Jacek Żakowski: Czy Prezes wie, że kłamie?

Gdyby Jarosław Kaczyński był Pinokiem, potrzebowałby pięciu tragarzy do noszenia nosa. To by miało sens. Bo wszyscy by widzieli, że kłamie. A nie można wykluczyć, że on sam tego nie widzi. I pewnie nie widzi, że inni to widzą.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Jacek Żakowski: Czy Prezes wie, że kłamie?
(East News)

„Wszelkiego rodzaju sugestie, że (…) chcemy wyprowadzić Polskę z UE, są oszustwem i manipulacją” - oświadczył Jarosław Kaczyński, gdy zorientował się że żadne fajerwerki nie zamaskują brukselskiej katastrofy PiS-owskiej dyplomacji. Polska by odetchnęła, gdyby Prezes zabrzmiał wiarygodnie. Ale tak, niestety, nie zabrzmiał. Nie dlatego, że jest kiepskim aktorem, tylko dlatego, że łatwiej uwierzyć, iż kłamie, niż, że nie rozumie, co robi.

Diabeł może tkwić w poszczególnych słówkach. Prezes mówi, że nie chce Polski wyprowadzić z Unii, ale nigdy nie krył, że chce Unię wyprowadzić z Polski. Rząd PiS zaczął przecież urzędowanie od wyprowadzenia „europejskiej szmaty” z Kancelarii Premiera, sam Prezes wciąż powtarza, że nikt nie będzie nam się wtrącał w rozmaite sprawy, a Unia na tym właśnie polega, że się wtrąca. Tym Unia Europejska różni się od rozmaitych stref wolnego handlu. Takich, jaką była EWG, czyli poprzedniczka UE, jaką jest NAFTA, CETA, WNP. Scenariusz wyprowadzenia Unii z Polski jest trochę inny niż scenariusz wyprowadzenia Polski z Unii, ale skutek będzie praktycznie ten sam. Będzie nim Polska bez Unii lub na tak odległym jej marginesie, że członkostwo w niej straci znaczenie. Gdy Unia przestanie być ważna w Polsce, Polska przestanie być ważna w Unii.

Może to prawda, że Prezes nie ma na celu wyprowadzenia Polski z Unii. Ale jest faktem, że uruchomił i wciąż podgrzewa proces, który nas w kolejnych odsłonach „wyprowadza”. Od roku PiS jawnie realizuje dwa cele pośrednie. Pierwszy - zniechęcenie Unii do Polski - zasadniczo został już osiągnięty w ubiegłym tygodniu. W Wersalu Niemcy, Francja, Hiszpania i Włochy postanowiły integrować się bez nas, skoro z nami się nie da. To oznacza stopniowe przenoszenie integracyjnych funkcji i pieniędzy do nowych porozumień, które min. Waszczykowski będzie próbował blokować (co mu się nie uda). A w Brukseli klamka zasadniczo zapadła z wynikiem 27:1.

Drugi pośredni cel to zniechęcenie Polaków do Unii. To idzie znacznie gorzej, bo pokolenia marzyły o ucieczce ze Wschodu i przyłączeniu się do Zachodu. Polacy chcą na Zachód, bo tam od wieków żyło się ludziom lepiej i zwykle bezpieczniej, więc wierzą, że podobnie będzie w przyszłości.

Wiele rządów - od rządu Millera począwszy - pracowało na to, by Unia nie była w Polsce popularna. Wszyscy premierzy poza Markiem Belką demonstracyjnie „zmagali się” z Unią, z „brukselską biurokracją”, z „absurdami Unii” itp., ale entuzjazmu Polaków to nie wygasiło. Bo Unia to pieniądze, praca na Zachodzie, poczucie bezpieczeństwa i duma, że należymy do lepszego świat.

Kaczyński zniechęca Polaków do Unii, bo jego tożsamość jest fundamentalnie wschodnia - carsko-bojarska, a nie parlamentarno-mieszczańska - ale nawet ci jego wyborcy, którzy kulturowo należą w stu procentach do Wschodu, wiedzą, że na Zachodzie jest lepiej. Paradoks polega na tym, że i oni i Prezes chcą żyć na Zachodzie, pozostając Wschodem. W formule sojuszu wojskowego takiego jak NATO, to się od biedy na jakiś czas da zrobić (patrz: Turcja). W strefie wolnego handlu - jak EWG czy NAFTA - to może być przez jakiś czas możliwe. W Unii tak się nie da. Prezes to oczywiście rozumie.

