Paweł Lisicki: "Wołyń" - siła pamięci

Rzadko zdarza mi się siedzieć wbitym w fotel i łapać z trudem powietrze. Tak było podczas pokazu "Wołynia". I nie był to tylko mój przypadek. W całym kinie, myślę, czuło się, niemal dotykało, przygniatającą grozę. Tak jakby reżyserowi Wojciechowi Smarzowskiemu udało się uchwycić tajemnicze demoniczne siły, złapać je i pokazać widowni - pisze Paweł Lisicki dla WP Opinii.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Plan filmu "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego
Plan filmu "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego (PAP)
WP

Przeczytaj też - **Jakub Majmurek: kto zawłaszczy "Wołyń"?**

Może osiągnął to zaczynając ten mroczny film od obrazów wesela, które niesie radość, szczęście i nadzieję na nowe życie? Może pokazując dzikie i nieokiełznane okrucieństwo ukraińskich oprawców, którzy mordowali przy użyciu najwymyślniejszych i najbardziej nieprawdopodobnych sposobów jakie jest sobie w stanie (albo nie jest) wyobrazić człowiek? A może dlatego, że zmienił utrwalone w powszechnej świadomości role, w taki sposób, że w tym filmie Niemcy stali się niemal dobrymi bohaterami? Nie tylko w zakończeniu, kiedy to jedna z bohaterek przechodzi przez pilnowany przez nich most (wyglądają przy tym niczym amerykańscy marines), ale wcześniej, kiedy to przerażona, trzymając w ramionach szlochającego synka, ratuje życie dołączając do oddziału Wehrmachtu, z którym przemierza lasy Wołynia, raz po raz natykając się na rozrzucone, okrutnie okaleczone, wybebeszone, poćwiartowane trupy. Żeby była jasność: nie ma tu jednak mowy o żadnym wybielaniu czy usprawiedliwianiu Niemców, ich ohydna polityka mordowania Żydów pokazana jest bez żadnego znieczulenia. Tyle, że w zderzeniu z chłodną i przemysłową śmiercią od kul karabinowych niemieckich oprawców, śmierć kresowian z rąk ukraińskich chłopów, ze względu na swe przerażające pastwienie się - rozcinanie brzuchów kobiet w ciąży, odzieranie ze skóry jeszcze żywych, rozdzieranie na kawałki, patroszenie, krzyżowanie - jawi się jako forma bardziej jeszcze, jeśli to w ogóle możliwe, okrutna.

Kresowian zabito dwa razy

WP

Nim film obejrzałem bałem się, że reżyser będzie epatował cierpieniem i makabreską. Nic bardziej błędnego. Owszem, straszliwe okrucieństwa dokonywane przez hołotę i wspierających ją żołnierzy UPA są pokazane, ale trudno nazwać te sceny epatowaniem. Raczej widzimy długi szereg krótkich ujęć, który pozwala, na ile to w ogóle dzisiaj żyjącym jest dane, doświadczyć i zrozumieć co musieli wycierpieć polscy mieszkańcy Kresów. Najdłużej i najdokładniej pokazana jest zresztą scena obrazująca polski odwet, kiedy to Polacy mordują Ukraińca i jego polską żonę. Każdy kto czytał wspomnienia mieszkańców Wołynia czy to w formie literackiej przekazane w opowiadaniach Stanisława Srokowskiego, do których zresztą wprost odwołuje się scenariusz filmu, czy te przechowane w wielkim dziele Siemaszków "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia" zrozumie, że Smarzowski trzymał się faktów. Tak, wskutek obłędnej ideologii ukraińskich nacjonalistów z OUN i UPA, polskość miała zostać wyrwana z korzeniami i poddana całkowitej anihilacji. To prawda, film dobrze pokazuje wzajemną wrogość i napięcie, opowiada o tym, jak w okresie II Rzeczpospolitej narastała ukraińska frustracja i złość. Napomyka o zamykanych cerkwiach, o polskich przywilejach, o częstym nadużywaniu swojej dominującej pozycji. Jednak czy można w ten sposób tłumaczyć późniejszą feerię gwałtu i krwawej, dzikiej przemocy?

Zanim mogłem obejrzeć ten film słyszałem, że zburzy on dobre stosunki Polaków i Ukraińców, że to co udało się zbudować dzięki poparciu dla Majdanu zostanie zaprzepaszczone. Hm, jeśli to byłaby prawda, znaczyłoby to jednak, że w czasie Majdanu niczego zbudować się nie udało. Dobre stosunki Ukraińców i Polaków nie mogą być oparte na przemilczaniu, tuszowaniu przeszłości, wypieraniu jej. Nie wolno na ołtarzu przyszłych czy obecnych interesów składać w ofierze prawdy o przeszłości. Raz, bo to dwuznaczne moralnie, dwa, bo nieskuteczne.

