Piłsudski wpadł w panikę, nie wiedział co robić. W efekcie zginęło 400 Polaków
(Domena publiczna, Fot: .)

Piłsudski wpadł w panikę, nie wiedział co robić. W efekcie zginęło 400 Polaków

Wstał znacznie wcześniej niż miał w zwyczaju i o 7 rano wyjechał do Warszawy. Przed wyjściem z dworku w Sulejówku zapowiedział żonie, że wróci przed 3, by nie spóźnić się na obiad. Od tych słów Józefa Piłsudskiego rozpoczęła się jedyna wojna domowa w ostatnich 250 latach polskiej historii. A zarazem najbardziej nieprzemyślana i nieprzygotowana ze wszystkich.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Legenda uczyniła Komendanta ojcem polskiej demokracji. Prawda była jednak taka, że Piłsudski nigdy nie wygrał wyborów i nigdy nie został wyniesiony na żaden urząd głosami obywateli.

W listopadzie 1918 roku dostał do ręki władzę od skompromitowanej Rady Regencyjnej. Nie był i nie potrafił być "reprezentantem". Znał siebie tylko w roli autokraty. Przeciw wolnościowym zasadom zaczął się burzyć już w roku 1919, kiedy pierwszy parlament ograniczył jego pole manewru. Sceptycy i konkurenci wprost mówili, że zmierza do bycia dyktatorem. A on nie zaprzeczał. Żartował wprawdzie, że nie oczekuje koronacji, ale zarazem nieustannie dawał do zrozumienia, że zbyt ciasno będzie mu na każdym stołku.

Zrezygnował z kandydowania na prezydenta, bo jako głowa państwa i tak musiałby się liczyć z decyzjami rządu i parlamentu. Prawda jest zresztą taka, że nie miał żadnych szans na sukces. W demokratycznie wybranym Sejmie jego kandydatura przepadłaby z kretesem. Piłsudski uważał się za jedynego człowieka zdolnego pokierować ojczyzną, ale Polacy wcale tego przekonania nie poparli przy urnach. W wolnych wyborach najchętniej głosowano na partie prawicowe i chłopskie, które od Komendanta dzieliła przepaść.

Marszałek nie był nawet chętny wyprowadzić się z Belwederu i przekazać władzy bliskiemu sobie Gabrielowi Narutowiczowi. Zamach na pierwszego prezydenta przeprowadzony 16 grudnia 1922 roku zatarł wspomnienie o skandalicznym zachowaniu Piłsudskiego. Ten tymczasem jeszcze parę dni wcześniej domagał się od rządu, by utrzymano go na stanowisku.

Źródło: Domena publiczna / Ułani w okopach przed Belwederem.

"Nie mogę oddać władzy w tej chwili" – mówił. – "Dajcie mi władzę, a ja uspokoję ulicę. Nie mogę w tych warunkach ustępować…".

Zrezygnował z oporem i obrazą. W sposób, który wedle słów marszałka Sejmu Macieja Rataja był "poniżający dla niego i dla nas".

Na krótko został jeszcze szefem Sztabu Generalnego, ale odszedł, gdy tylko okazało się, że nie będzie mógł uczynić z armii własnego państwa w państwie. Ostentacyjnie zaszył się w położonym na uboczu Sulejówku. I chyba już wtedy zaczął myśleć o tym, by do władzy wrócić siłą.

Może tak i trzeba

Bliscy współpracownicy Piłsudskiego pierwszy zamach stanu szykowali już w gorących dniach grudnia 1922 roku. W następstwie mordu na głowie państwa planowano wielki odwet na działaczach prawicy. Na spotkaniu w Sztabie Generalnym podjęto decyzję o tym, by natychmiast zagarnąć instytucje państwowe, a wrogów politycznych – zlikwidować. Plan nie wszedł w życie, bo zabrakło determinacji i przygotowania. Przede wszystkim jednak wystarczającej werwy nie przejawiał sam Józef Piłsudski.

