historia
02-06-2016 (01:24)

Imperium Lechitów – pseudohistoryczny mit

• Zainteresowanie wśród miłośników wczesnej historii Polski zdobywa koncepcja tzw. Imperium Lechitów
• Zakłada ona, że Polska powstała już w starożytności i zajmowała potężny obszar Europy
• Zwolennicy tej teorii utrzymują, że toczyliśmy boje m.in. z Aleksandrem Wielkim i Juliuszem Cezarem
• Po bliższym przyjrzeniu się temu konceptowi okazuje się, że jest on pseudonaukowy
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Fragment mapy Europy rzymskiego geografa Pomponiusza Meli. Enztuzjaści starożytnego pochodzenia Polski w widocznej na mapie Sarmatii widzą Imperium Lechitów
Fragment mapy Europy rzymskiego geografa Pomponiusza Meli. Enztuzjaści starożytnego pochodzenia Polski w widocznej na mapie Sarmatii widzą Imperium Lechitów (Wikimedia Commons)

Był taki czas, gdy Aleksander Wielki łakomym okiem łypał na Polskę. Do jego uszu doszły bowiem opowieści o wielkiej potędze i bogactwie tego starożytnego kraju. Posłał więc tam swoich posłów, by ci ściągnęli z Polaków trybut. Lechici – wszak to naród dumny – poczuli się dotknięci słowami wysłanników Aleksandra i potraktowali ich nader nieuprzejmie, choć z niewątpliwą i okrutną fantazją. ''Najpierw przeto - pisał Wincenty Kadłubek (ok. 1160-1223 r.) w swej kronice – przedniejszym spomiędzy posłów żywcem połamano kości, po czym zdarte z ich ciał skóry wypchano częściowo najlichszą trawą morską i ten kruszec, ludzką skórę, lecz nieludzko odziany, odesłano''. Do zwłok przytroczono list, w którym królowa Polski Wanda odpyskowała wielkiemu wodzowi: ''Wiedz […], że Polaków ocenia się podług dzielności ducha, hartu ciała, a nie podług bogactw''. Zdobyła się nawet na groźbę, pisząc Macedończykowi, że Polska może ''całkiem zniszczyć twoją chciwość razem z tobą''.

Zaznajomiwszy się z takim dictum Aleksander Wielki nie miał wyboru – musiał przykładnie ukarać krnąbrnych Polaków. Zebrał wielkie wojsko i ruszył na wojenną wyprawę. Wkroczywszy do dzielnic krakowskiej i śląskiej, złupił je niemiłosiernie. Przemyślni Polacy, widząc potęgę wojsk wielkiego wodza, zastosowali fortel: ustawili atrapy wojowników, które z daleka wrogowie uznali za polskie wojsko. Pewni zwycięstwa, rzucili się na nie w szaleńczym pędzie. Ale gdy się zorientowali, że to podstęp, było już za późno. Polacy wyrżnęli ich niemal w pień. Natomiast Aleksander – jak poucza nas kronikarz – ''ledwo uszedł w niesławie''. Tak Polacy upokorzyli jednego z największych dowódców w historii.

Nadciągają turbosłowianie

Już na początku chcę rozwiać jakiekolwiek wątpliwości Czytelników: cała powyższa historyjka jest piramidalną bzdurą. Zmyślił ją całkowicie wspomniany Wincenty Kadłubek, biskup krakowski i kronikarz związany z dworem księcia Kazimierza Sprawiedliwego. Pisał tak, by ''udowodnić'' wielkość Polski. Bywał w tym tendencyjny, momentami osuwając się już w ''bajkopisarstwo''. Był więc raczej ideologiem-politykiem historycznym, niż rzetelnym badaczem. Poza tym, historiografia w takim sensie, w jakim rozumiemy ją dziś, jest przede wszystkim dzieckiem XIX w. Trudno więc mieć do Kadłubka pretensje, że jego piórem kierowała raczej patriotyczna żarliwość, niż chłodna naukowa pasja poznawcza. Takie to były czasy i takie też dziejopisanie.

