Jacek Żakowski: Trwa III Wojna Światowa. Jest to wojna we mgle

Coraz więcej wskazuje na to, że III Wojna Światowa już trwa. Chociaż nie przypomina wojen, jakie znaliśmy. I chyba znów zaczęła się w Polsce. Po latach starannych przygotowań, Putin rozpoczął III Wojnę Światową, polegającą na uruchamianiu i stymulowaniu procesów, dzięki którym Zachód rozwali się od środka. Zachód jest w dużym stopniu wobec gry Putina bezradny i nie może uwierzyć, że ma ona miejsce.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Jacek Żakowski: Trwa III Wojna Światowa. Jest to wojna we mgle
(East News)

Otwórzcie szerzej oczy! Popatrzcie za siebie. Przypomnijcie sobie kilka ostatnich lat i spróbujcie je zrozumieć na nowo. Rozejrzyjcie się uważniej dokoła. Czy to, czego dowiadujemy się teraz o różnych sprawach na świecie, nie pomaga zrozumieć różnych spraw, które działy i dzieją się w Polsce? W wielu miejscach dzieją się przecież rzeczy, które się dotąd nie działy. Lub działy się, ale inaczej.

Kilka lat temu powiedziałbym bez wahania, że to paranoja. I pewnie nieraz coś takiego mówiłem lub pisałem, kpiąc sobie z różnych teorii spiskowych. Teraz nie jest mi do śmiechu, kiedy na okładce "Gazety Polskiej" związanej z polskim rządem znów widzę płonący samolot i hasło "Nowy świadek: tupolew leciał i płonął". To już pewnie dwusetna odlotowa teoria, w sprawie znanych i zbadanych faktów. Dlaczego, po co, komu to potrzebne? Widać, że bez "zamachu" PiS radzi sobie lepiej niż z zamachem. Spokojnie wygrywa socjalem i ksenofobią.

A zatem o co chodzi?

Gdy eksperci prokuratury rozpakowują worki z oburzająco pomieszanymi przez rosyjskich ekspertów szczątkami ofiar katastrofy smoleńskiej, w Doha eksperci z FBI rozpakowują komputerowe pliki, którymi rosyjscy eksperci zaatakowali katarską agencję prasową. Te dwa fakty różni niemal wszystko, ale łączy je skutek: służąca Putinowi dezintegracja zachodniego ładu.

Stacje całego świata pokazują opustoszone półki w katarskich marketach i chaos na katarskim lotnisku. FIFA się zastanawia, czy jednak nie przenieść Mundialu, a analitycy spierają się o to, czy saudyjska inwazja na Katar jest w najbliższych dniach pewna czy tylko prawdopodobna. Z dnia na dzień, jak za skinieniem czarodziejskiej różdżki, jedno z najbogatszych państw świata stało się jednym z najniebezpieczniejszych miejsc świata, bo wszystkie scenariusze stały się tam możliwe - łącznie z wojną w całkiem starym stylu, która destabilizując Zatokę zachwieje globalną gospodarką, podbije ceny ropy i gazu, napompuje pusty ostatnio portfel Putinowi.

Dla nas ważniejsze jest to, że zdaje się już niemal oczywiste, jak do tego doszło. Zaczęło się jakieś dwa tygodnie temu od hakerskiego włamania do sieci katarskiej agencji prasowej. Zdaniem Katarczyków umożliwiło to "nieznanym sprawcom" wysłanie z jej serwerów fałszywej informacji o wypowiedziach emira Kataru krytycznych wobec prezydenta Trumpa, przyjaznych wobec Iranu i życzliwych wobec islamskich radykałów. Odpowiedzią są sankcje wprowadzone przez Arabię Saudyjską i inne kraje arabskie.

Prezydent Trump poparł je niezwłocznie tweetując: "Podczas niedawnej podróży na Bliski Wschód stwierdziłem, że trzeba skończyć z finansowaniem Radykalnej Ideologii. Przywódcy wskazali na Katar - i proszę!". Dla wielu tweet był zaskoczeniem, bo Katar gości strategicznie kluczową amerykańską bazę, a sekretarz obrony i sekretarz stanu wyraźnie starali się łagodzić napięcie i oferowali mediacje. Trump znów wybrał więc inną politykę niż jego ministrowie i najbliżsi doradcy. Dołożył do ognia, który - zapewne za jego poduszczeniem - wybuchł w regionie kluczowym dla bezpieczeństwa USA i całego Zachodu.

