Martin Feldstein: Czy należy bać się rewolucyjnych technologii?

Niektórzy analitycy przewidują, że już niedługo wytworzenie obecnej ilości towarów i usług będzie możliwe przy mniejszej liczbie pracowników, w związku z czym znaczna część obecnego zatrudnienia okaże się zwyczajnie zbędna. Najbardziej dramatyczne zmiany nastąpiły w przemyśle, gdzie roboty i automaty zastępują pracowników produkcyjnych od wielu lat, a poziom zatrudnienia spadł (w USA - przyp. red.) z 13 milionów w 1950 roku do zaledwie 9 milionów, mimo że rzeczywista wartość produkcji wzrosła w tym samym czasie o 75 proc. - pisze Martin Feldstein. Artykuł w języku polskim ukazuje się wyłącznie w Opiniach WP, w ramach współpracy z Project Syndicate.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Martin Feldstein: Czy należy bać się rewolucyjnych technologii?
(Wikimedia Commons CC BY-SA)

Obserwując coraz bardziej zaawansowaną technikę pojazdów bezzałogowych nie mam wątpliwości, że już wkrótce drogi zapełnią się samochodami osobowymi i ciężarówkami jeżdżącymi bez udziału człowieka. Podobnie jak nadchodząca rewolucja sztucznej inteligencji sprawi, że wiele zadań obecnie wykonywanych przez pracowników umysłowych będą w stanie przejąć komputery i roboty.

Nie dziwi zatem, że wiele osób obawia się, że ich miejsca pracy są zagrożone - lub już zostały utracone - w związku z rozwojem nowych, rewolucyjnych technologii. Co się stanie z milionami mężczyzn i kobiet, które pracują jako kierowcy taksówek czy ciężarówek, kiedy zarówno taksówki jak i ciężarówki będą potrafiły jeździć same? Co się stanie z księgowymi i pracownikami opieki zdrowotnej, kiedy komputery będą mogły wykonywać ich pracę?

Niektórzy analitycy przewidują, że już niedługo wytworzenie obecnej ilości towarów i usług będzie możliwe przy mniejszej liczbie pracowników, w związku z czym znaczna część obecnego zatrudnienia okaże się zwyczajnie zbędna.

Te obawy nie są bezpodstawne i nie należy ich lekceważyć, jednak uważam, że Stany Zjednoczone z powodzeniem dostosują się do zmian, jakie niosą ze sobą nowe technologie. Niektórzy zyskają więcej, inni mniej, ale amerykańskie społeczeństwo jako całość niewątpliwie na nich skorzysta. A ci, którzy stracą pracę na rzecz nowych technologii szybko znajdą inne zatrudnienie. Nie ma powodu przypuszczać, że rozwój doprowadzi do znaczącego wzrostu bezrobocia. Innowacje technologiczne zwiększą wydajność gospodarki i podniosą poziom życia ludności. A ci, którzy będą chcieli pracować, w dalszym ciągu znajdą pracę.

Dlaczego jestem aż takim optymistą? Mówiąc najprościej: bo znam historię. Gwałtowne zmiany technologiczne nie są niczym nowym. Od wielu lat maszyny i komputery zastępują ludzi w różnych sektorach gospodarki. A jednak, mimo wahań koniunkturalnych, gospodarka amerykańska wciąż wraca do poziomu pełnego zatrudnienia.

Najbardziej dramatyczne zmiany nastąpiły w przemyśle, gdzie roboty i automaty zastępują pracowników produkcyjnych od wielu lat, a poziom zatrudnienia spadł (w USA - przyp. red.) z 13 milionów w 1950 roku do zaledwie 9 milionów, mimo że rzeczywista wartość produkcji wzrosła w tym samym czasie o 75 proc. Ci, którzy stracili pracę w fabrykach, znaleźli ją w innych gałęziach gospodarki.

