Podwyżki opłat sądowych. Tomasz Janik: Niech PiS reperuje budżet gdzie indziej

Ministerstwo Sprawiedliwości zaproponowało zaskakujące zmiany (czytaj: podwyższenie) opłat sądowych i w równie zaskakujący sposób ten projekt czym prędzej zarzuciło. To doskonała okazja, by przyjrzeć się temu, jakie zmiany są naprawdę potrzebne w polskich sądach. Bo na pewno nie należy do nich oranie Sądu Najwyższego.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro w czasie konferencji prasowej
Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro w czasie konferencji prasowej (East News)

Wycofywanie się z jakiegoś pomysłu tylko dlatego, że został on powszechnie skrytykowany, to zachowanie zgoła niepodobne do obecnej ekipy rządzącej, dlatego tym bardziej należą się słowa uznania. W planach ministerstwa było np. zwiększenie opłaty za rozwód z 600 zł do 2000 zł, ale też wprowadzenie nowych opłat (np. 100 zł za wezwanie świadka czy za wniosek o uzasadnienie wyroku).

Największą furorę w mediach - i słusznie - zrobił ten pierwszy pomysł. Dwa tysiące złotych za wniesienie pozwu rozwodowego w kraju, w którym minimalne wynagrodzenie netto jest o kilkaset złotych niższe, doprawdy zdumiewa. Nawet jeśli celem Ministerstwa - choć wprost niedeklarowanym - było ograniczenie liczby rozwodów, to warto wspierać trwałość polskich rodzin chyba w nieco bardziej przemyślany sposób (zostawiam to ekspertom od polityki prorodzinnej).

Argument rządu, że przeciętny realny koszt sprawy o rozwód to 2.322,57 zł jest bałamutny. Gdyby stosować go konsekwentnie, mogłoby się okazać, że w wielu sprawach należy opłaty sądowe wręcz obniżyć. W sprawie o milion złotych opłata sądowa to 5 proc. tej wartości. Czy koszty takiego postępowania wynoszą aż 50 tys. zł? Śmiem wątpić. Zresztą i bez tej podwyżki opłaty sądowe w Polsce należą do najwyższych w Europie.

Zobacz także: Wzrost opłat sądowych. Ministerstwo rezygnuje z kontrowersyjnego pomysłu

Chociaż sądownictwo to część aparatu państwa, finansowanego przecież z naszych podatków, to istnienie osobnych opłat sądowych uzasadnia się m.in. tym, że wstrzymuje to co bardziej krewkich pieniaczy przed pozywaniem każdego, kto tylko wejdzie im w drogę. Niemniej, akurat w sprawach o rozwód argument ten traci na znaczeniu - tutaj sensowne jest pozwanie tylko swojego męża czy żony.

Projekt podniesienia opłat sądowych wpisuje się niestety w pewną filozofię tworzenia kolejnych barier w dostępie do wymiaru sprawiedliwości. Z początkiem 2016 r. zlikwidowano na przykład ponad 1/3 wydziałów upadłościowych w polskich sądach. Warto pamiętać, że wydziały te zajmują się nie tylko upadłościami firm, ale też konsumentów - zwykłych ludzi, którzy wpadli, często bez swojej winy, w spiralę zadłużenia. Wskutek tego, przykładowo po likwidacji wydziału upadłościowego w słupskim sądzie, mieszkańcy tego obszaru muszą jeździć z prośbą o oddłużenie aż do Gdańska. Ale mechanizm działa też w drugą stronę - sądy upadłościowe, dosłownie "zawalone" upadłościami konsumenckimi, nie są w stanie sprawnie prowadzić istotnych postępowań dotyczących firm, nieraz z milionowym majątkiem i setkami pracowników, pozostającymi przez długie miesiące w niepewności co do swojej przyszłości.

Nie lepiej jest u nas ze zwalnianiem od konieczności ponoszenia opłat sądowych. W wielu krajach Zachodu zajmuje się tym opieka społeczna, jako organ najlepiej zorientowany w sytuacji majątkowej poszczególnych mieszkańców. W Polsce niestety nadal należy to do zadań sądów, co prowadzi do kuriozalnych nieraz sytuacji, kiedy to sąd wytyka komuś, że posiada telewizor albo zbyt drogi abonament telefoniczny, z których mógłby przecież zrezygnować, żeby tylko zasilić budżet państwa opłatą sądową. Wiadomo przecież, że inni podatnicy nie mogą kredytować krezusa, który beztrosko posiada odbiornik TV.

Przy olbrzymim szacunku dla pracy pracowników sądów trzeba jednak wskazać, że również wprowadzane od kilku lat zmiany w systemie obsługi interesantów nie do końca się sprawdziły. Czytelnie akt w sądach chyba bardziej pomagają samym sądom niż interesantom z uwagi na konieczność zamawiania akt czasem nawet z kilkudniowym wyprzedzeniem (podczas gdy wcześniej były udostępniane w zasadzie od ręki). Razi również częsty brak możliwości dodzwonienia się do sekretariatów poszczególnych wydziałów (gdy wszystkie połączenia i tak są przekierowywane do Biura Obsługi Interesantów).

Jeszcze bardziej niż do tej pory powinny być promowane i premiowane alternatywne metody rozwiązywania sporów, jak mediacja czy arbitraż gospodarczy. Porozumienie nie jest jednak zarezerwowane tylko dla spraw cywilnych. Pod koniec rządów PO wprowadzono na przykład świetny przepis pozwalający w sprawach karnych o błahe przestępstwa umorzyć postępowanie, jeśli pokrzywdzony pojednał się ze sprawcą. I komu to przeszkadzało? Niestety, PiS-owi, który skwapliwie wyrzucił ten przepis do kosza.

Prawo dostępu do sądu jest prawem człowieka, niestety nadal nie w pełni w Polsce respektowanym. Problemy z dostępem do tłumaczy języków migowych, nieuregulowany status biegłych sądowych, niedostosowane strony internetowe sądów dla potrzeb osób z niepełnosprawnościami to kolejne kwestie, nad którymi mogłoby popracować Ministerstwo Sprawiedliwości. Nawet, jeśli prace te miałyby być prowadzone tylko w przerwach pomiędzy oraniem SN i KRS.

Tomasz Janik dla WP Opinie

Tomasz Janik - adwokat, członek Pomorskiej Izby Adwokackiej w Gdańsku, doktorant Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego. Prowadzi kancelarię adwokacką w Gdyni (http://tomasz-janik.pl/).

Polub WP Opinie
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.