wp

Od pięciu Nobli dla Balcerowicza do "Prezesa tysiąclecia". Jakub Majmurek: Między hejtem a hołdem

O polskiej demokracji – zwłaszcza w ostatnich latach – mówi się, że rządzi nią hejt, nienawiść do przeciwników, skrajnie wykluczający, brutalny język. Wszystko to prawda – zjawiska te aż nazbyt obficie występują. Ale towarzyszy im też rewers w postaci kultury politycznej klaki, kultu jednostki, gromadzącego się wokół wynoszonych na piedestał postaci.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Od pięciu Nobli dla Balcerowicza do "Prezesa tysiąclecia". Jakub Majmurek: Między hejtem a hołdem
(East News)

„Premier Beata Szydło stała się wielkim dobrodziejem, bo nie tylko ikoną, a konkretną osobą, gdyż pierwszy raz od upadku komunizmu, ktoś pochylił się nad najbardziej pokrzywdzonymi i wykluczonymi Polakami. […] Czy słowo hołd nie jest tu najbardziej trafną formą wyrazu wdzięczności? Jeżeli jest taka możliwość można uklęknąć i oddać hołd”.

Czytając takie słowa trudno nie pomyśleć, że mamy do czynienia z tyleż subtelnym, co zabójczo złośliwym, żartem z rządów PiS i premier Beaty Szydło w szczególności. Nie jest to jednak żart. Słowa te jak najbardziej na serio, bez poczucia żenady, opublikowano na stronie Telewizji Republika. Choć trzeba uczciwie przyznać, że nawet jak na to medium taki styl pisania o szefowej rządu jest dość ekscentryczny. Tekst ten jest jednak symptomem pewnego szerszego zjawiska.

wp

Zarówno hejt wykluczający oponenta poza ramy politycznej wspólnoty, jak i kult jednostki, niszczą demokratyczna wspólnotę i uniemożliwiają funkcjonowanie zdrowej demokratycznej kultury. W czasach PRL „Przekrój” uczył Polaków „demokratycznego savoir-vivre’u”. Rozumiał pod tym pojęciem kulturę życia codziennego dostosowaną do wymogów nowoczesnego społeczeństwa drugiej połowy XX wieku, zrywającą z absurdalnymi pozostałościami kultury szlacheckiej, dworkowej, parafialno-powiatowej. Dziś taki kurs demokratycznego savoir-vivre’u – ale w wymiarze nie osobistym, a politycznym – bardzo by się nam, Polakom, przydał. Bo między hejtem o hołdem jest całe spektrum odnoszenia się do politycznych przeciwników i sojuszników, znacznie lepiej służących dobremu życiu obywatelskiej wspólnoty.

Prezes tysiąclecia

Głównym ośrodkiem kultu jednostki są dziś w Polsce bracia Kaczyńscy. Z jednej strony -tragicznie zmarły prezydent Lech, z drugiej - jego brat, sprawujący faktyczną władzę w całym kraju. Kult Lecha Kaczyńskiego ze względu na Smoleńsk i raczej sympatyczne usposobienie byłego prezydenta nie razi jakoś szczególnie – zrozumiałe jest, że choć prezydentem był dość przeciętnym, w całej Polsce stawia się mu pomniki, nazywa ulice jego imieniem, itd.

Gorzej, że w ten kult angażowany jest aparat państwa, np. mające zajmować się naszą dyplomacją kulturalną Instytuty Polskie. Te dostały zadanie organizowania spotkań o „politycznej myśli Lecha Kaczyńskiego”, choć jako żywo trudno znaleźć jeden ważny programowy tekst byłego prezydenta, który należałby do kanonu politycznego piśmiennictwa ostatniego pół wieku.

wp

Szczególnie niepojący jest jednak kult narastający wobec prezesa PiS. Ten nie tylko ciągle żyje i cieszy się dobrym zdrowiem (oby jak najdłużej!), ale jest też ciągle aktywnym, wywołującym kontrowersje politykiem. Jako taki podlegać powinien normalnej ocenie i krytyce. Środowiska bliskie rządowi wynoszą go tymczasem do roli największego umysłu polskiej polityki, Wielkiego Stratega, Prezesa Tysiąclecia, nieformalnego, ale prawdziwego Naczelnika Państwa. Polityka, którego nie obowiązują żadne reguły, a odpowiada wyłącznie przed Bogiem i historią. „Zauważyłem, że w naszym środowisku coraz częściej się mówi: «Idę do naczelnika, mam spotkanie z naczelnikiem, naczelnik zdecydował»” – mówił w czerwcu Zdzisław Krasnodębski, nie widząc żadnej niestosowności w takim wyniesieniu „szeregowego posła”.