Wszystkie drogi prowadzą do Rosji

Wiele jednak wskazuje na to, że klucz do sytuacji w Katarze nie jest ani na Bliskim Wschodzie, ani w Ameryce, lecz w Moskwie. Zdaniem FBI hakerski atak, od którego wszystko się zaczęło, był prowadzony z Rosji. Jeśli tak, to Putin zasłużył na kolejne szczere gratulacje. Bo wygląda na to, że niemal bezkosztowo udało mu się rozwalić amerykański ład w kolejnym ważnym miejscu świata. Małym prztyczkiem uruchomił następny kryzysowy nawis i wywołał lawinę, która drzemiące od dawna napięcie zamieniła w konflikt o niewyobrażalnych skutkach. Można się spierać, jaką rolę odegrał w tej sytuacji Trump i czym się kierował postępując wbrew swoim ministrom i doradcom. Czym się kierował Putin, jest w zasadzie bezsporne. Realizował od kilku lat obowiązującą doktrynę osłabiania Zachodu możliwie jak najmniejszym kosztem przez chirurgiczne uderzenia w rozmaite kryzysowe nawisy.

Scenariusze - jak już wiemy - bywają bardzo różne. W Zatoce Perskiej, by uruchomić lawinę i zapewnić Zachodowi ból głowy, starczyło wpuścić przez hakerów fejkowego newsa i podgrzać spór między ekstrawaganckim katarskim emirem Tamimem popierającym jednych islamskich radykałów, a królem Arabii Salmanem popierającym innych islamskich radykałów.

"Cyfrowe ludziki"

W USA Putin się bardziej namęczył. Wprawdzie wykradzenie i upublicznienie maili Demokratów wystarczyło, by spętać Hillary Clinton i zapewnić sukces Trumpowi, ale dzięki tajnemu raportowi ujawnionemu ostatnio przez Reality Leigh Winner wiemy, że putinowski wywiad GRU przygotowywał się też do fałszowania wyniku wyborów hakując jedną z obsługujących je firm informatycznych. Sam Putin się specjalnie tego wszystkiego nie wypiera. Odpowiadając na zarzuty dotyczące Kataru rzecznik Kremla wygłosił brzmiącą kabaretowo tezę, że Rosja nie ingeruje w wewnętrzne sprawy innych państw. A sam Putin rozbrajająco zapewniał, że rosyjskie służby nie ingerowały w amerykańskie wybory, ale mogli to robić rosyjscy patrioci. Podobnie jak patrioci wcześniej pojawili się m.in. na Krymie i w Donbasie. Tyle, że "zielone ludziki" zostały zastąpione przez "cyfrowe ludziki".

We Francji zapewne te same "cyfrowe ludziki" tuż przed wyborami ujawniły maile ze sztabu Macrona i rozsyłały plotki o jego romansie z szefem francuskiej telewizji publicznej. Z rozmaitymi rosyjskimi patriotami kontakty miał francuski Front Narodowy, brytyjski pro-brexitowy UKIP i sztab Donalda Trumpa. Ślady rosyjskich "cyfrowych ludzików" znalazły się wcześniej m.in. w komputerowych systemach Bundestagu, władz holenderskich, estońskich itd. Najkrócej mówiąc, rosyjscy patrioci zostawiają ostatnio coraz więcej śladów wskazujących, że niewielkim kosztem próbują kraj po kraju rozwalić cały Zachód.

Patrząc na to wszystko, trudno już jest oprzeć się wrażeniu, że po latach starannych przygotowań Putin rozpoczął III Wojnę Światową polegającą na uruchamianiu i stymulowaniu procesów, dzięki którym Zachód rozwali się od środka. Ja w każdym razie nie mogę się takiemu wrażeniu oprzeć. "Nie mogę" w znaczeniu "nie umiem" i "nie mogę" w znaczeniu – "uważam, że mi już nie wolno". Muszę przyjąć, że niewypowiedziana III Wojna Światowa już trwa, Rosja zaatakowała Zachód, z fazy utarczek granicznych przechodzi w fazę totalnego starcia, walczy z nami na starannie przez lata przygotowanych frontach i wykorzystuje nie tylko "zielone" i "cyfrowe" ludziki, ale też wszelkie nawisy konfliktów, które Putin w jednych miejscach po prostu identyfikował, a w innych starannie hodował. Tych nawisów przez lata narosło bardzo wiele i Putin zaczął je teraz coraz szybciej jeden po drugim odpalać.

Bezradny Zachód

Zachód jest w dużym stopniu wobec gry Putina bezradny, bo nie przygotował się na takie zderzenie i jeszcze nie może uwierzyć, że ma ono miejsce. Wciąż przecież wierzy, że jest zbyt potężny, by ktoś mógł go pokonać. I w zasadzie słusznie, ale nie bierze pod uwagę tego, że ktoś mógł przez lata cierpliwie zastawiać na nas niezliczone zasadzki, dzięki którym pokonamy się sami. I że właśnie zaczął je spektakularnie odpalać. Inaczej mówiąc, Zachód przez dekady grał z Rosją w klasyczną grę potencjałów, w której Putin nie ma żadnych szans, więc on zgodnie ze swoją KGB-owską naturą zagrał z Zachodem równie klasyczną szpiegowską grę operacyjną i teraz stara się skosić jej żniwo na kolejnych polach.