Film zaczyna się od motta Jana Zaleskiego: "kresowian zabito dwa razy, raz ciosami siekierą, a raz przez przemilczenie". O ile w okresie PRL o ofierze Polaków na Wołyniu nie wolno było pamiętać, bo godziło to sojusze z ZSRR i przypominało o tym, jak daleko na wschód sięgały polskie wpływy, o tyle po 1989 roku powody zapomnienia były inne. Jedni w ogóle odmawiali dyskusji o polskiej martyrologii, sądząc, że jest to temat niebezpieczny, bowiem pamięć o własnym cierpieniu miała rzekomo uzasadniać wrogość wobec obcych, podsycać nacjonalizm i ksenofobię. Dlatego zamiast przypominać o strasznych ranach własnego narodu duża część polskich elit wolała skupiać się na uprawianiu pedagogiki wstydu. Polacy mieli się jawić albo jako opresorzy innych, albo współsprawcy mordu na Żydach. Zamiast dumy z własnej przeszłości miało pojawić się poczucie wstydu. Drudzy sądzili, idąc tutaj za naukami Jerzego Giedroycia, że dobre stosunki z Ukraińcami wymagają puszczenia w niepamięć cierpień przeszłych. W tym sensie zbrodnia na Polakach na Wołyniu okazywała się w prawdziwym tego słowa znaczeniu politycznie niepoprawna: nie tylko budziła demona nacjonalizmu, ale też podważała dobre relacje ze współczesnym państwem ukraińskim.

Jądro ciemności

WP

"Wołyń" jest zerwaniem z takim podejściem. Nie dlatego, że reżyser tu z kimkolwiek polemizował - nie, sama prawda, samo pokazanie historii wystarcza za odpowiedź. Smarzowskiemu udało się to, co wiele lat wcześniej potrafił osiągnąć swoich powieściach Józef Mackiewicz: pokazał przerażającą tragedię i zbrodnię lat 40. z kilku różnych perspektyw. Nikt tu nie jest, można powiedzieć, skazany na swoją rolę. Sam ją wybiera. Może być księdzem prawosławnym, który pamięta o powszechnej miłości bliźniego i kaznodzieją, który mając za plecami taki sam ikonostas wzywa do mordu. Być może zresztą to najbardziej diabelska i demoniczna scena całego filmu, kiedy to przyodziany w złote szaty pop krzyczy, że nadszedł czas oddzielenia ziaren pszenicy od kąkolu i interpretuje przypowieść Jezusa, która zakazywała doczesnego wymierzania sprawiedliwości tak jakby wzywała ona do samosądu i mordów. Rzeczywiście, chwila, kiedy ksiądz błogosławi cepy, kosy, noże i widły, które lada moment rozsiekają ciała i spłyną krwią niewinnych ofiar jest apogeum metafizycznego zła. Nie ma ono jednak narodowego charakteru. Nie jest to opowieść o złych Ukraińcach i dobrych Polakach, ale o tym, jak groźna okazała się dla Ukraińców chora ideologia rasizmu. Nie wszystkich na szczęście zainfekowała: widać to na przykładzie dwóch małżeństw mieszanych, polsko-ukraińskich. W obu przypadkach miłość i bliskość między ludźmi - mężem i żoną - bierze górę nad ślepym fanatyzmem dogmatycznych głosicieli czystej, niepodległej Ukrainy.

Inaczej niż ci, którzy tak bardzo obawiają się skutków rozpowszechniania "Wołynia" na Ukrainie sądzę, że może on przynieść dobre owoce. Jeśli Polacy chcą szukać na Wschodzie przyjaciół, to muszą to robić bez zapominania o swoich zmarłych, o swoich zabitych.

Paweł Lisicki dla WP Opinii

Paweł Lisicki - redaktor naczelny tygodnika "Do Rzeczy". Dziennikarz, publicysta, pisarz. Były redaktor naczelny dziennika "Rzeczpospolita" oraz tygodnika "Uważam Rze".

WP

Poglądy autorów felietonów, komentarzy i artykułów publicystycznych publikowanych na łamach WP Opinii nie są tożsame z poglądami Wirtualnej Polski. Serwis Opinie opiera się na oryginalnych treściach publicystycznych pisanych przez autorów zewnętrznych oraz dziennikarzy WP i nie należy traktować ich jako wyrazu linii programowej całej Wirtualnej Polski.

Polub WP Opinie
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.
WP