Są jednak tacy, którzy zmyślenia Kadłubka biorą całkowicie na serio. Pozostają pod urokiem nie tylko jego bajań, ale również takich tajemniczych postaci, jak – o nim będzie później – Prokosz. Mówi się o nich: turbosłowianie. Snują opowieść o Imperium Lechitów – czyli Polsce, która miała powstać jeszcze w starożytności i zajmować całkiem spory kawałek Europy: od Renu po Don oraz od Bałtyku po Morze Azowskie i Czarne. Mają swoje blogi, kanały wideo na Youtube i jest ich coraz więcej. Do tej pory chyba mało kto traktował poważnie ich pseudohistoryczne bajania, ale to się chyba zmienia. A przynajmniej coś wydaje się być na rzeczy, skoro w ubiegłym roku zasłużone wydawnictwo Bellona, które ma na koncie mnóstwo wybitnych prac, wydało książkę ''Słowiańscy królowie Lechii. Polska starożytna'' Janusza Bieszka, obecnie czołowego ''teoretyka'' turboslawizmu (co jeszcze bardziej intrygujące, publikację patronatem medialnym objął magazyn "Mówią Wieki"). Zobaczmy – choćby fragmentarycznie - jaki obraz dziejów Polski
wyłania się z jego ''dzieła''.

Podziel się

Wincenty Kadłubek na obrazie olejnym anonimowego artysty z 1-szej połowy XVIII wieku z kościoła cystersów w Jędrzejowie fot. Wikimedia Commons

Polacy, pogromcy Juliusza Cezara

W opinii Bieszka, początków przyszłej Polski nie należy upatrywać w państwie Polan Mieszka I. Polaków marsz przez dzieje zaczyna się dużo wcześniej, bo... około 1800 r. (oczywiście przed naszą erą). Właśnie w okolicach tej daty panował król Sarmata, który był – jak pisze autor – ''prawdopodobnie przybyszem z Elamu'' (jednego ze starożytnych państw Bliskiego Wschodu). Dlaczego stamtąd? Nic prostszego, wszak ''proweniencję ludu Sarmatów osiedlonych w Polsce (Lechii) wywodzi się ze starożytnego Iranu, a konkretnie z Elamu, tzn. z ziemi ludzi szlachetnych (Airy – an, Airy – ana)''. Podobnych ''oczywistości'' znajdziemy w książce Bieszka więcej.

Jednak pierwszą prawdziwie wybitną postacią w tych historycznych puzzlach jest dopiero trzeci władca, który rzekomo panował w latach 1729-1679 p.n.e. ''Tak więc król Lech I, Wielki [nie wiadomo dlaczego, autor uporczywie w całym tekście poprzedza przydomki władców przecinkami – R.J.], został ojcem, patriarchą narodu Lechów (Lechitów), tzn. założycielem królestwa (państwa) znanego na Wschodzie, w Iranie i później w Turcji jako Lechistan (odpowiednio Lehestan, Lehistan)''. Jego najważniejszą reformą było oparcie systemu władzy na rycerzach - ''Comes militi'', ''odwiecznej szlachcie''. Miała ona powstać z nominowanych przez króla przedstawicieli wybranych słowiańskich rodów i plemion.

Spośród całego panteonu królów, który wymienia Bieszk, na czoło wysuwa się żyjący pod koniec ubiegłej ery król Lech III, Ariowit (74-25 p.n.e.). Musiał być postacią naprawdę wielkiego formatu, skoro liczył się z nim nawet... Juliusz Cezar. ''W 53 roku p.n.e. w Syrii, pod Karrami (Carrhae) została doszczętnie rozbita armia rzymska […]. […] Koalicją wojsk Lechitów i Partów dowodził król Lech III. […] W tej strasznej rzezi w ciągu dwóch dni padło ponad 20 tys. legionistów, w większości przebitych strzałami, z nieprzydatnymi mieczami i włóczniami w rękach'' – rozpisuje się o starożytnych militarnych sukcesach autor. Podkreślając potęgę władcy, Bieszk zaznacza, że Lech był ''dla Cezara równorzędnym przeciwnikiem oraz partnerem do rozmów i negocjacji''. Szacunek rzymskiego dyktatora był tak wielki, że zaproponował słowiańskiemu władcy nawet ożenek ze swoją starszą siostrą Julią. Z tego związku – jak informuje Bieszk - urodził się królewicz Awiłło Leszek.