Prezes wie, że w Unii na dłuższą metę nie będzie mógł być sobą, czyli Carem, ani nawet Piłsudskim, więc musi się jej pozbyć, by spełnić marzenia o pełni władzy w Polsce. Ale rozumie też, że gdyby dziś to Polakom powiedział, to by go obalili. Dlatego np. plecie o pisaniu nowych unijnych traktatów, choć nikt w Unii nie ma najmniejszego zamiaru z nim na ich temat rozmawiać. I próbuje krok po kroku kruszyć zapał Polaków do Unii, wciąż osobiście lub ustami podwładnych insynuując, że to Unia niemiecka, czyli wroga Polsce. „Gazeta Polska” wyraża to dobitnie dając okładkę z Tuskiem w niemieckim mundurze na tle symbolizującego Unię tramwaju z napisem „tylko dla Niemców”. Skoro „tylko dla Niemców”, to nie dla Polaków, więc trzeba wysiadać. Taki jest od lat przekaz PiS-owskiej propagandy.

Nie wiadomo, czy Jarosław Kaczyński kłamie, kiedy mówi, że nie chce wyprowadzić Polski z Unii, bo nie da się udowodnić, że rozumie, co robi. Ale że wyprowadza, to pewne. I bardzo trudno byłoby mu już teraz ten proces zatrzymać, bo wypuścił z butelki putinowskie Dżinny, które świrują sobie, nikogo nawet nie pytając o zgodę. Czego Prezes chce, raczej przestało już być specjalnie istotne. Proces wyprowadzania Polski z Unii i Unii z Polski nabrał własnej dynamiki. Dopóki PiS jest u władzy, dopóty ten proces będzie się toczył. Być może do skutku.

Także z tego powodu nie można mieć pewności, że Prezes kłamie, przysięgając „na każdą świętość”, że o wezwaniu Tuska przez prokuraturę dowiedział się z mediów po fakcie. Można uwierzyć, że co do daty i sprawy tak istotnie było. Ale przecież wcześniej nieraz publicznie mówił, że Tusk będzie wzywany i że mogą mu być stawiane zarzuty. W tym sensie nie mógł być zaskoczony. Ani samym faktem, ani formą. Bo przecież nie tyle fakt, co forma jest obelżywa dla Unii. A o to właśnie Kaczyńskiemu chodzi.

Być może śledztwo wymaga przesłuchania Przewodniczącego Rady Europejskiej. Ale gwałtu nie ma. Prokurator mógł zadzwonić do sekretariatu i się spokojnie umówić. Zapewne nieraz tak robił. A zważywszy, że Tusk ma teraz na głowie los kilkuset milionów obywateli Unii, nie byłoby nic dziwnego, gdyby z szacunku dla tych paruset milionów Europejczyków, których demokratyczne rządy wybrały Przewodniczącego Rady, prokurator udał się do Brukseli i gdyby tam zadał świadkowi Tuskowi pytania, które są ważne dla polskiego śledztwa.

Gdyby Prezes szanował Europę i demokratyczny wybór jej demokratycznych przywódców, to kazałby Ziobrze wydać takie polecenie podległym prokuratorom. Bo przecież teraz każdy prokurator w Polsce faktycznie podlega Prezesowi. Cokolwiek którykolwiek prokurator robi, idzie więc na rachunek Prezesa, rządu, PiS-u. Rzecz w tym, że Prezes nie zamierza okazywać szacunku ani Europie, ani milionom Europejczyków, ani decyzjom europejskich przywódców, ani zwłaszcza Tuskowi, którego wybrali zdaniem Prezesa niesłusznie. Bo Prezes chyba nie czuje się częścią Unii i zapewne nie chce nią być. Chce się raczej uwolnić od Unii, więc eskaluje konflikt z jej instytucjami uosabianymi przez Tuska, by Polakom pokazać, że Unia jest dla Polski przeciwnikiem, a nawet wrogiem, nie wsparciem i - zwłaszcza - nie naszym naturalnym miejscem na mapie świata. Żadne przysięgi na żadne świętości nie mogą temu zaprzeczyć, bo widać to gołym okiem.

Nie mam zielonego pojęcia, w jakim stopniu Prezes świadomie okłamuje opinię publiczną, a w jakim robi to nieświadomie, bo sam się w sobie zakłamał i pogubił. Może jemu samemu trudno jest znaleźć granicę między prawdą i kłamstwami o sobie. Ale w polityce to nie ma znaczenia. Bo polityka to taka dyscyplina, w której nie liczy się udział, nie mają znaczenia intencje, a ważne są tylko skutki. A one są bezdyskusyjne. Prezes wyprowadza Polskę z Europy i szarganie Tuska jest narzędziem służącym temu celowi, a przy okazji daje prezesowi prywatną mroczną przyjemność. Tej przyjemności też nie da się zakłamać.

Jacek Żakowski dla WP Opinie

Polub WP Opinie
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.