Jak powstała Korea Północna? Geneza komunizmu klanowego

• Oficjalna propaganda nadaje rodzinie rządzącej Koreą Północną niemal boski status
• Kim Ir-sen do 1961 r. pozbył się wszystkich politycznych konkurentów
• Dyktator wymordował frakcje wspierane przez Chiny i ZSRR
• Zgodnie z ideą "dżucze" Korea Północna stała się niezależna od komunistycznych mocarstw
• Unikatowy totalitarny system stworzono m.in. dzięki koreańskiej kulturze opartej na konfucjanizmie
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Posąg Kim Ir-sena i Kim Dzong-ila w stolicy Korei Północnej Pjongjang
Posąg Kim Ir-sena i Kim Dzong-ila w stolicy Korei Północnej Pjongjang (Wikimedia Commons)

Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna (KRL-D), jak ten kraj oficjalnie się nazywa, wyłoniła się w sierpniu 1945 r. na obszarach zajętych wówczas przez radziecką Armię Czerwoną. Na jej czele stanął namiestnik z nadania Moskwy, Kim Ir-sen. Powoli, ale skutecznie wprowadzał on u siebie system, który jego polski biograf, Waldemar W. Dziak trafnie nazwał "totalitaryzmem spełnionym". Jednakże dopiero w początkach lat 60. ubiegłego wieku cała władza znalazła się w jego rękach - a potem jego klanu i utrzymywana jest aż do dziś. Jak to się stało i dlaczego tak się stało? Jaka jest geneza reżimu Kimów?

Wsparcie Sowietów

Nie ma żadnych wątpliwości, że reżim północnokoreański nigdy by nie powstał, gdyby północna część Półwyspu w końcowej fazie wojny z Japończykami nie trafiła pod sowiecką kontrolę. W KRL-D Kim Ir-sena, zamienionego w Wielkiego Wodza, "geniusza ludzkości", "wybawcę i wyzwoliciela ludu", dość szybko zdeifikowano, a przy okazji dokumentnie zmieniono i "uszlachetniono" mu życiorys, zamieniając go w barwną legendę, do dziś przymusowo uczoną w szkołach, tyle że nie mającą zbyt wiele wspólnego z prawdziwymi faktami.

Jednym z bardziej zamazanych i przeinaczonych fragmentów życiorysu Kim Ir-sena jest jego okres pobytu w ZSRR, w oficjalnych biografiach wręcz negowany. Wiadomo, że od wczesnej młodości był on przekonanym komunistą, który wyrósł w sojuszu z chińskimi komunistami na terenie Mandżurii. Tam brał udział w działaniach partyzanckich, ale w okresie między listopadem 1940 a marcem 1941 r. (bo biografowie chińscy, rosyjscy i zachodni różnią się co do ocen) uciekł do ZSRR i przebywał tam przez cztery lata, chodząc nawet w mundurze oficera Armii Czerwonej.

Dopiero po latach, przy cichym przyzwoleniu Sowietów - którym było to na rękę, bo chcieli mieć "swojego człowieka" na czele państwa - zaczęto tworzyć, obowiązującą do dziś legendę, iż pozostał w kraju i stał na czele antyjapońskiej partyzantki. Dopiero po 1991 r., gdy otworzyły się nieco radzieckie archiwa, ten nieznany dotychczas epizod w życiorysie Wielkiego Wodza zaczął nabierać barw i wypełniać się - ciągle szczątkowymi - faktami. Wiadomo, że po ucieczce najpierw zajmował się uprawą ogródka warzywnego na terenie Syberii, że wbrew późniejszym legendom ani nie wstąpił do sowieckiej akademii wojskowej, ani tym bardziej nie walczył o wyzwolenie Leningradu. Wiele natomiast wskazuje na to, że ukończył szkołę wywiadu NKWD w Chabarowsku. I dopiero potem Stalin osobiście zaczął mu wyznaczać coraz ważniejsze zadania i role.

W istocie był więc namiestnikiem z obcego nadania, który najpierw musiał się godzić z wolą Moskwy, a potem Pekinu. Wybijanie się na samodzielność, co robił równie skutecznie, jak brutalnie, czyli usuwanie ze swego wewnętrznego kręgu władzy osób, które znały i dobrze pamiętały poprzednie epizody z jego życia, zajęło ma czas aż do 1961 r., gdy przechwycił już całkowicie niekwestionowaną władzę w państwie. Zachował ją aż do śmierci w 1994 roku.

