Anty indyjska demonstracja w Karaczi. 27 lutego 2019 roku.
Anty indyjska demonstracja w Karaczi. 27 lutego 2019 roku. (PAP/EPA, Fot: SHAHZAIB AKBER)

Waldemar Skrzypczak: "Wojna? To jeszcze nie ten czas" (Opinia)

Trwa kolejna odsłona starcia Pakistan-Indie. To uświadomiło nam, jak iluzoryczną sprawą jest pokój. Uspokoję. Globalnym graczom nie zależy na eskalacji tego konfliktu. Precyzyjnie – jeszcze nie zależy. I nie tam - pisze gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Konflikt Pakistan-Indie to obecnie jeden z najstarszych otwartych frontów wojennych. Spór obydwu krajów, które co jakiś czas używają argumentu siły, toczy się z różną intensywnością. To niebezpieczne, zważywszy na to, że to dwa potężne państwa posiadające broń nuklearną.

Źródłem konfliktu jest podział brytyjskiej kolonii, tzw. Indii Brytyjskich, który nastąpił po II wojnie światowej w 1947 roku na dwa odmiennie religijne kraje - muzułmański Pakistan i hinduistyczne Indie.

Przedmiotem sporu stał się - zdaniem stron - niefortunny rozdział historycznie ukształtowanej prowincji Pendżab na dwie części – indyjską i pakistańską. Oraz podobny podział księstwa Kaszmir zamieszkanego w zdecydowanej większości przez muzułmanów, którzy od dziesięcioleci nieustannie dążą to zjednoczenia Kaszmiru w granicach Pakistanu.

Wielkie armie na granicy

Do dzisiaj miały miejsce cztery wojny pomiędzy Indiami a Pakistanem. Zawsze miały dramatyczny przebieg z wielkimi liczbami ofiar i poprzedzane były zamachami na dużą skalę.

Z wojny w 1971 roku - po jej wygraniu przez Indie - w miejsce Pakistanu Wschodniego powstał Bangladesz. Kres każdej z dotychczasowych wojen kładły zabiegi dyplomatyczne, głównie dyplomacji amerykańskiej (wpierającej Pakistan) i rosyjskiej (popierającej Indie).

Źródło: Getty Images / Wojna pomiędzy Indiami a Pakistanem w 1971 roku. Armia pakistańska w Pakistanie Wschodnim została rozbita w ciągu kilkunastu dni. Na zdjęciu: żołnierz indyjski przy karabinie maszynowym.

W rejonie Kaszmiru obie strony utrzymują znaczne siły wojskowe. Pakistan zasadnicze siły swoich wojsk skoncentrował na granicy z Indiami. W rejonie Kaszmiru utrzymuje siły wzmocnionego korpusu w składzie trzech dywizji (w tym jednej pancernej). Armia po mobilizacji liczyć może blisko 1,3 mln żołnierzy.

Indie gros swoich wojsk utrzymują w pobliżu granicy z Pakistanem, a w rejonie Kaszmiru i jego bezpośredniej bliskości stacjonują dwie dywizje pancerne i trzy zmechanizowane. Siły Zbrojne Indii podczas pokoju liczą ponad 1,3 mln żołnierzy. To armia zawodowa. Ocenia się, że po mobilizacji stan armii może wynieść 1,8 mln personelu wojskowego..

Kaszmir ponadto jest rejonem silnej aktywności terrorystycznej separatystów muzułmańskich, którzy z baz na terytorium Pakistanu dokonują ataków na obiekty wojskowe i cywilne na terenie Kaszmiru hinduskiego.

To był pokaz siły dla wyborców

Wraz ze wzrostem swojej potęgi gospodarczej, politycznej i wojskowej do gry - obok USA i Rosji - włączyły się Chiny, które popierają Pakistan. Kraj wewnętrznie osłabiony jest konfliktem religijnym podsycanym nieustannie przez saudyjskie petrodolary. Saudowie naciskają, aby Pakistan zaangażował się w wojnę w Jemenie, czego Pakistańczycy nie robią właśnie w obawie przed reakcją Pekinu.

Po drugiej stronie mamy Indie z mocarstwowymi ambicjami nieustanie szukające strategicznego sojusznika w rywalizacji z Chinami. Takiego potencjalnego sojusznika Indie widzą w USA. I nie są to oczekiwania na wyrost, ponieważ Waszyngton dostrzega w Indiach partnera, który może pomóc mu w neutralizacji ekspansji chińskiej. Jednak administracja Białego Domu ostrożnie apeluje o deeskalację konfliktu. Raczej patrzy w stronę Pekinu, licząc na wolę wspólnej pokojowej inicjatywy chińsko-amerykańskiej.