Widzieliśmy pokaz takiego kultu w trakcie przyznawania Kaczyńskiemu tytułu „człowieka wolności” tygodnika „wSieci”. Polskę obiegło wymowne zdjęcie, na którym „szeregowy poseł Kaczyński” siedzi na balkonie warszawskiej filharmonii, otoczony przez stojących nad nim i bijących mu brawo konstytucyjnych ministrów z szefową rządu na czele. Zdjęcie to doskonale podsumowywało nie tylko kult wokół Kaczyńskiego, ale i prawdziwe hierarchie władzy w Polsce.

Kaczyński jest przynajmniej politykiem niebanalnym, jedną z tych osobowości, które najsilniej odcisnęły piętno na współczesnej polityce. Gdy ten kult jednostki promieniuje jednak na pomniejszych polityków rządzącej partii (np. panią premier) przybiera on iście kuriozalny efekt.

Przemysł pogardy

wp

Z drugiej strony Kaczyński jest politykiem z potężnym elektoratem negatywnym, często w karierze brutalnie atakowanym. PiS bowiem faktycznie pada także ofiarą nieuzasadnionego hejtu. Problem z tym, że jak osobisty, nieuprawniony atak, rządząca partia traktuje niemal wszelką krytykę.

Widać to było po raz pierwszy przy okazji prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Jak każdy prezydent po roku 1989 profesor Kaczyński był krytykowany, ganiony za niektóre decyzje, wyśmiewany, smagany ostrzem satyry, atakowany przez prasę. Jest to zupełnie normalne w demokratycznej polityce. Pewien brytyjski premier powiedział kiedyś, że polityk, który narzeka na złośliwą wobec niego prasę, przypomina kapitana okrętu, który skarży się, że na morzu jest wilgotno, statkiem kołysze i nie zawsze wieją pomyślne wiatry.

Lech Kaczyński często bywał, niestety, takim kapitanem, o popierającym go zapleczu medialnym nie wspominając. Na zupełnie normalną w demokracji krytykę głowy państwa reagowano histerycznie, wymyślając w końcu określenie „przemysł pogardy”. Nie bardzo wiadomo było, co ono znaczy i jakie treści do tego przemysłu się zaliczają, jasny był za to jego cel – miało szantażem moralnym zamknąć usta krytykom obozu PiS.

Co więcej, samo pisowskie zaplecze od pogardy nigdy nie było wolne. Zwłaszcza po Smoleńsku „media niepokorne” rzadko pisały o politycznych przeciwnikach językiem innym niż przemocowy i wykluczający. „Lewacy”, „POlszewicy”, „odpowiedzialni za Smoleńsk”, „komuniści i złodzieje”, „resortowe dzieci”, „świnie oderwane od koryta”, „Polacy gorszego sortu” – wszystkie te epitety, jakimi PiS opisywał swoich przeciwników, służyły wyłącznie stygmatyzacji oponentów i wykluczeniu ich poza porządek demokratycznej debaty. Dziś język ten przeszedł także do publicznych mediów, które zamiast informować o tym, co się w kraju dzieje i reprezentować wszystkie polityczne opcje, szczują na przeciwników rządzącej partii, posługując się narracjami, wykluczającymi każdego, kto nie jest zapisany do „dobrej zmiany”, poza granice demokratycznej wspólnoty.

wp

Kłopot z symetrią

Czy jednak druga strona była od przemysłu pogardy i kultu jednostki wolna? Też nie do końca. O Leszku Balcerowiczu niektórzy liberalni publicyści piszą dziś ciągle tak, jakbyśmy to jemu osobiście zawdzięczali wszystko co gospodarczo dobre w Polsce. Czytając ich teksty, ma się wrażenie, że Balcerowicz dawno już powinien dostać z pięć Nobli z ekonomii i gdyby tylko po 1989 roku dostał dyktatorską władzę, to Polska miałaby dziś większy PKB na głowę mieszkańca niż Wielkiego Księstwo Luksemburga i sułtanat Brunei razem wzięte. Bardzo konserwatywny na ogół polski liberalizm także chętnie włączał się w budowanie bezrefleksyjnego kultu Jana Pawła II.