Jeżeli państwa zdaniem ta generalna teza jakoś trzyma się kupy, to rozejrzyjcie się dobrze dookoła. Bo chyba nie jest możliwe, żeby rozległe operacje Putina dotyczyły wszystkich krajów poza Polską. Jeśli przychodzi wam na myśl, że skoro w tak wielu miejscach wychodzą one na jaw lub przynajmniej zostawiają ślady, a w Polsce nie wychodzą i nie zostawiają (przynajmniej nic o tym nie wiemy), to warto pamiętać, że za poprzedniej bytności w MON Antoni Macierewicz zlikwidował polski wywiad i kontrwywiad zwalniając oficerów i dekonspirując przynajmniej część agentury. Żaden wywiad i kontrwywiad Zachodu nie przeżył czegoś takiego. Nie wiemy, co się udało na gruzach WSI zbudować.

Ale, delikatnie mówiąc, po tak gruntownej czystce w dekadę się Mossadu nie stworzy, a mając opinię państwa "wyrzucającego kwity" pod wpływem politycznych impulsów, trudno też liczyć, że inni będą z nami chętnie współpracowali. A więc jeżeli Putin prowadzi w Polsce poważne operacje, to najprawdopodobniej wiemy o nich mniej, niż inni wiedzą o operacjach prowadzonych u nich, a może też mniej niż inni wiedzą o operacjach prowadzonych w Polsce.

Kilka głośnych spraw, które dobrze znamy, przypomina jednak operacje gdzie indziej wiązane z Putinowskimi służbami.

Polskie tropy

Najbardziej oczywisty wydaje się trop związany z podsłuchami u Sowy. Bo logika działania była z grubsza taka, jak w sprawie maili amerykańskich Demokratów i komitetu wyborczego Macrona. We wszystkich przypadkach bardzo cienka legenda uzasadniała to, że "wyciek" dotyczył jednej partii i to akurat tej, która bardziej sprzyjała spoistości Zachodu. Bardzo cienkie było uzasadnienie motywów, którymi kierowali się autorzy przecieków. W przypadku polskich podsłuchów były też bardziej detaliczne tropy (powiązania biznesowe, biuro w budynku rosyjskiej ambasady itp.) przypominające zarzuty wobec otoczenia Trumpa.

Ciekawy jest również wątek podobnie gęstych powiązań otoczenia prezydenta Trumpa i min. Macierewicza (opisanych przez Tomasza Piątka) z osobami mającymi różne rosyjskie afiliacje. Niby nic, ale koncentracja rozmaitych wątków wokół jednej osoby jest w bardzo zbliżony sposób nietypowa, a podejmowane podczas sprawowania urzędów decyzje budzą podobny niepokój.

Najciekawszy jest jednak wątek paniki smoleńskiej budowanej na gęstej sieci rozmaitych wersji kłamstwa smoleńskiego. Działający siedem lat mechanizm przypomina mechanizm paniki imigranckiej budowanej przez francuski Front Narodowy i bratnie organizacje w rozmaitych krajach. Angażując się po stronie Asada w jego walce ze wspieraną przez Zachód opozycją Putin przez lata podtrzymywał syryjską wojnę domową generującą kolejne fale uchodźców zalewających Europę, na czym korzystały rozsadzające Unię ruchy ksenofobiczne.

To nie muszą być przypadki

Oczywiście może być zbiegiem okoliczności to, że ci, którzy mają szczególne zasługi w propagowaniu rozmaitych teorii zamachu, najmocniej zaangażowali się też w nagłaśnianie afery podsłuchowej i pierwsi mieli dostęp do nagrań, ale nie musi to być zupełny przypadek. Podobnie jak nie jest przypadkiem to, że smoleński wrak wciąż nie może wrócić do Polski i nie musi być przypadkiem to, że mimo obecności w Moskwie rodzin i grupki urzędników zwłoki polskich ofiar zostały przez Rosjan potraktowane w skandaliczny sposób, który wychodzi teraz na jaw. A jeśli to nie są przypadki, może też nie jest przypadkiem presja na bulwersujące opinię publiczną i dezintegrujące polską politykę obowiązkowe ekshumacje szczątków ofiar.

Nie ma wystarczających dowodów, by komukolwiek publicznie zarzucać udział w grze Putina. Ale można przyjąć za rzecz absolutnie pewną, że ona także wobec Polski i w Polsce się toczy. Nie trzeba wcale polskiej megalomanii, by wiedzieć, że "rosyjscy patrioci" Putina nie mogli nas pominąć. A skoro wiemy, że nas nie pominęli, niepokojące jest to, że jako jedni z niewielu nic lub niemal nic na temat tego nie wiemy. Zwłaszcza, że polskie służby i władze tak wyraźnie się na tle swoich zachodnich partnerów wyróżniają milczeniem w tej sprawie. Zdecydowanie warto to milczenie przemyśleć. Bo niewypowiedziana wojna najwyraźniej się toczy. A my jesteśmy w niej jak dzieci we mgle.

Jacek Żakowski dla WP Opinie

Polub WP Opinie
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.