Trwa ładowanie...
d35n2e8

Makowski: "Na co komu taka debata prezydencka? Prawdziwa polityka działa się na Nowogrodzkiej" [OPINIA]

Format debaty prezydenckiej w TVP przypominał bardziej nudną wersję teleturnieju "1 z 10" niż realną dyskusję, która narusza status quo i stwarza kandydatom choćby niewielką przestrzeń do dyskusji. Być może w tak licznym gronie inaczej się nie da, ale powinniśmy chociaż próbować. Inaczej będzie jak dzisiaj - prawdziwa polityka wydarzy się na Nowogrodzkiej.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Prezydent Andrzej Duda po debacie w studio TVP.
Prezydent Andrzej Duda po debacie w studio TVP. (PAP)
d35n2e8

Nie wiem, czy mają Państwo świadomość, ale braliśmy właśnie udział w wydarzeniu historycznym. Obejrzeliśmy pierwszą na świecie debatę prezydencką, podczas której na cztery dni przed planowanym terminem wyborów kandydaci nadal nie wiedzieli, kiedy i na jakich zasadach wezmą w nich udział. O tym, kto politycznie na niej zyskał, a kto stracił - pisze redakcyjny kolega Michał Wróblewski. Ja chciałbym się skupić na tym, jak została przeprowadzona i co z formatu zaprezentowanego przez Telewizję Publiczną wynika?

Po pierwsze, od strony wizualnej i technicznej nie można mieć do całego wydarzenia żadnego zarzutu. Przy tym budżecie i możliwościach technologicznych nie było jednak innej opcji. Owszem, da się pomarudzić, że studio nieco za ciemne, światło na twarzach kandydatów za ostre, a oni dziwnie bladzi, ale to detale. Również sam prowadzący - Michał Adamczyk - zachował się profesjonalnie. Wyjaśnił reguły, zadał pytania, raczej unikał złośliwości oraz komentarzy, które wykraczałyby poza zakres jego kompetencji jako dziennikarza. Ten odcinek na plus. Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach. O ile szczegółami można nazwać same pytania, czyli istotę debaty.

d35n2e8

Te, choć w większości ważne, w mało subtelny sposób sprofilowane były jednak na korzyść obecnego prezydenta, nie poruszając niewygodnych dla władzy zagadnień. Była zatem polityka zagraniczna, gospodarka, bezpieczeństwo militarne i energetyczne, przyszłość Unii Europejskiej oraz pytanie o podwyższenie wieku emerytalnego, legalizację małżeństw homoseksualnych i umożliwienie takim parom adopcji dzieci. Ewidentnie zabrakło pytań o konstytucję, sądownictwo czy - co chyba najważniejsze - politykę zdrowotną, pandemię i kryzys polityczny, który spowodowała.

Niestety debata w formacie teleturnieju, choć daje każdemu równe szanse na wypowiedź oraz z definicji pozwala wypromować się kandydatom spoza mainstreamu, ma mało sensu z perspektywy naruszenia status quo. Bez żadnej możliwości polemiki, zadania choćby jednego pytania innym uczestnikom czy możliwości odpowiedzi na konkretny zarzut - przypominała sesję recytowania zapamiętanych wcześniej jednominutowych monologów. Trudno się przy tym odsłonić, pokazać mocne strony albo słabości. Każdy wypadł właściwie tak dobrze, jak dobrze umie sobie radzić z występem przed kamerą, a przecież to nie jest najważniejsza kompetencja głowy państwa.

Marzy mi się, że zobaczę kiedyś debatę, która już w pierwszej turze będzie miała w sobie coś z nieprzewidywalności, a nawet elementu show znanego z debat prawyborów demokratów i republikanów. Inaczej nikogo nie będą one ekscytowały, a przecież ich rola nie polega na tym, aby żaden z kandydatów nie mógł się za mocno skompromitować. Pełniąc urząd prezydenta nie będą przecież pracować w strefie komfortu, w której nikt w zdanie wchodzić nie będzie.

Na marginesie - o tym, jak wielką wagę miała ta debata, w której momentami najciekawszą postacią był tłumacz z języka migowego, niech świadczy fakt, że prawdziwa polityka działa się w tym czasie nie na Woronicza, ale na Nowogrodzkiej, gdzie Jarosław Gowin i Jarosław Kaczyński na ostatnią chwilę dogadywali szczegóły porozumienia wyborczego, które nie doprowadzi do starcia i rozpadu Zjednoczonej Prawicy podczas czwartkowego głosowania w Sejmie. I z tą refleksją Państwa zostawiam.

Marcin Makowski dla WP Opinie

d35n2e8

Podziel się opinią

Share

d35n2e8

d35n2e8