Biograf Marszałka, prof. Andrzej Garlicki, niejednokrotnie podkreślał, że Piłsudskiego cechowała chroniczna "obawa przed podejmowaniem decyzji". Zwłaszcza tych trudnych i niemożliwych do cofnięcia. W efekcie przez lata rozmyślał i dyskutował o zbrojnym wystąpieniu przeciw polskim rządom, ale – wstrzymywał się z jakimikolwiek rozkazami.

Nie miał rozterek moralnych, o czym doskonale świadczy rozmowa, jaką odbył wiosną 1925 roku. Zaufanemu dyplomacie, Władysławowi Baranowskiemu powiedział o niedawnym przewrocie, przeprowadzonym w Bułgarii: "Aha, rząd silnej ręki, dyktatura jednego stronnictwa. To ciekawe, jak to się zmienia wszystko. Wieszają, mówicie, mordują, to ciekawe, może tak i trzeba?".

Oblany egzamin

Nad Wisłą sytuacja polityczna zaostrzała się z miesiąca na miesiąc, do czego przyczyniał się zresztą sam Komendant. Jeszcze jako Naczelnik Państwa z jednej strony występował przeciw nieudolności sejmu, z drugiej – osobiście paraliżował jego decyzje i destabilizował kolejne rządy, zyskując nowe dowody na to, że demokracja nie zdała sprawdzianu. Teraz wszędzie węszył spiski, oszustwa, zarzucał nadużycia i rozkradanie państwa. Wcale nie siedział – jak zapowiadał – cicho i w izolacji.

W 1925 roku już zupełnie otwarcie zaczął żądać, by słuchano jego dyrektyw. Pojechał do głowy państwa, Stanisława Wojciechowskiego, by domagać się konkretnych zmian w rządzie. Prezydent – jego dawny przyjaciel i współpracownik – uprzejmie wysłuchał "porad", a nawet doprowadził do wymiany ministra spraw wojskowych na jednego z ludzi Piłsudskiego. Marszałkowi wciąż jednak było mało. A z drugiej strony: wciąż nie był gotowy do stanowczego działania.

Rozliczne źródła sugerują, że jego środowisko znów planowało przewrót – tym razem na listopad 1925 roku. Dawny wódz miał w wojsku licznych zwolenników, ale zbrojne przejęcie władzy wymagało scementowania jego poparcia. Sprawdzano lojalność poszczególnych oficerów, czyniono sondaże wśród tych niezdecydowanych. Zachowała się notatka komendanta Oficerskiej Szkoły Piechoty, któremu w połowie miesiąca zakomunikowano, że „Marszałek jutro, pojutrze obejmie władzę” i zażądano odpowiedzi czy oficer przejdzie na "ich stronę".

Podobnych rozmów było znacznie więcej. Odbyła się nawet ostentacyjna demonstracja w Sulejówku, na której grupa wysokich oficerów oznajmiła Komendantowi: „Niesiemy ci w zwycięstwach zaprawione szable”. A więc: jesteśmy gotowi do walki. Piłsudski wciąż jednak się wahał, wydawał dwuznaczne komendy. Wypowiadał się na tyle niejasno, by nikt nie mógł go pociągnąć do odpowiedzialności. I tylko od czasu do czasu, niezobowiązująco rzucał, że „rozpędzi sejm”.

Ponura komedia pomyłek

Wojny domowej spodziewano się już powszechnie. Na kartach dziennika wieszczył ją Maciej Rataj, a Wincenty Witos prowokował wręcz Piłsudskiego do odkrycia kart i dowiedzenia, że ma armię za sobą. Komendant uparcie unikał jednak działania. Nawet potajemnie nie czynił żadnych składnych przygotowań, a jego ludzie poruszali się bez koordynacji i konkretnego planu. Tak było aż do ostatniej chwili: do 12 maja, kiedy Marszałek postanowił, że obali rząd.

