Współpracownik prezydenta o botach w kampanii: "Nie używaliśmy ich"

- Może nie powinienem tego mówić, ale sporo z rzeczy, które pojawiły się w sieci podczas kampanii były wymyślane przez internautów. Myśmy mogli tylko przyklaskiwać i podawać dalej - mówi Marcin Kędryna, współpracownik Andrzeja Dudy, doradzający w pracach kampanii internetowej w 2015 r.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Andrzej Duda
Andrzej Duda (PAP)
WP

Marcin Makowski: Czy sztab wyborczy, Prawo i Sprawiedliwość, albo jakakolwiek instytucja powiązana z partią lub kampanią kiedykolwiek płaciła zewnętrznej firmie za wykorzystanie botów w kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy?

Marcin Kędryna (współpracownik prezydenta Andrzeja Dudy, zaangażowany w prowadzenie jego kampanii internetowej): Trudno mi się wypowiadać w imieniu Sztabu, czy Prawa i Sprawiedliwości. Powiem tylko, że byłem świadkiem praktycznie całej internetowej kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy. No i nie używano w niej botów. Powiem więcej. Dla mnie, nawet stosowanie płatnego promowania treści było od pewnego momentu pozbawione sensu. Taki był nastrój w sieci. Tego może nie powinienem mówić, bo gdybym zdecydował się sprawdzić w biznesie obniżyłbym swoją wartość, ale powiem. Otóż sporo z rzeczy, które się w internecie w kampanii pojawiły, których autorstwo przypisuje się Sztabowi - były wymyślane przez internautów. Myśmy mogli tylko przyklaskiwać i podawać dalej. Nasi konkurenci wydali straszne pieniądze na nieefektywną kampanię w mediach społecznościowych i mam wrażenie, że wciąż łatwiej im wymyślać niestworzone historie, niż przyznać: tak, byliśmy słabsi. Nasz kandydat był słabszy. Daliśmy się zrobić podwykonawcom w konia. I szukać swojego Pawła Szefernakera.

Wojciech Czuchnowski w piątkowej "Gazecie Wyborczej" nie ma jednak wątpliwości i pisze wprost: "Boty w służbie Dudy”. Coś musiało być na rzeczy.

WP

Wojtka Czuchnowskiego znam od 1991 roku. Nawet z nim przez prawie rok pracowałem w krakowskim ”Przekroju”. Zawsze imponowała mi jego bezkompromisowa służba aktualnie wyznawanym ideom. Pamiętam tekst chyba w ”Super Expressie”, w którym z informacji o wiszącym w jakiejś śląskiej knajpie zdjęciu prezydenta Kwaśniewskiego wyciągnął wniosek o związkach tegoż prezydenta ze śląskim półświatkiem, którego przedstawiciele byli widywani w tej knajpie. W przypadku tekstu o ”Botach w służbie” mam wrażenie, iż Wojtek nie zauważył, że cytowany w tekście dokument nie dotyczy mediów społecznościowych – Twittera czy Facebooka - ale moderowania postów na stronie internetowej andrzejduda.pl
Paweł Szefernaker mówił, że umowa została dość szybko rozwiązana. Prawda jest taka, że strona internetowa w kampanii 2015 roku była już narzędziem archaicznym.

"20 zł za wątek, 5 tys. wpisów w każdym wątku, 2 zł za wpis" - taki miał być cennik usług firmy, która zdaniem "Wyborczej" odpowiadała za uruchomienie fali hejtu, która wylała się na Bronisława Komorowskiego. Skąd te liczby?

Warto przeczytać przytoczony dokument w całości. ”Zleceniodawca zobowiązuje się do przeprowadzenia działań z zakresu moderowania wątków dyskusyjnych dot. wizerunku Andrzeja Dudy w serwisach internetowych na stronie http://andrzejduda.pl”. Liczby są wzięte wprost z tego dokumentu. Zastanówmy się raczej gdzie autor tekstu znalazł nazwisko Bronisława Komorowskiego.

Czego w takim razie dokładnie dotyczyła podpisana przez sztab umowa? Bo te pieniądze faktycznie zostały wydane.

WP

Nie widzę powodu, żeby nie wierzyć w to, co jest w dokumentach zapisane.

Wolałbym jednak konkretniejszą odpowiedź.

To, że – wydawać by się mogło poważni ludzie – wierzą, że do zmiany prezydenta w sporym europejskim kraju wystarczy wydać 40 tys. złotych – mnie śmieszy. Choć raczej powinno przerażać, bo sporo z tych ludzi to parlamentarzyści, byli ministrowie.

Czy można mieć pewność, że chodziło jedynie o stronę andrzejduda.pl, a nie np o publikację wpisów na Twitterze? 40 tys. zł za obsługę jednej strony to sporo ponad standardowe cenniki za podobne usługi moderacji.

WP

Nie widziałem dokumentów, ale jestem się gotów założyć, że można z nich wyczytać, iż zapłacono również za inne usługi, ale ta informacja nie pasowała do koncepcji materiału.

W jaki sposób dokumenty ujrzały światło dzienne? Niektórzy mówią, że to przeciek z grona byłego sztabu wyborczego, albo samej agencji. To możliwe?

Dokumenty są jawne, leżą w Państwowej Komisji Wyborczej. Były już w rękach dziennikarzy. Po prostu dotychczas nikt nie wyciągał z nich tak sensacyjnych wniosków.

Rozmawiał Marcin Makowski dla WP Opinie

WP
Polub WP Opinie
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.
WP