Mieszko I, Zdegradowany

Autor nie ma za to wiele sympatii dla władcy, którego większość polskich historyków wydaje się cenić za jego zmysł polityczny. Chodzi o Mieszka I, pierwszego polskiego władcę (choć może należałoby powiedzieć ''proto-polskiego'', bo nazwa ''Polska'' - jako ''Polania'' lub ''Palania'' - po raz pierwszy w źródłach pojawia się za rządów jego syna, Bolesława Chrobrego). Jak się można spodziewać, Bieszk tytułuje Mieszka królem, wskazując, że został ochrzczony w obrządku słowiańskim – w cerkwi w Gnieźnie. Ale potem przyjął chrzest w obrządku rzymskim w 966 r. (autor, tak jak historycy, uznaje umowność tej daty). ''Z tym rokiem – pisze Bieszk - został więc 'zdegradowany' z króla na księcia Lechii i uzależniony od hierarchii kościelnej oraz papieża!''.

Zresztą w ogóle pała wyraźną niechęcią do Kościoła Rzymskiego, za to wyraźnie pozytywnie wypowiada się o prawosławnej chrystianizacji, opisując ją w mocno wyidealizowany sposób: ''Misjonarze łagodnie podchodzili do ludzi, nie burzyli ich świątyń i gajów, nie niszczyli posągów bogów i kultowych posążków. […] Stopniowo zmieniano nazwy ich bóstw na biblijne. Była to po prostu przemyślana adaptacja starych wierzeń do nowych, a nie prymitywna, agresywna destrukcja starych wierzeń i narzucanie nowych pod groźbą miecza, w czym celowali misjonarze obrządku rzymskiego, którzy bezwzględnie zwalczali obrządek słowiański''.

W rzeczywistości, prawosławna chrystianizacja Słowiańszczyzny również często wiązała się z przemocą. Ataki były w szczególności wymierzone w wołchwów – pogańskich znachorów, czarowników i kapłanów. Przede wszystkim dlatego, że kierowali oni wystąpieniami ludowymi przeciwko nowym religijnym porządkom. Historyk Jerzy Strzelczyk w książce ''Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian'' podaje, że w 1227 r. w Nowogrodzie spalono na stosie czterech z nich.

Czciciele Wielkiego Kosmosu-Matki

Ale jeśli już jesteśmy przy turbosłowiańskiej idealizacji przeszłości ''Lechii'', to chyba najbardziej jest ona widoczna w opisie życia społecznego dawnych Lachów, który znajdujemy w ''Słowiańskich królach Lechii''.

Jeśli chodzi o politykę, to – pisze Bieszk – ''Słowianie najbardziej cenili sobie wolność i realną demokrację''. Dowodem tego ma być ''wiodąca rola wiecu słowiańskiego, na którym podejmowane były najważniejsze i prawomocne decyzje, na przykład dotyczące wyboru króla czy głównego wodza wyprawy wojennej – wojewody''. Autor podkreśla, że była to ''oryginalna i niespotykana ówcześnie struktura organizacyjna'' i nazywa ją ''wolną demokracją bezpośrednią''.

To słowiańskie umiłowanie wolności – zdaniem Bieszka – przekładało się nie tylko na praktykę polityczną, ale również na stosunek do innych ludzi, również obcych. Z tego względu, przekonuje nas autor, mieszkańcy Imperium Lechitów byli społecznością, która ''nie uznawała i nie stosowała systemu niewolnictwa, w przeciwieństwie do niby bardziej cywilizowanych społeczeństw Grecji, Rzymu, Persji, czy Bizancjum''. Nie przeszkadza mu to jednocześnie kilka stron dalej napisać o tym, że Słowianie podczas łupieżczych wypraw... porywali kobiety. Nie zauważa w tym sprzeczności.

<img src="http://i.wp.pl/a/f/jpeg/36724/wiki_matejko_christianization_of_poland_635.jpeg" alt=""Zaprowadzenie chrześcijaństwa" - obraz Jana Matejki z 1889 r." />

"Zaprowadzenie chrześcijaństwa" - obraz Jana Matejki z 1889 r." fot. Wikimedia Commons

Wręcz new age'owy jest opis życia religijnego Imperium Lechitów. Dawni Słowianie, jako wielcy miłośnicy wolności, cenili ''naturalne wartości kosmiczne, gdzie człowiek był swobodną, wolną cząstką 'Wielkiego Kosmosu – Matki', a nie przedmiotem totalnego ucisku i wyzysku''. Z bóstw, które wielbili nasi antenaci, Bieszk wymienia m.in. Lela i Polela, Ładę, Pochwista a także Jeszę oraz Niję.