Konflikt, z którym mamy obecnie do czynienia nie będzie się rozszerzał. Nie jest on w interesie azjatyckich mocarstw. Będzie miał nadal charakter regionalny. I świadczy o tym na pewno choćby ostrożna postawa Pakistanu wynikająca na pewno z pojednawczej misji dyplomacji chińskiej usiłującej przejąć rolę głównego mediatora w sporze. Efektem działania tej dyplomacji jest pojednawczy ton rządu Pakistanu, co dla wielu ekspertów może być zaskoczeniem.

Jak wspominałem, eskalacja nie jest w interesie przede wszystkim Chin, ale i USA oraz Rosji. Trzeba pamiętać, że konflikt z konwencjonalnego, mógłby przerodzić się w nuklearny. Bo obie strony - według szacunków ekspertów - dysponują potencjałem ok.150 głowic jądrowych wraz z nosicielami.

Źródło: Getty Images / Gurez, Kaszmir. Żołnierz armii indyjskiej w punkcie obserwacyjnym na granicy pomiędzy Indiami i Pakistanem. Duża część konfliktów rozpoczyna się od ataków indyjskich sił na pozycje terrorystów. Maja oni swoje bazy w części Kaszmiru kontrolowanej przez Pakistan.

W postawie Indii nie bez znaczenia są zbliżające się wybory do izby niższej parlamentu. Rząd premiera Modiego traci poparcie. Nie zrealizował wyborczych obietnic z 2014 roku o poprawie stanu gospodarki. Nie poprawił relacji z Pakistanem i Chinami. Atak na terrorystów muzułmańskich w Kaszmirze ma być pokazem determinacji rządu w walce z wrogim hinduizmowi terroryzmem.

Jest to akt jednorazowy i raczej nie zyskujący wśród Hindusów sympatii. Konkurencja w wyborach na swoich sztandarach niesie wolę pokojowej koegzystencji azjatyckiej. I to chyba jest bardziej strawne dla społeczeństwa zmęczonego ciągłym zagrożeniem zamachami pochłaniającymi ogromne liczby ofiar.

Z szacunkiem do Chin, ale na dwa sposoby

Wiek XX upłynął pod znakiem rywalizacji USA i Rosji. Mimo że dochodziło do napięć o różnej skali, a w przypadku kryzysu kubańskiego z 1962 roku realne było użycie arsenałów nuklearnych, nigdy nie doszło do bezpośredniej konfrontacji tych dwóch mocarstw.

Od początku XXI wieku na globalnej scenie pojawiać się jednak zaczęli nowi gracze. Dysponujący tak jak Chiny gigantycznym potencjałem ekonomicznym i "uzbrojone" w nieposkromione ambicje rozszerzania swoich wpływów gospodarczych, a w konsekwencji również politycznych. Prowadząc ekspansję gospodarczą, osiągają cele większe, niż te, które można osiągnąć z wykorzystaniem potencjałów militarnych.

Pojawienie się Chin zdecydowanie zmieniło optykę postrzegania roli dotychczasowych imperiów. Zarówno USA, jak i Rosja – na podstawie wieloletnich doświadczeń - starają się znaleźć sposób na współpracę i unikanie konfrontacji.

Dostrzegają przy tym znaczenie Chin, tyle że stosują wobec nich nieco inne metody.

Kreml za wszelką cenę dąży do ułożenia poprawnych stosunków z Pekinem. Władimir Putin gotowy jest do ustępstw, których ceną jest nawet ograniczenie wpływów Rosji w byłych republikach radzieckich. Za przejaw tego można uznać na przykład nieograniczanie nielegalnej emigracji z Chin na rozległe obszary Syberii.

W zamian za poprawę relacji z Chinami Rosja zyskuje możliwości realizacji swoich celów strategicznych w regionie Bliskiego Wschodu czy Europie.

Swoją szansę – przynajmniej na razie - na uregulowanie stosunków z Chinami straciły za to USA pod przewodnictwem Donalda Trumpa. Wojna handlowa Trumpa z Chinami spaliła wszelkie nadzieje Amerykanów na poprawę relacji. I systematycznie zmusza Stany Zjednoczone do pogodzenia się z faktem, że ich wpływy nie tylko w Azji, ale również w Afryce i od niedawna w Ameryce Południowej, będą malały. Taki stan trwał będzie, dopóki USA nie wypracują akceptowalnej dla Pekinu wizji strategicznej współpracy.

Najgorsze, co mogło się wydarzyć to fakt, że Trump uległ presji Kim Dzong Una i prowadzi z nim dwustronne rozmowy. W porządku światowym one nic nie zmieniają, bo zmienić nie mogą. Korea Północna ze swoim wodzem są za to wygodnym narzędziem Pekinu, a po części również Moskwy, w marginalizowaniu roli USA.