Liberalne centrum wobec swoich konkurentów z prawa i lewa zachowywała się nieraz w sposób, jaki w najlepszym wypadku określić by można jako protekcjonalny. Gdy Platforma sprawowała zupełną hegemonię w polskiej polityce, odmawiała normalnej dyskusji nad wysuwanymi przez prawicę propozycjami – zamiast tego straszyła nieracjonalnym PiS, który przyjdzie i zamorduje kolejne Barbary Blidy.

A jednak trudno tu mówić o symetrii. Narracja o „walce trzeciego pokolenia AK z trzecim pokoleniem UB” jest bardziej wykluczająca niż wszystko, co po 1989 roku proponował „salon”, „liberałowie” czy lewica. W sytuacji, gdy całość władzy ma PiS, to na nim spoczywa odpowiedzialność za przywrócenie warunków demokratycznej debaty. Liberalna opozycja zbyt często daje się PiS prowokować do tego, by w nie tak znów istotnych kwestiach uderzać w tony paniki moralnej. Jednak w sytuacji, gdy opozycja wyzywana jest od puczystów i złodziei, gdy deptana jest niezależność sądu konstytucyjnego i dobre parlamentarne obyczaje, można zrozumieć, że czuje się pod ścianą i sama posługuje się językiem wyrzucającym PiS i jego zwolenników poza przestrzeń racjonalnego, demokratycznego sporu.

wp

Trudna sztuka demokratycznej uprzejmości

Demokratyczna polityka jest trudną sztuką. Z jednej strony musi ona odzwierciedlać rzeczywiste – często głębokie i gwałtowne – podziały społeczne. Z drugiej ma być formą, w której realizują się interesy całej wspólnoty. Demokracja godzi ogień z wodą: dzieli obywateli i jednoczy ich wspólnie w tym podziale.

Najlepszym być może tego symbolem jest brytyjski parlament. Odległość między ławami rządu i opozycji podobno wynosi w nim długość czterech szpad. Parlament rozdziela strony społecznego sporu, które, gdyby nie spotkały się parlamencie, mogłyby ustalać swoje racje przy pomocy oręża. Parlamentarna forma z jednej strony ma uniemożliwiać przemoc, z drugiej przenosi ją na inne formy – na przykład pełne złośliwości debaty parlamentarnych, z jakich słynie Westminster. Parlament wyraża społeczny podział, a jednocześnie jedność – to w parlamencie naród sprawuje swoją suwerenności. Deputowani nie tylko wymieniają retoryczne ciosy, ale także dochodzą do konsensualnych rozwiązań. Demokracja parlamentarna łączy bowiem polemiczny i konsensualny wymiar.

Wszystko to wymaga specyficznej sztuki demokratycznej uprzejmości. Nie może być ona zbyt sztywna i przepełniona czcią dla polityków. Wręcz przeciwnie, otwarta musi być na złośliwy dowcip, ostry spór, brutalną czasem polemikę. Z drugiej - musi tworzyć warunki do minimalnej współpracy i zaufania między różnymi stronami politycznego sporu.

W Polsce taka demokratyczna uprzejmość w ostatnich latach została całkowicie zniszczona. W efekcie polemiczny wymiar polskiej demokracji uległ całkowitemu zdziczeniu, a konsensualny w zasadzie obumarł. Stało się to głównie z winy PiS i jego mediów, choć nie tylko. Nie wierzę, że w czasach „dobrej zmiany” uda się taką uprzejmość przywrócić. Ale gdy IV RP imploduje, wszyscy, którzy przetrwają – konserwatyści, liberałowie, lewica – będą ją musieli na nowo zbudować.

Jakub Majmurek dla WP Opinie

Polub WP Opinie
wp
wp
wp
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.