Jednak taki ''festiwal wolności'' nie mógł trwać w nieskończoność. Jak zaznacza autor, ''Słowiańszczyzna była solą w oku dla władców zachodniej Europy i należało ją rozbić oraz spacyfikować krwawymi zamachami na jej władców […] oraz zbrodniczymi krucjatami, pod pretekstem wprowadzania nowej wiary chrześcijańskiej''. Wielkie mordy polityczne miały mieć miejsce w 840 i 937 r. Jeśli chodzi o tę pierwszą datę, to za zbrodnią rzekomo wtedy dokonaną miała stać pochodząca z saskiego dworu Ryksa, którą wydano za Popiela. Rzeczywistym celem ożenku była – cytuję – ''realizacja geopolitycznej agendy chrześcijańskiej i władz kościelnych'', która miała na celu – nie inaczej – ''rozbicie i zniszczenie od wewnątrz słowiańskiego i pogańskiego Imperium Lechitów''. Germańska księżniczka otruła podczas jednej z uczt dwudziestu stryjów Popiela, zadając tym samym potężny cios sile lechickich elit politycznych. Był to oczywiście tylko jeden z istotnych momentów podupadania słowiańskiej potęgi. Miary upadku dopełnił wspomniany już
chrzest Mieszka w obrządku rzymskim.

Bardzo poszukiwany towar

Mógłbym jeszcze długo pisać o rozlicznych fantazjach zawartych w książce ''Słowiańscy królowie Lechii''. Poprzestanę jednak na tych. Ale nie sztuką jest płytkie naigrywanie się i ironizowanie. Zobaczmy więc, jak wypada teoria Imperium Lechitów w konfrontacji z ustaleniami współczesnej historiografii. Krótko mówiąc – blado.

Weźmy na początek lansowaną przez Bieszka tezę o nieobecności niewolnictwa u Lechitów. Pierwsze źródło, które wspomina o tym, że Słowianie brali ludzi w niewolę, pochodzi już z przełomu VI i VII w. n.e., a więc sprzed chrztu w 966 r. To ''Strategikon'' Psuedo-Maurycego, w którym możemy przeczytać, że mężczyźni pojmani do słowiańskiej niewoli musieli służyć przez jakiś czas, a potem oferowano im możliwość powrotu w rodzinne strony, bądź pozostania na miejscu na równych prawach ze swoimi dotychczasowymi właścicielami. Zasada ta jednak nie dotyczyła kobiet – brankom nie pozostawiano możliwości decydowania o własnym losie.

Poza tym, w ogóle we wczesnym średniowieczu, jak i w starożytności, na obszarze całej Europy niewolnictwo było normą. I byoby czymś doprawdy niespotykanym, gdyby te sprawy radykalnie inaczej miały się u Słowian. "We wczesnym średniowieczu (wieki VI-XII) – pisze archeolog i popularyzator Artur Szrejter (''Niewolnicy Słowian we wczesnym średniowieczu'', WP Historia) - na terytoriach słowiańskich niewolnicy stanowili bardzo poszukiwany 'towar', ponieważ w całej Europie istniały nienasycone rynki odbiorcze, poszukujące ubezwłasnowolnionych ludzi do wykonywania prac czy to niebezpiecznych, czy wymagających dużego wysiłku. A że człowiek podczas intensywnej eksploatacji w niewoli szybko ulegał 'zużyciu', na jego miejsce od razu potrzebowano kolejnego".

Co ciekawe, schwytanych podczas wojen niewolników – również we wczesnośredniowiecznej Polsce – używano jako osadników. ''Mieszko I, zawierając na początku lat 80. X wieku pokój z królem Ottonem II, oddał mu niemieckich jeńców, których zagarnął w czasie wygranej przez siebie wojny roku 979. Gdzie ci brańcy spędzili poprzednie lata? Zapewne we wsiach państwa piastowskiego, rozlokowani jako niewolnicy-osiedleńcy rolni'' – pisze Szrejter.