Pierwsza wojna

Drugi kluczowy element w budowie reżimu przyszedł wraz z wojną koreańską (1950-53), którą Kim Ir-sen osobiście rozpętał. Zrobił to za namową Stalina i przy niechętnym wsparciu Mao Zedonga. Pekin poparł go niechętnie, nie znalazł wówczas innego, lepszego wyjścia.

Oczywiście cel był jeden: połączyć pod komunistycznymi sztandarami cały naród koreański, podzielony w 1945 r., a przy okazji przejąć nad nim pełnię władzy. Jak wiadomo, to się nie udało. Włączenie się do konfliktu najpierw Amerykanów, a potem Chińczyków umiędzynarodowiło konflikt, tworząc z niego pierwszą wielką wojnę okresu zimnej wojny.

Kim Ir-sen osiągnął swe cele tylko w tym sensie, że zgodnie z frontową i wojenną logiką skumulował pełnię władzy w swoich rękach. O tym, jak dobrze zabiegał o własne interesy i co było jego prawdziwym priorytetem, najlepiej świadczy fakt, iż już po wybuchu wojny, jesienią 1950 r. zamordowano aresztowanego wcześniej Ho Man-sika, czyli drugą osobę w państwie, mocno preferowaną przez Moskwę do zajmowania najwyższych stanowisk.

Podziel się

Cywile zamordowani przez armię północnokoreańską niedaleko miasta Hamhung, październik 1950 r. fot. Wikimedia Commons/Lt. Winslow

Rozejm w Panmundżon w lipcu 1953 r. i obowiązująca do dziś linia demarkacyjna na 38 równoleżniku były w istocie klęską inicjatora konfliktu, Kim Ir-sena. Ten jednak, mimo ogromnych zniszczeń wojennych, dwóch milionów ofiar, a także trwałego podziału narodu, wyszedł z tego konfliktu, co do tego panuje wyjątkowa zgodność biografów, o wiele silniejszy. Skonsolidował wokół siebie władzę, a nielicznych kontestatorów, tym razem już z chińskiego (bo to Chiny zaangażowały się aktywnie w wojnie po jego stronie), a nie rosyjskiego nadania, powoli lecz skutecznie eliminował.

Kiedy udało mu się ich usunąć, wyszedł z ideą swego życia, po raz pierwszy sformułowaną w grudniu 1955 r., zwaną "dżucze", czyli samodzielnych rządów i opierania się wyłącznie na własnych siłach, umiejętnie - to trzeba przyznać - wykorzystując do swych celów rozłam chińsko - radziecki, który w 1960 r. stał się już otwarty i głośny. Kim najpierw usunął wszelkie frakcje w najwyższym kierownictwie, począwszy od "partyzantów Kim Ir-sena", czyli pamiętających jeszcze II wojnę światową towarzyszy o proradzieckich inklinacjach, pozostawiając i promując jedynie tych spośród nich, którzy o historii nie chcieli pamiętać. Wkrótce potem przyszedł czas na frakcję "jenańską", czyli związaną w ten czy inny sposób z wpływami Komunistycznej Partii Chin. Ostatnich z nich usunął w 1958 r., a na IV zjeździe Koreańskiej Partii Pracy we wrześniu 1961 r. obsadził stanowiska już wyłącznie osobami z własnego nadania. Były namiestnik zaczął sam rozdawać namiestnictwa.

Wsparcie Konfucjusza

Najpierw wsparcie ościennych mocarstw, potem spryt w wykorzystaniu do swych celów wszelkich okoliczności, z wojennymi włącznie, i wreszcie brutalna siła, stały u źródeł reżimu Kima. A co sprawiło, że okazał się on tak trwały i przeszedł po jego śmierci najpierw na syna, "Ukochanego Przywódcę" Kim Dzong-ila, a teraz na wnuka Kim Dzong-una?

Tu najwyraźniej trzeba przejść do głębszych, kulturowych i cywilizacyjnych pokładów, nie zatrzymując się jedynie na międzynarodowym układzie sił, czy zdolnościach przywódczych tej czy innej jednostki. Nie wystarcza też, jak się wydaje, krytyczna analiza komunizmu, zarówno jako idei, jak ruchu politycznego i wykreowanego w nim kultu wodza. To wszystko w przypadku KRL-D oczywiście miało też znaczenie, ale nie tylko. Co jeszcze? - o to właśnie toczy się spór między analitykami i obserwatorami północnokoreańskiej sceny.

