Alianckie pilotki w walce przeciw III Rzeszy

Czy 70 lat temu kobiety pilotowały samoloty bojowe? Czy brały udział w Bitwie o Anglię w 1940 roku? Oczywiście tak, a wśród nich były również Polki - pisze dr Tymoteusz Pawłowski w artykule dla WP.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Frances Green, Margaret (Peg) Kirchner, Ann Waldner i Blanche Osborn po wyjściu ze swojego samolotu w szkole pilotów w Ohio w USA. Kobiety ćwiczyły przeloty Latającymi Fortecami - B-17
Frances Green, Margaret (Peg) Kirchner, Ann Waldner i Blanche Osborn po wyjściu ze swojego samolotu w szkole pilotów w Ohio w USA. Kobiety ćwiczyły przeloty Latającymi Fortecami - B-17 (Wikimedia Commons)
WP

Służba pilotek była bardzo niebezpieczna. Wypadki zdarzały się często, niemal co dziesiąta z lotniczek straciła życie. Najbardziej znaną spośród poległych była Amy Johnson - angielska pilotka słynąca z przedwojennych rekordowych przelotów. 5 stycznia 1941 roku wystartowała do rutynowego lotu. Zadaniem było przetransportowanie dwusilnikowej maszyny Airspeed Oxford z Blackpool w północno-zachodniej Anglii na lotnisko w środku kraju, odległe o 300 kilometrów. Prosty lot, który powinien trwać niespełna 90 minut, a jedyny kłopot mogła sprawiać pogoda - deszczowa i mglista. Tymczasem Oxford pilotowany przez Amy Johnson pojawił się nad ujściem Tamizy - 150 kilometrów od wyznaczonego kursu, cztery i pół godziny później! Krążący nad morzem samolot spostrzegła załoga patrolującego okrętu HMS Haslemere. Amy Johnson wyskoczyła na spadochronie i wpadła do lodowatego morza. Do wody skoczył dowódca okrętu - komandor Fletcher - nie zdołał jednak uratować lotniczki, sam również zginął.

Jaka była przyczyna katastrofy? Oficjalnie podano, że Amy Johnson zagubiła się we mgle i skończyło jej się paliwo. Nieoficjalnie mówi się jednak o innych - tajemniczych lub niewygodnych - sprawach. Stacjonujący w pobliżu piloci myśliwscy wspominali o samolocie, którego załoga nie była w stanie dać odpowiednich sygnałów rozpoznawczych. Oddali więc w jego kierunku strzały - czyżby to oni zestrzelili brytyjską bohaterkę? W pobliżu pojawiły się niemieckie samoloty, do których strzelała brytyjska artyleria przeciwlotnicza. Być może ktoś z nich - niemieccy piloci albo brytyjscy artylerzyści - zestrzelili samolot Amy Johnson. Wreszcie w morzu zauważono jeszcze jedno ciało - podejrzewa się, że był to pasażer z Airspeed Oxfroda. Lot Amy Johnson mógł być bowiem nie tyle rutynowym lotem z jednego lotniska na drugie, ale tajnym zadaniem wykonywanym na rzecz brytyjskiego wywiadu. Jakakolwiek była przyczyna katastrofy, próba jej rozwikłania wskazuje, na jak wiele sposobów można było zginać, pilotując w czasie wojny
nieuzbrojone samoloty.

WP

Kobiety w siłach zbrojnych

W przededniu II wojny światowej lotnictwo dawno wyszło już z powijaków: samoloty były szybkie, potężne, a latanie - nawet nad Atlantykiem - było czymś codziennym. Równie zwyczajny był widok kobiety za sterami samolotu, a nazwiska Amy Johnson czy Amerykanki Amelii Eckhart były znane na całym świecie. Kobiety nie pilotowały jednak samolotów bojowych.

Zmieniło się to w czasie II wojny światowej. Jeszcze przed jej rozpoczęciem kobiety w Wielkiej Brytanii rozpoczęły przygotowania do służby w obronie kraju - służby innej niż kucharki czy pielęgniarki. Kobiety trafiły do marynarki wojennej i armii (kierowcą była m.in. królowa Elżbieta), a latem 1939 roku powstała WAAF (Women's Auxiliary Air Force) - Kobieca Służba Pomocnicza Lotnictwa. "Waafki" służyły jako kierowcy, mechanicy i radiotelegrafistki, przyszło im wypełniać również bardziej niebezpieczne zadania: większość brytyjskich kobiet-szpiegów wywodziła się z szeregów WAAF: porucznikiem tej służby była także Krystyna Skarbek.