Demokracja przemocą podszyta

Rzućmy teraz okiem na wyidealizowaną bieszkowską słowiańską ''realną demokrację'', która – zdaniem autora – była oryginalnym wynalazkiem Słowian. Nie jest prawdą, że była to ''niespotykana ówcześnie struktura organizacyjna''. Pisze o tym m.in. wybitny polski mediewista Karol Modzelewski w znakomitej ''Barbarzyńskiej Europie''. Zwraca uwagę, że wiec – jako zgromadzenie wszystkich wolnych mężczyzn danej wspólnoty, np. plemienia, ale również osady – był znany również Germanom.

Ten sam autor odmalowuje również – głównie na podstawie kroniki biskupa Thietmara (975 - 1018 r.), jednego z najważniejszych źródeł do historii zachodniej Słowiańszczyzny – ciemne strony tzw. demokracji plemiennej, o których Bieszk się nawet nie zająknął. Wskazuje bowiem na to, że istotnym warunkiem podjęcia decyzji przez wiec była jednomyślność wszystkich uczestników. A przecież nie mogło być tak, że wszyscy byli tego samego zdania. Więc gdy ktoś mocno oponował przeciwko większości, to go po prostu... bito, i w ten sposób zmuszano do podporządkowania się postanowieniom reszty wiecujących.

Podziel się

Obraz Siergieja Wasiljewicza Iwanowa przedstawiający handel niewolnikami w obozie Słowian wschodnich fot. Wikimedia Commons

Co więcej, proces demokracji plemiennej nie tylko zawierał wbudowany w swój porządek mechanizm przemocy. Na wiecach nie odbywały się głosowania w takim sensie, jak rozumiemy je dzisiaj, czy jak choćby praktykowano je w starożytnych Atenach. Właśnie ze względu na postulat jednomyślności, sensowniej byłoby chyba powiedzieć, że decyzje podejmowano tam przez coś na kształt aklamacji, czasem – jak wspomniałem – wymuszonej tęgimi cięgami. ''Wymóg jednomyślności nie wynikał, jak widać, z poszanowania odrębnego zdania jednostki. Wyrażała się w nim raczej przemożna presja wywierana na jednostkę przez wspólnotę niezdolną do działania w warunkach różnicy zdań'' – zwraca uwagę Modzelewski.

Jeśli zaś chodzi o skromny portret życia religijnego Lechitów, który szkicuje Bieszk, to – trzeba to niestety podkreślić – jest on świadectwem niemal całkowitej ignorancji w zakresie historii religii i mitologii Słowian. Pomijam już opowieści o Kosmosie-Matce rodem z epoki dzieci-kwiatów i Ery Wodnika. Ale wskazywanie na to, że Słowianie czcili – bądź mogli czcić - Lela i Polela, Ładę, Pochwista, czy Jeszę lub Niję, jest już symptomem bardzo archaicznej erudycji historycznej. Aleksander Gieysztor, autor chyba najważniejszej jak dotąd publikacji na ten temat - ''Mitologii Słowian'' – pisze wprost, że Jesza to ''bóstwo obmyślone przez Jana Długosza jako odpowiednik Jowisza''. Przypomnę tylko, że gruntowną krytykę długoszowego panteonu słowiańskich bóstw przeprowadził już blisko 100 lat temu Aleksander Brückner (1856 - 1939 r.). Natomiast co do Nyji, Lela i Polela jest już dziś raczej jasne (jeśli w ogóle w badaniach nad wymarłą przedchrześcijańską religią Słowian cokolwiek może być jasne), że – jak pisze
współczesny historyk Jerzy Strzelczyk - ''kaznodzieje chrześcijańscy brali za bóstwa pogańskie zwykłe przyśpiewki i refreny ludowe, których znaczenia już nie rozumieli''.

Prokosz, czyli Przybysław

No dobrze, ja tu przynudzam o jakichś akademickich detalach, a czytelnik zapewne najbardziej jest ciekawy tego, skąd Bieszk zaczerpnął te wszystkie niesamowite historie o walkach Słowian z Aleksandrem Wielkim i paktach z Juliuszem Cezarem, albo biografie polskich królów, o których nigdy nie słyszeli. Otóż – spośród wszystkich, na które się powołuje - najistotniejszym dla niego źródłem jest tzw. ''Kronika Prokosza''.