Dość powszechnie uznaje się, że przy konsolidacji komunizmu klanowego, jaki ukształtował się w KRL-D, niebłahe znaczenie miały też wartości konfucjańskie, takie jak paternalizm, społeczna i polityczna hierarchia, a także, podobnie jak w komunizmie, kult wodza. Przecież nie bez powodu wobec społeczeństwa koreańskiego, jeszcze przed jego podziałem i rozbiciem na dwie tak odmienne polityczne rzeczywistości, ukuto powiedzenie, że "jest bardziej konfucjańskie od chińskiego".

Nie można też abstrahować od faktu, iż w koncepcjach konfucjańskich Wódz, czyli Cesarz, to zarazem Syn Niebios, a więc tym samym główny prawodawca, wielki wychowawca, jedyny interpretator praw boskich na Ziemi, kodyfikator praw, cnót i kodeksów moralnych. Lud ma być posłuszny i wierny tak rozumianej władzy; każdej władzy, bez względu na to czy z boskiego, czy z sowieckiego nadania...

Tradycja koreańska, ale też wschodnioazjatycka, i szerzej - konfucjańska, to także silne państwo, jego kult, przyzwolenie na interwencjonizm z jego strony, a równocześnie - bardziej buddyjskie ze swej natury - pogodzenie się z wyrokami losu (Niebios), bez względu na to, jakie one są.

Podziel się

Kim Dzong-un podczas inspekcji akademii artylerii przeciwlotniczej fot. AFP/KNS/KCNA

Innymi słowy, do zrozumienia genezy i rozwoju północnokoreańskiego modelu komunizmu klanowego nie wystarczą klasyczne analizy modelu totalitarnego, jak te które wyszły spod pióra Hanny Arendt, czy Zbigniewa Brzezińskiego. Potrzebny jest jeszcze do tego element kulturowy, który akurat w tym przypadku kto wie, czy nie jest ważniejszy od wszelkich rozważań socjologiczno-historiozoficznych. Zwróćmy bowiem uwagę, że komunizm klanowy nie powstał ani na Kubie (gdzie władzę, co prawda, sprawuje brat byłego Wodza), ani w ZSRR, ani nigdzie indziej w byłym bloku sowieckim. To też powinno nam dawać sporo do myślenia.

Państwo śrubek

Wielu ekspertów, szczególnie ekonomistów, zapatrzonych w sukcesy wschodnioazjatyckich "gospodarczych tygrysów", wartości konfucjańskie wychwala, a w Korei Południowej i częściowo w Singapurze rodzą się ostatnio prace, próbujące łączyć konfucjanizm z demokracją. Wysoce ceniona jest też tamtejsza merytokracja, a więc, też wywodzące się z konfucjanizmu, rządy oświeconych elit, czemu niedawno dał wyraz w ważnym tomie wykładający w Chinach Kanadyjczyk Daniel A. Bell.

Przypadek rodu Kimów każe jednak przypominać, że te same, dla wielu cenne, wartości konfucjańskie w przypadku innego odczytania tak łatwo mogą przerodzić się w jeszcze jedną formę znanej od dawna "orientalnej tyranii" czy despotii, gdzie ideały konfucjańskie mówiące o idealnych rządach i marzenia o wspaniałym społeczeństwie tak łatwo mogą się przerodzić w ich całkowite zaprzeczenie i przynieść ze sobą brak wolności, izolację, pełne upaństwowienie i terror ze strony władz, a życie społeczne zamienić na koszary i koszmar.

Podziel się

Nocne zdjęcie Półwyspu Koreańskiego. W północnej części niemal nie widać świateł fot. Wikimedia Commons/NASA

Albowiem, cytując na koniec znanego eksperta Bradleya K. Martina, KRLD pod rządami klanu Kimów zamieniła się w "kraj automatów" oraz "państwo ludzi o wypranych mózgach rodem z dzieł Orwella"; w kraj, w którym celem jego Wodzów jest - cytując wspomnianego już W. Dziaka - wychowanie "politycznego robota, ludzkiej maszyny, która zawsze i w każdych okolicznościach będzie działać zgodnie z zaprogramowanym kodem, a jej wszelkie zachowania będą wyznaczane odgórnie."

To dlatego komunizm klanowy trwa - i będzie trwał, o ile nie zdecydują inaczej wielkie mocarstwa. Jednakże im, jak mówi historia, raczej odpowiada status quo, a więc podział Półwyspu Koreańskiego, toteż pomniki i portrety rodu Kimów w KRL-D robią się coraz większe - i bardziej pozłacane. Podczas gdy lud klepie biedę, a i głód nie jest mu obcy.

prof. Bogdan Góralczyk dla Wirtualnej Polski

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.