Jeżeli byłoby inaczej, to podczas rozmów z Kim Dzong Unem przy stole z prezydentem USA zasiadaliby jego odpowiednicy z Chin (i może z Rosji), a nie regionalna marionetka. Bo Koreańczyk jest potrzebny Pekinowi i Moskwie tylko tak długo, jak długo uda mu się terroryzować Trumpa.

To zresztą nieprzemyślna polityka prezydenta USA doprowadza do zacieśnienia strategicznego sojuszu rosyjsko-chińskiego.

Bliskowschodni tygiel, w którym każdy chce mieszać

Mapa świata płonie w wielu miejscach. Od lat w centrum uwagi znajduje się Bliski Wschód. I to na nim koncentruje się uwaga głównych graczy.

Mnogość wojen i konfliktów w tym regionie - z ich różnymi źródłami, ale dominującą nienawiścią religijną - powoduje zaangażowanie wielkich mocarstw.

Pierwszy front tworzą odwieczni wrogowie - Izrael z Iranem. W zasadzie każda ze stron dysponuje potencjałem zdolnym siać śmierć i zniszczenie na wielką skalę. Izrael może liczyć na wsparcie USA i bliskowschodniego ambitnego gracza, jakim jest Arabia Saudyjska. Choć w świecie arabskim sympatyzowanie z Izraelem jest antyarabskie. Zdeklarowani sojusznicy Izraela z Europy Zachodniej, głównie Francja i Wielka Brytania, są w odwrocie. Ich udział w działaniach dyplomatycznych i militarnych w obronie Izraela osłabł znacząco.

Źródło: East News / Brytyjskie samoloty Tornado podczas II wojny w Zatoce Perskiej. Rok 2003.

Iran może liczyć na wsparcie Rosji i Chin. I tu na chwilę wrócę do Pakistanu. Pekin wykorzystuje go w dotarcia do regionu zdominowanego przez kraje arabskie. Zbudowali szlaki drogowe i kolejowe od Chin poprzez Kaszmir pakistański i Pakistan do Morza Arabskiego. Mocno tym samym akcentują swoje ambicje w regionie zdominowanym dotychczas przez Amerykanów. Chińczycy politycznie wspierają interwencję Rosji w Syrii. Nie należy wykluczyć obecności ich kontyngentu sił specjalnych w walce z ISIS.

Niespokojnie jest nadal w Iraku, choć zmierzch epoka ISIS, wydaje się bliski. To jednak tylko początek kolejnej wojny o władzę w Bagdadzie. W której przewagę zdają się zyskiwać zwolennicy szyickiego przywódcy As-Sadra powiązanego z Iranem.

Ku końcowi zdaje się zmierzać wojna z rebeliantami w Syrii, dzięki której na Bliski Wschód wróciła Rosja Putina. Zrobiła to dzięki interwencji zbrojnej wspierającej syryjskiego prezydenta Al-Asada. A próby izraelskich ataków lotniczych na syryjskich sojuszników Putina są z każdym razem coraz kosztowniejsze.

Turcja i problem Kurdów odeszły poza główny nurt wydarzeń. Choć Erdogan aspiruje do roli przywódcy regionalnego.

W centrum zainteresowania w tym rejonie znajduje się wojna w Jemenie. Kraj jest sceną starć religijnych nie tyle lokalnych plemion, ile wojną Iranu z Arabią Saudyjską, tyle że toczoną na terytorium Jemenu. Za sznurki pociąga jednak kto inny - USA i Chiny – toczące zakulisowy spór.

I niezależnie od ogromu potencjału militarnego, jakim dysponują Saudowie, wszystko zależy od poziomu zaangażowania Chin w tym rejonie. A Pekin dostrzega tam gigantyczne szanse dla siebie, wszak niemal połowa eksportu ropy naftowej jest udziałem państwa rejonu Zatoki Perskiej. Podpalenie rafinerii byłyby początkiem katastrofalnego globalnego kryzysu gospodarczego, który przyczyniłby się do migracji w skali dotychczas nieznanej. To byłoby zarzewiem wojny światowej. Wojny, do której Chiny szykują się od dawna.

Na razie Chinom na niej po prostu nie zależy. Jest jeden, zasadniczy powód. Pekin z sukcesem dokonuje ekspansji gospodarczej, uzyskując w pokojowy sposób dostęp do źródeł zasobów, które w nieodległej przyszłości będą atutem w rywalizacji z USA i ich sojusznikami z regionu Bliskiego Wschodu.

Podobnie sytuacja ma się z Rosją, która chętnie szuka zbliżenia z Chinach w toczącej się rywalizacji z USA. Putin nie targnie się na globalny konflikt, dopóki nie będzie pewien, że dla jego imperium bezpieczne.