Ludzie Piłsudskiego puścili w obieg zupełnie fałszywą plotkę o ostrzelaniu willi Wodza i o próbie zamachu na jego życie. Rzucano też gromy na decyzję władz o skonfiskowaniu najnowszego (i skrajnie napastliwego) wywiadu z Piłsudskim. Marszałek postanowił udać się z protestem – i z litanią żądań – prosto do prezydenta. Tym razem jednak nie ograniczał się do słów. Chciał zastraszyć głowę państwa groźbą rebelii.

Źródło: Domena publiczna / Buntownicy obsadzają most Kierbedzia.

Już w nocy z 11 na 12 maja kilka oddziałów wojskowych wypowiedziało posłuszeństwo rządowi. Akcja miała jednak skalę bardzo ograniczoną i nawet zaufani Piłsudskiego nie wiedzieli jaki jest scenariusz dalszych działań. Nic dziwnego. Gros badaczy twierdzi, że taki scenariusz w ogóle nie istniał. Piłsudski szedł na żywioł. A próba wywarcia presji na władze zaraz obróciła się w kompromitującą komedię pomyłek. Następnie zaś: w krwawą, bezsensowną konfrontację.

Piłsudski wybrał się do Warszawy rozmawiać z prezydentem. Tyle tylko, że jego ludzie nie sprawdzili wpierw czy głowa państwa… w ogóle przebywa w stolicy. Wojciechowski tymczasem właśnie wyjechał do letniej rezydencji w Spale. W efekcie Piłsudski, zamiast przedkładać swoje żądania, odbił się od zamkniętych drzwi Belwederu.

Teraz tym bardziej nie wiedziano co należy robić. Wódz planował, że raz dwa dociśnie prezydenta, odtrąbi sukces i wróci do domu na obiad. Tymczasem zapanował osobliwy impas. Oddziały ściągnięte do miasta przez ludzi Piłsudskiego zaczęły obsadzać prawy brzeg Wisły. Robiły to jednak niespiesznie i w sposób, który wcale nie dawał im dobrej pozycji wyjściowej w ewentualnej walce. To nie były żadne siły szturmowe, ale raczej garstka demonstrantów, mających dowieść iż armia jest z Komendantem i domaga się jego powrotu.

Wreszcie wczesnym popołudniem Piłsudskiemu udało się z kimkolwiek porozmawiać o swoich pretensjach. Wojciechowski wrócił do stolicy i wyszedł mu na spotkaniu na moście Poniatowskiego. Ale także teraz Marszałek okazał się zupełne nieprzygotowany do działania.

Wymiana zdań była krótka, niezdarna. Piłsudski oczekiwał pełnego podporządkowania i wpadł w osłupienie, gdy prezydent stwierdził, że nie zgodzi się na łamanie przepisów. I na deptanie żołnierskiego honoru. Gdy zaś stary druh protekcjonalnie chwycił go za rękaw i fuknął "no, no, tylko nie w ten sposób", strącił jego rękę. Rozstali się bez żadnych decyzji. Piłsudski powiedział "ja tu jeszcze wrócę" i wsiadł do samochodu.

Wszystko wskazuje na to, że zupełnie nie wiedział co dalej robić. Zresztą kolejne decyzje zapadały już niemal bez jego udziału.

Tak jak zawsze

Prof. Andrzej Garlicki stwierdził dosadnie: "Tak jak zawsze, gdy znajdował się w sytuacji szczególnie trudnej, gdy rozpadały się jego plany, gdy musiał nagle podejmować zasadnicze decyzje – załamał się".

Potwierdzenie, że tak właśnie było można znaleźć w relacji Kazimierza Sawickiego. Dowódcy 36. pułku piechoty, do którego koszar Komendant pojechał prosto z mostu Poniatowskiego. Forma rozmowy wprawiła oficera w konsternację. Wódz był kompletnie rozbity i zdezorientowany.