Po raz pierwszy opublikowano ją w 1825 r., pod przydługim tytułem ''Kronika polska przez Prokosza w wieku X napisana, z dodatkami z Kroniki Kagnimira, pisarza wieku XI, i z przypisami krytycznymi komentatora wieku XVIII pierwszy raz wydrukowana z rękopisma nowo wynalezionego''. Dla wielu polskich historyków była ona niczym objawienie – otwierała okno na świat najdawniejszego i zupełnie niepoznanego obszaru dziejów Polski. Jej urokowi uległ sam Julian Ursyn Niemcewicz. Ale inny XIX-wieczny polski historyk, i to nie mniej wybitny, Joachim Lelewel zaczął szukać oryginału tego zachwycającego źródła. I w Wilnie znalazł rękopis, tyle że z datą... 21 czerwca 1764 r. A autorem nie był żaden mnich Prokosz, tylko niejaki Przybysław Dyjamentowski (1694 - 1774 r.), znany fałszerz dokumentów historycznych i źródeł, który parał się również tworzeniem genealogii szlacheckich na zamówienie. I czar prysł. Tak skomentował to zmarły niedawno Janusz Tazbir (1927 - 2016 r.): ''W Polsce pierwszej połowy XIX w. istniała
szczególnie dobra passa na falsyfikaty historyczne wszelkiego typu. Rozwijające się coraz silniej poczucie narodowe inspirowało fabrykowanie pomników kulturalnych przeszłości, świadczących o wysokim stopniu rozwoju cywilizacji i potęgi narodowej. U nas miało to specjalne znaczenie, bo służyło podbudowaniu tezy, iż zagłada państwa nastąpiła na skutek obcej przemocy, a nie z własnej winy''.

Ale Bieszk nie daje wiary ustaleniom Lelewela. Argumentuje, że nie może to być ''fałszywka'', ponieważ pierwszy komentarz pochodzi z XVI w. Owszem, tak stoi w tekście, tyle że ów komentarz jest częścią fałszerstwa Dyjamentowskiego. Drugi argument za prawdziwością kroniki jest już kuriozalny, ale wiele mówi o przyjętym przez autora sposobie myślenia. Otóż autor ''Słowiańskich królów Lechii'' sugeruje, że Lelewel nie jest godny zaufania, ponieważ jego rodzina miała... austriackie korzenie. Zwraca też uwagę, że – cytuję – ''raczej nie reprezentował interesów Polski, […] oficjalnie uznając kronikę Prokosza za falsyfikat, co było w interesie zaborcy niemieckiego''. Dla Bieszka klucz polityczny wydaje się być istotnym kryterium oceny wiarygodności źródła historycznego. Doprawdy, trudno to skomentować.

Historyczne mity

Ale jednak idea Imperium Lechitów jest w pewien sposób ciekawa. Oczywiście nie jako hipoteza historyczna, bo jako taka – o czym pisałem wyżej – stanowi zbiór bajań i popis naukowej ignorancji. Jest intrygująca jako zbiór mitów historyczno-politycznych, zresztą wcale nienowych. Jak w kotle mieszają się w niej antyniemieckie uprzedzenia i wrogość względem katolicyzmu. Gdzieś dalekim echem odbija się również panslawizm, idea braterstwa wszystkich Słowian.

Jest też w tym wszystkim obecny w niektórych tradycjach polskiego myślenia historycznego kompleks ofiary i poczucie dziejowej krzywdy. Imperium Lechitów nie upadło przecież z własnej winy, ale w wyniku spisku obcych sił (dokładnie w ten sam sposób argumentowała po trzecim rozbiorze Polski znaczna część rodzimej inteligencji). Co złego, to nie my. Nie ma chyba większej trucizny dla takiego namysłu nad własną przeszłością, z którego ma wyniknąć jakaś pożyteczna nauka na przyszłość.

Robert Jurszo, Wirtualna Polska

Podczas pisania korzystałem m.in. z następujących pozycji: ''Mitologii Słowian'' Aleksandra Gieysztora, ''Barbarzyńskiej Europy'' Karola Modzelewskiego, ''Mitów, podań i wierzeń dawnych Słowian'' Jerzego Strzelczyka, ''Religii Słowian'' Andrzeja Szyjewskiego i ''Spotkań z historią'' Janusza Tazbira.

Polub WP Opinie
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.