Paweł Lisicki: Dlaczego papież nie chce osądzić islamu? Cena nowej doktryny jest ogromna

W czasie kiedy cała Europa drży ze strachu przed kolejnymi zamachami islamskich terrorystów, wielu komentatorów ze szczególną uwagą słucha tego, co ma do powiedzenia obecny papież. Nic dziwnego przeto, że przesłanie Franciszka do uczestników obrad ruchów ludowych w Kalifornii spotkało się z tak dużym zainteresowaniem mediów. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że obecny Ojciec Święty, kolejny już raz, programowo niejako wstrzymał się z wyrażeniem sądu.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Paweł Lisicki: Dlaczego papież nie chce osądzić islamu? Cena nowej doktryny jest ogromna
(East News)

W jego liście znalazły się z pewnością rzeczy słuszne, choć też mało odkrywcze, jak twierdzenie, że „żaden naród to nie kryminaliści, przemytnicy narkotyków czy sprawcy przemocy”. Pewnie, posługiwanie się odpowiedzialnością zbiorową w stosunku do narodów, a wiec wspólnot naturalnych, do których człowiek należy z urodzenia, bez możliwości wyboru, jest krzywdzące i moralnie niesłuszne. Jednak następne już deklaracje papieskie wydają się znacznie bardziej kontrowersyjne. Czy jest prawdą, co tak mocno podkreśla Franciszek, że żadnej religii nie można uznać za terrorystyczną? Czyżby? A co zrobić z przykładami religii jawnie zbrodniczych, które wspierały składanie ofiar z ludzi?

Podobnie dużo wątpliwości można mieć co do twierdzenia, że „nie istnieje terroryzm chrześcijański ani żydowski czy islamski”, bo we wszystkich religiach pojawiają się fundamentaliści i terroryści. Jak się ma do rzeczywistości twierdzenie Franciszka, że „są fundamentaliści i sprawcy przemocy we wszystkich narodach i religiach, którzy umacniają się za sprawą nietolerancyjnych uogólnień, karmią się nienawiścią i ksenofobią”? Czyżby nie było różnic między doktrynami etycznymi różnych religii, co się tyczy stosunku do wartości życia ludzkiego, godności osoby, używania przemocy?

Pewne jest, że w tym przesłaniu Franciszek jeszcze raz pokazuje konsekwencję. Od samego początku pontyfikatu powtarzał choćby, że islam to religia pokoju, a fundamentalizm chrześcijański nie jest mniej niebezpieczny niż islamski. Zapewne najbardziej szokującym przejawem owej odmowy krytyki islamu były jego wcześniejsze słowa, kiedy to postawił na równi chrześcijańskie wezwanie do nawracania, zawarte w ostatnim rozdziale ewangelii świętego Mateusza z nakazem muzułmańskiego dżihadu. „To prawda, że idea podboju należy do ducha islamu. Ale można by interpretować zgodnie z tą samą ideą zakończenie Ewangelii według świętego Mateusza, gdzie Jezus wysyła swoich uczniów do wszystkich narodów”. Osobliwie brzmią te słowa, wynika z nich bowiem, że dla papieża Franciszka nie ma zasadniczej różnicy między pokojową misją, przekonywaniem do swej wiary, apelowaniem do sumienia i wzywaniem do nawrócenia a zbrojnym i siłowym narzucaniem swojej religii. Jedno i drugie wydaje się równie niedopuszczalne. Podbój duchowy i podbój fizyczny stają się równie niedopuszczalne.

Jak to możliwe zatem, że owe nauki papieskie tak bardzo różnią się od powszechnego odczucia i przekonania zwykłych wiernych? Jak to się dzieje, że to co dla większości polskich katolików jest oczywiste – istnieje związek między terroryzmem a islamem – dla papieża stanowi przykład braku właściwej wiary? To samo pytanie można postawić inaczej: skąd bierze się u Franciszka tak pozytywny obraz islamu? Czy jest to tylko jakaś nowa niezwykła nauka tego właśnie papieża?

Niestety, jest wręcz przeciwnie. Wydaje się, że Franciszek jest – co się tyczy oceny islamu i odmowy dostrzegania potencjału przemocy, jaki tkwi w religii Mahometa – wiernym dziedzicem tak Pawła VI jak przede wszystkim Jana Pawła II. Dla ostatnich papieży głównym punktem odniesienia dla oceny innych religii była nowa doktryna soborowa, zgodnie z którą praktycznie zaniknęła granica między ludzkością a Kościołem. Baczny i bystry obserwator, jakim był francuski filozof katolicki Jacques Maritain, pisał, że prawdziwy przewrót w nauce kościelnej dotyczył właśnie uznania we wszystkich ludziach, także niechrześcijanach, członków Kościoła. Tym samym zniknął dawny obowiązek, wynikający z chrześcijańskiej miłości – nawracania. Zamiast niego przejawem miłości stało się uznawanie każdego człowieka takim jaki jest, z jego wierzeniami i poglądami.