_Pierwsze jego słowa były: »Przyjechałem, chłopcze, do was. Most Poniatowskiego stracony... rozumiecie, stracony«, i dalej parokrotnie powtórzył to słowo. Patrzył mi w oczy, dotykał guzika mojego munduru, kładł mi rękę na ramieniu. Spytał: »I cóż u was?«. Zameldowałem Komendantowi, że przejście przez most Kierbedzia jest wolne, że pół batalionu pułku zabezpiecza (…) wyjścia z mostu do Warszawy. Że [w:] każdej chwili z całym 36. pułkiem mogę (…) ruszyć, by drogę dalszą otworzyć (…). _

_Na mój meldunek Komendant po namyśle odpowiedział: »Mylicie się, chłopcze, tak nie jest, przejścia do Warszawy nie macie«. Tłumaczyłem Komendantowi, że w sąsiedniej kancelarii jest telefon i (…), że Komendant osobiście może sprawdzić ścisłość moich słów. Na to Komendant po chwili namysłu, jakby z powątpiewaniem czy też ociąganiem się, odrzekł: »To niepotrzebne. Musicie tam jechać, osobiście, na własne oczy przekonać się, jak tam jest (…)«. _

Odpowiedziałem: »Rozkaz, Komendancie«, ale następnie spytałem, jakie zadanie ponadto stawia mi Komendant, jakie mam dać dalsze instrukcje (…) na miejscu? Nie otrzymując odpowiedzi, powtórzyłem pytanie. Marszałek był bardzo zmęczony i zatopiony w myślach, jakby nieobecny. Patrzył gdzieś w przestrzeń przez okno. Po chwili, jakby od niechcenia, powiedział: »Chciałbym dzisiaj móc być na Zamku. Jedźcie, a ja się tutaj położę i odpocznę«.

Źródło: Domena publiczna / Oddział zamachowców w Wilanowie.

Jak powiedział, tak zrobił. Ułożył się na sofie i wdał w leniwą pogawędkę z innym, zupełnie przypadkowym żołnierzem na temat… historii pierwszej wojny światowej. W kluczowym momencie dziejowym nie przygotowywał ofensywy, nie pertraktował, nie zagrzewał do boju. Leżał z przymkniętymi oczami, przekonany, że wszystko stracone.

On mógł sobie pozwolić na rezygnację. Wiedział, że żaden polski rząd, nawet najbardziej mu wrogi, nie wtrącą do więzienia pierwszego naczelnika, pierwszego marszałka i triumfatora z 1920 roku. Czekały go być może areszt domowy i seria niepochlebnych artykułów w prasie.

Ale nie prawdziwa kara. O podobnej wyrozumiałości władz nie mogli marzyć podwładni Komendanta. Skupieni wokół niego oficerowie już ogłosili bunt przeciw rządowi i złamali przysięgi. Czekało ich wydalenie z wojska, kary więzienia, przekreślone kariery. Słowem: koniec życia, nie tylko zawodowego. W sytuacji gdy Marszałek się wahał i trwał w letargu, oni przystąpili do działania w jego imieniu. Bo zwyczajnie nie mogli się cofnąć.

Około godziny 17.40 padły strzały. Godzinę później stoczono pierwszą krwawą potyczkę. Zginęło kilkunastu żołnierzy, eksplodował samochód pancerny rozsadzony granatem. Siły buntowników parły do śródmieścia; wojska rządowe okopały się wokół Belwederu, oczekując przybycia posiłków. Nazajutrz walki rozgorzały już bez pardonu, poderwano nawet samoloty, by bombardować pozycje wroga. Determinacja Piłsudczyków – choć nie samego Piłsudskiego – przyniosła efekty.

Musiało zginąć ponad 400 osób, a 1000 odnieść rany, ale po trzech dniach rząd i prezydent skapitulowali. A Piłsudski, wyrwany z otępienia, mógł wreszcie przejąć upragnioną, dyktatorską władzę w kraju.

Polub WP Opinie
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące