ycipk-3tri6a

Szczyt w Singapurze. Co zyskał Kim Dzong Un, a co Trump

Kim Dzong Un otrzymał prestiż, nimb światowego lidera i gwarancję bezpieczeństwa USA. Trump - i świat - uzyskali zobowiązanie Pjongjangu do "całkowitej denuklearyzacji". To znaczący krok naprzód - o ile tylko zostanie wcielony w życie.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Donald Trump i Kim Dzong Un w Singapurze
Donald Trump i Kim Dzong Un w Singapurze (Forum, Fot: REUTERS)
ycipk-3tri6a

Po wszystkich fanfarach, serdecznych gestach i wzajmenie wymienianych komplementach obu przywódców, konkretny owoc szczytu w Singapurze jest jeden. To podpisane przez nich wspólne oświadczenie. Jego treść można wyczytać ze zdjęcia zrobionego przez fotografów. Opiera się ono na czterech punktach:

1) Zobowiązaniu do nawiązania nowych stosunków KRLD z USA "zgodne z życzeniami obu narodów do pokoju i pomyślności".

2) Zobowiązaniu do zbudowaniu nowego reżimu bezpieczeństwa na Półwyspie Koreańskim

ycipk-3tri6a

3) Zobowiązaniu Korei Północnej do pracy w kierunku całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, zgodnie z tym, do czego Kim Dzong Un już zobowiązał się podczas spotkania z prezydentem Korei Południowej w Panmundżonie 28 maja.

4) Zwrocie szczątków jeńców wojny koreańskiej.

W porównaniu do wielkich ambicji administracji Trumpa, której oficjele obiecywali "całkowite, weryfikowalne i nieodwracalne" rozbrojenie północnokoreańskiego arsenału nuklearnego, trudno nazwać to wielkim sukcesem. W dokumencie właściwie nie ma niczego nowego; są jedyne ogólniki i zobowiązania, które Kim złożył już wcześniej. Przede wszystkim brakuje kluczowych słów "weryfikacja" i "nieodwracalne". Zamiast "Korea Północna" jest "Półwysep Koreański", co oznacza, że Pjongjang oczekuje wycofania się sił USA z Południa. W rzeczy samej już podczas konferencji prasowej Trump zapowiedział, że skończy z "prowokacyjnymi" i "bardzo kosztownymi" ćwiczeniami wojskowymi amerykańskich żołnierzy na półwyspie, a jego ostatecznym celem jest całkowite wycofanie wojsk. To byłoby nie tylko zwycięstwo dla Pjongjangu, ale wielki geopolityczny prezent dla Pekinu.

ycipk-3tri6a

Historia zatoczy koło?

Znamienne jest to, że tekst deklaracji bardzo przypomina wspólne oświadczenie USA i KRLD z 1993 roku. Dotyczy ono tych samych kwestii, a nawet zawiera te same kluczowe słowa dotyczące rozbrojenia nuklearnego. Koniec końców Kim Dzong Un nie zobowiązał się do niczego ponad to, co obiecywał jego ojciec. Różnice są dwie - obie na korzyść obecnego dyktatora z Pjongjangu: Kim Dzong Un spotkał się twarzą w twarz z prezydentem USA, a Korea Północna posiada już niemal pełny arsenał atomowy. Nie trzeba przypominać, że deklaracja z 1993 roku ostatecznie nie doprowadziła do konkretnych rezultatów. Co ciekawe, swoją rękę do tego przyłożył obecny doradca ds. bezpieczeństwa John Bolton, który był obecny także w Singapurze.

Oczywiście, nie oznacza to, że i tym razem rozmowy zakończą się fiaskiem. To dopiero początek dłuższego procesu, który może potoczyć się różnie. Być może Kim Dzong Un rzeczywiście chce podążyć drogą Chin i zmodernizować kraj. Ale trzeba też pamiętać, że Korea Północna jest mistrzem w dyplomatycznym tańcu, kluczeniu i zwodzeniu międzynarodowej społeczności.

ycipk-3tri6a

Dlatego na ten moment bilans rozmów jest zdecydowanie korzystniejszy dla Kim Dzong Una. Dzięki Trumpowi, który w Singapurze obsypał go komplementami - o tym, że jest "bardzo utalentowany", "bardzo mądry" i "kocha swój kraj" - Kim Dzong Un uzyskał to, o co walczył jego ojciec i dziadek: uznanie statusu jako potęgi nuklearnej. Spotkanie twarzą w twarz, jak równy z równym, z prezydentem najpotężniejszego mocarstwa świata. Owszem, teoretycznie Trumpa nic to nie kosztowało. Ale pozbawił się tym samym dużej karty przetargowej uzyskując w zamian bardzo niepewne korzyści. Jak na samozwańczego geniusza negocjacji, jest to bardzo mizerny rezultat.

Nadzieja na pokój

Mimo to, szczyt w Singapurze jest krokiem w dobrym kierunku. Oddala świat od widma wojny nuklearnej i milionów ofiar. Jest początkiem czegoś, co może zdecydowanie zmienić sytuację międzynarodową. Nawet jeśli nie doprowadzi do rozbrojenia zbrodniczego reżimu, może przynajmniej go ucywilizować i uczynić go bardziej przewidywalnym. To byłoby więcej, niż dotychczasowe osiągnięcia kolejnych prezydentów. W tych niespokojnych czasach nawet taka iskierka nadziei się liczy.

Polub WP Opinie
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.

ycipk-3tri6a

ycipk-3tri6a
ycipk-3tri6a