Ta nauka, jeszcze nie całkiem wyraźna w tekstach soborowych, była przekazywana coraz śmielej: wcześniejsze przekonanie, że do zbawienia konieczne jest nawrócenie i przyjęcie wiary, zastąpiło przekonanie, że człowiek zostaje zbawiony całkiem niezależnie od swoich poglądów religijnych. Zamiast dawnego ekskluzywizmu pojawił się swoisty inkluzywizm, coś, co można by nazwać egalitaryzmem zbawczym: człowiek ma prawo do zbawienia, bo otrzymuje łaskę całkiem niezależnie od swojego wyznania. Jak to krótko ujął jeden z dokumentów watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary: „Wspólnota kościelna jest zarówno widzialna jak niewidzialna. W swej rzeczywistości niewidzialnej jest wspólnotą każdego człowieka z Ojcem za pośrednictwem Chrystusa w Duchu Świętym i z ludźmi we wspólnym udziale w naturze Bożej”.

Skoro tak, skoro każdy człowiek od chwili poczęcia jest już raz na zawsze członkiem Chrystusa i, co się tyczy jego zbawienia, zniknęła granica między ochrzczonymi a nieochrzczonymi, to musiało się pojawić radykalne przewartościowanie innych, niechrześcijańskich religii, w tym przede wszystkim islamu. Znowu warto przypomnieć słowa Jana Pawła II, który najlepiej pokazał ów przewrót. Według niego Chrystus to „spełnienie tęsknoty obecnej we wszystkich religiach ludzkości”. O ile dawniej islam, podobnie jak pozostałe wierzenia był uważany za religię fałszywą, tak teraz stał się szczególnie chrześcijaństwu bliski, stał się nagle dziełem Ducha Prawdy, tego samego, który zresztą jest u źródeł innych ludzkich wyznań.

Ta nowa doktryna zbawienia, wiara w uniwersalne zbawienie każdego człowieka, musiała też doprowadzić do zmiany roli papieża. Nie jest on już teraz jedynie, jak zawsze, zwierzchnikiem Kościoła, zastępcą Chrystusa na ziemi, ale, przede wszystkim, zyskuje miano Pontifex Maximus, budowniczego mostów, kogoś, kto ma być w pierwszym rzędzie odpowiedzialny za pokój ludzkości, za dobre współżycie między religiami. Słusznie. Skoro spór religijny raz na zawsze został z chrześcijańskiego punktu rozstrzygnięty, skoro nie ma sensu nawracać innych, należy raczej szanować ich takimi jakimi są, to głównym zadaniem papieża nie może być obrona katolicyzmu czy też próba przekonywania do niego innych, ale pilnowanie dialogu, troska o wzajemne dobre relacje różnych wyznań. Zamiast polemik ma pojawić się zrozumienie, wymiana doświadczeń. Religia, każda religia, jest czymś pozytywnym, bo wyraża dążenie człowieka do boskości, a każde takie dążenie pochodzi od Ducha. Nie ma znaczenia jak się ono historycznie i konkretnie przejawia, każda forma jest dobra. Od tej pory rolą papieża ma być zatem występowanie w imieniu wszystkich wierzących, a nie partykularna troska o interesy katolików czy nawet chrześcijan. Dlatego jeśli papież broni chrześcijan przed prześladowaniami, to robi to tak, aby czasem nie urazić uczuć muzułmanów.

Cena przyjęcia nowej doktryny jest jednak ogromna. Przede wszystkim musi nią być utopizm i abstrakcjonizm. Co z tego, że krytycy słów papieskich potrafią przedstawić dziesiątki, setki, ba, tysiące przykładów muzułmanów, którzy z okrzykiem „Allah Akbar” na ustach mordują niewinnych, co z tego, że można wskazywać znaczącą sieć terrorystycznych organizacji programowo dążących, w imię islamu, do zniszczenia chrześcijan, co z tego wreszcie, że łatwo wskazać w Koranie liczne cytaty, w których wzywa się do zabijania niewiernych – żadne fakty nie zmienią zdania papieża. Żadne doświadczenie nie przekreśli wiary, że islam jest religią pokoju. Nowa doktryna powszechnego zbawienia jest ważniejsza niż doświadczenie.

Taki, jak sadzę, jest najistotniejszy powód kolejnych papieskich wystąpień, w których unika się oceny islamu. To tłumaczy też papieską niechęć do mówienia o terroryzmie islamskim. Tyle, że ogół zwykłych wiernych nie przyjął jeszcze nowej nauki o papieżu jako liderze globalnego pokoju międzyreligijnego. Im bardziej tradycyjnie są oni nastawieni, w im mniejszym stopniu przejęli nową doktrynę egalitaryzmu zbawczego, tym bardziej krytycznie podchodzą do kolejnych wyzwań, apeli i nauk. Choć każe się im uznawać w muzułmanach wyznawców religii pokoju, łagodnych współbraci, nieznających przymusu i gwałtu, oni zachowują dość zdrowego rozsądku, by owej utopii nie ulec i dość odwagi, żeby przed napływem muzułmanów się bronić.

Paweł Lisicki dla WP Opinie

Polub WP Opinie
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.