Podziel się
WP

Elizabeth L. Gardner za sterami samolotu B-26 Marauderfot. Wikimedia Commons

Już po wybuchu wojny kobiety trafiły również za stery samolotów wojskowych. 1 stycznia 1940 roku pierwszych osiem pilotek rozpoczęło służbę w ATA (Air Transport Auxiliary). Zadaniem ATA było pilotowanie samolotów poza strefą działań bojowych: zajmowano się transportem personelu, ewakuacją rannych oraz - przede wszystkim - dostarczaniem samolotów z fabryk do jednostek bojowych. Nieoficjalnym mottem ATA było "anything, anywhere", czyli: "cokolwiek, dokądkolwiek". Przez kilka lat wojny piloci i pilotki ATA wykonali ponad 300 tys. lotów - imponująca liczba, biorąc pod uwagę, że personel latający liczył nieco ponad 1300 lotników. Wśród niech ponad 10 proc. stanowiły kobiety.

"Attagirls" - jak je nazywano - nie brały udziału w lotach bojowych. Nie były wcale gorszymi fachowcami od mężczyzn pilotujących myśliwskie Hurricane'y czy Spitfire'y. Być może były od nich lepsze. Miały wszechstronne wyszkolenie, umiały pilotować niemal wszystkie maszyny latające w brytyjskich barwach: od małych samolotów szkolnych, poprzez rasowe myśliwce, aż po czterosilnikowe samoloty bombowe. Pod koniec wojny większość z pilotek miała zezwolenie na prowadzenie 38 różnych typów maszyn! Nie zasiadały jedynie za sterami największych łodzi latających: tych było niewiele, w dodatku wymagały dużej siły fizycznej. Trzeba też przyznać, że początkowo kobietom nie pozwalano pilotować maszyn bojowych. Zmieniło się to dopiero w 1941 roku. Co ciekawe, to właśnie służące w ATA kobiety, po raz pierwszy w historii Imperium Brytyjskiego dostawały gażę równą mężczyznom. W tym samym czasie pilotki w lotnictwie amerykańskim otrzymywały 2/3 uposażenia mężczyzn.

WP

Sława i niebezpieczeństwo

"Przez cały okres wojny w szeregach ATA służyły 183 pilotki. Najwięcej Angielek, sporo - bo 27 - Amerykanek, a także Kanadyjki, Nowozelandki, pilotki z Południowej Afryki, niewielka liczba Holenderek i tylko my trzy - Polki" - wspominała po latach Stefania Wojtulanis-Karpińska. Druga z nich to Anna Leska, a obie były pierwszymi cudzoziemkami latającymi - od początków 1941 roku - w ATA. Obie dosłużyły się stopnia kapitana. Trzecią Polką była Jadwiga Piłsudska-Jaraczewska - nota bene córka Marszałka. W czasie wojny osiągnęła stopień porucznika i wylatała 312 godzin, siadając za sterami 21 różnych typów samolotów. Losy trzech Polek były dość typowe dla wszystkich pilotek ATA: swoją przygodę rozpoczynały pilotując szybowce, kontynuowały latając samolotami sportowymi czy akrobatycznymi, a w chwili wybuchu wojny zgłosiły się na ochotnika do lotnictwa.

Służba była jednak ciężka i niewdzięczna. Często startowało się z jednego lotniska i po dostarczeniu samolotu do punktu przeznaczenia, dostawało się rozkaz kierujący na kolejne - mogące znajdować się na drugim końcu Anglii. Latało się bez względu na warunki atmosferyczne, które zresztą nad Wyspami Brytyjskimi potrafiły się błyskawicznie zmieniać. Co więcej, samoloty, które przyszło pilotować lotniczkom, były różnej kondycji. Niektóre wyszły prosto z fabryki, ale inne trzeba było sprowadzić lotem do miejsca remontu. Służba była zatem niebezpieczna, szczególnie że niektóre udogodnienia były zarezerwowane wyłącznie dla pilotów samolotów bojowych. Ograniczone było używanie łączności radiowej i precyzyjnych map, loty - nawet samolotami myśliwskimi - wykonywano bez amunicji, wreszcie należało latać wyznaczonymi trasami, nie zawsze najprostszymi i najbezpieczniejszymi. Co gorsze, nawet wielosilnikowymi maszynami latało się samotnie, bez pomocy nawigatorów, radiotelegrafistów czy mechaników.

Choć dziś alianckie pilotki są nieco zapomniane przez historię, w czasach II wojny światowej cieszyły się zrozumiałą sympatią społeczeństwa, a nawet swego rodzaju sławą. Zdjęcia "attagirls" pojawiały się na okładkach czasopism ilustrowanych, a same pilotki były często zapraszane na spotkania z cywilami, mającymi zachęcić ich do wytężonej pracy na zapleczu. Młode i sympatyczne dziewczyny były symbolem wysiłku wojennego, wysiłku czynionego nie tylko przez mężczyzn.

WP

dr Tymoteusz Pawłowski dla Wirtualnej Polski

Polub WP Opinie
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.
WP