Źródło: PAP/EPA / Prezydent Rosji Władimir Putin wita chińskich żołnierzy przybyłych na manewrach Wostok 2018. Wzięło w nich udział 300 tys. żołnierzy, 36 tys. pojazdów, 1 000 samolotów i śmigłowców oraz 80 okrętów wojennych.

Prezydent Rosji jest świadom, że jakakolwiek wojna z udziałem jego kraju - wykraczająca rozmachem poza konflikt regionalny - będzie dla imperium katastrofą. Uśpione czasowo konflikty z Gruzją czy Ukraina mogłyby wybuchnąć ze zwielokrotnioną siłą. Byłe islamskie republiki radzieckie wykorzystałyby szansę do odzyskania niezależności narodowych. Nie ma złudzeń – każde osłabienie Rosji byłoby dla nich dogodną okazją do wyrwania się z zaklętego tymczasem kręgu wpływów Kremla.

Wyścig zbrojeń trwa w najlepsze. NATO zaspało

Na naszych oczach trwa wyścigu zbrojeń nabierający nie tylko nowego tempa, ale i nowego wymiaru, przenoszącego możliwości rażenia w obszary dotychczas wolne od wojen.

Stąd między innymi decyzje USA o powołaniu wojsk kosmicznych, które Chiny i Rosja rozwijają już od lat rozwijają. Świadczą o tym mocno zakamuflowane misje satelitów i promów.

Nowe wyzwania dla światowego pokoju stanowi również wycofanie się z USA z porozumienia nuklearnego z Iranem. Tak samo jak groźba prezydenta Donalda Trumpa o wypowiedzeniu traktatu rozbrojeniowego INF (układ o likwidacji pocisków rakietowych średniego zasięgu od 500 do 5500 km).

Jeżeli Trump liczy, że Rosja przejmie się tymi groźbami, to jest w błędzie.

Wydawać by się mogło, że to główne problemy, z którymi przyjdzie się w najbliższej perspektywie zmierzyć politykom Unii Europejskiej i wojskowym NATO. Tymczasem widać wyraźnie, że w NATO wszyscy nadal tkwią w epoce poprzedniej zimnej wojny, nie dostrzegając zmian w globalnym układzie sił i rejonach konfrontacji.

NATO jest winne temu, że dało się zwieść obietnicami Rosji o woli pokojowego współistnienia. W czasie, gdy Putin rozwijał swoje nowe systemy rakiet manewrujących, państwa NATO się rozbrajały, ufne w deklaracje Kremla. Powstały straty, na których odrobienie trzeba wielu lat i ogromnych nakładów.

Wyścig zbrojeń to ucieczka w nowe technologie. NATO i Polska zostały mocno z tyłu. Już się okazuje, że systemy, którymi dysponują państwa Sojuszu - w tym i USA - są nieefektywne bojowo choćby w konfrontacji z bronią hipersoniczną czy elektromagnetyczną. To smutna prawda.

Sytuację NATO pogarsza postawa samego prezydenta USA, który stawia na konfrontację polityczną w ramach samego Sojuszu. To osłabia nie tylko wizerunek, ale przede wszystkim integralność polityczną, a w konsekwencji militarną.

Rosja skłóca i obserwuje. Czeka na każdą okazję

Od czasu agresji Rosji na Ukrainę trwa wojna przeciwko Unii Europejskiej, która toczy się na wielu polach. Ma na celu dezintegrację Unii, a w konsekwencji osłabienia NATO.

Źródło: Forum / Waldemar Skrzypczak, generał broni SZ RP w stanie spoczynku. W latach 2006–2009 dowódca Wojsk Lądowych. W latach 2012-2013 był podsekretarzem stanu w MON.

Rozbicie UE i podważenie siły Sojuszu jest drogą do odbudowy wpływów Rosji w Europie Wschodniej. To droga do pokojowej, politycznej aneksji krajów bałtyckich i wciągania w strefę swoich wpływów Węgier i Słowacji. Polska musi zrobić wszystko, aby nie dać się odizolować politycznie i gospodarczo od Europy Zachodniej. Co znaczy dla Polski izolacja, można wyczytać w podręcznikach naszej bolesnej historii.

Dlatego nie ekscytujmy się nadmiernie konfliktem Pakistanu i Indii o Kaszmir. Na to nie mamy wpływu. Zacieśniajmy nasze europejskie sojusze tak mocno, jak tylko się da. Inspirujmy nowe polityczno-wojskowe relacje z krajami europejskimi nie będącymi członkami NATO. Ze Skandynawią na przykład, żeby za daleko nie szukać.

Polub WP Opinie
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące