wojny światowej Niemcy eksterminowali łącznie ponad 500 tys. Romów i Sinti.

Robert Ritter i Eva Justin przeżyli wojnę i dalej wykonywali swoje zawody. Zmarli jako szanowani członkowie swoich społeczności - on w 1951, a ona w 1966 roku. Życie po raz kolejny udowodniło, że historia jest ślepa w swoich wyrokach.

Robert Jurszo dla Wirtualnej Polski

Podczas pisania korzystałem m.in. z następujących książek: "Dzieje Cyganów" Angusa Frasera, "Auschwitz - medycyna III Rzeszy i jej ofiary" Ernsta Klee oraz "The Nazi Genocide of the Roma: Reassessment and Commemoration" pod redakcją Anton Weiss-Wendt. Większość wykorzystanych w tekście wypowiedzi byłych więźniów pochodzi z książki "Prześladowania i masowa zagłada Romów podczas II wojny światowej w świetle relacji i wspomnień" autorstwa Jerzego Dębskiego i Joanny Talewicz-Kwaitkowskiej. Pomocne mi były również informacje zawarte na stronach internetowych Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau oraz Związku Romów Polskich.

Polub WP Opinie
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.