Komputery zastąpiły pracowników także w branżach usługowych. Nie spotkamy już operatora windy ani telefonistek. Większość z nas drukuje karty pokładowe w domu lub w automatach na lotniskach. Kancelarie prawne i firmy księgowe używają komputerów do obliczeń, które kiedyś wykonywali wyspecjalizowani pracownicy.

A jednak stopa bezrobocia w Stanach wynosi tylko 4,9 proc., jest niższa niż średnia z ostatnich dekad. Co więcej, wśród absolwentów uczelni amerykańskich, którzy stanowią 40 proc. siły roboczej w USA, stopa bezrobocia wynosi zaledwie 2,7 proc. A ponieważ absolwentów uczelni wyższych jest proporcjonalnie więcej wśród młodszych grup wiekowych, niż w populacji osób starszych, ogólna stopa bezrobocia będzie utrzymywała się na niskim poziomie wraz z postępem czasu.

Dzięki wykorzystaniu robotów i komputerów możliwe będzie zwiększenie wielkości produkcji na jednego pracownika, co także pozwoli ludziom pracować krócej i cieszyć się większą ilością wolnego czasu. W Stanach Zjednoczonych pracuje się obecnie średnio 1790 godzin rocznie, 30 proc. dłużej niż w Niemczech, gdzie średni czas pracy wynosi zaledwie 1371 godzin rocznie.

Zmniejszenie czasu pracy przełoży się na podniesienie jakości życia, co oznacza między innymi dłuższe urlopy i weekendy. Czas wolny można wykorzystać na podróże, wizyty w restauracjach i inne czynności, które z kolei wygenerują miejsca pracy w sektorze usług. Ponadto wraz ze starzeniem się społeczeństwa rosnąć będzie zapotrzebowanie na pracowników w szpitalach i domach opieki.

Te tendencje będą napędzać popyt na pracowników w sektorze usług, który stanowi obecnie 81 proc. amerykańskiego rynku pracy, a jego udział wzrasta z roku na rok. Usługi oferują zatrudnienie w miejsce posad utraconych w przemyśle lub budownictwie.

Poza tym nie zapominajmy, że komputery i roboty zwyczajnie nie będą mogły być wykorzystane w wielu zawodach. Będą dostarczać niektóre usługi, które na przykład starszym ludziom są coraz bardziej potrzebne, jednak nie będą w stanie wykonywać czynności, które wymagają dotykania klientów lub pacjentów. Powinno się mieć to na uwadze wybierając zawód lub zmieniając ścieżkę kariery. W przyszłości te ograniczenia w automatyzacji niektórych czynności będą utrzymywać bezrobocie na niskim poziomie.

Obecnie stopa bezrobocia w Stanach Zjednoczonych jest dwukrotnie niższa niż w Unii Europejskiej. Na tę różnicę składa się wiele przyczyn, ale kluczowe wydaje się mniej restrykcyjne prawo pracy i ograniczony wpływ związków zawodowych - to czynniki, które uniemożliwiają pracownikom i firmom elastyczne przystosowanie się do nowych technologii. Jeśli Ameryka utrzyma relatywnie wolny rynek pracy, także pracownicy będą skutecznie dostosować się do zmian technologicznych.

Martin Feldstein - jest profesorem ekonomii na Uniwersytecie Harvarda i honorowym profesorem Narodowego Biura Studiów Ekonomicznych, był przewodniczącym Rady Doradców Ekonomicznych prezydenta Ronalda Reagana w latach 1982-84. W 2006 roku został powołany do Rady Doradczej ds. Wywiadu prezydenta Busha, a w 2009 doradzał prezydentowi Obamie w ramach Rady Doradczej ds. Naprawy Gospodarczej. Obecnie jest członkiem zarządu Rady Stosunków Zagranicznych, Komisji Trójstronnej oraz Grupy 30, międzynarodowej organizacji non-profit, której celem jest lepsze zrozumienie globalnych problemów ekonomicznych.

Copyright: Project Syndicate, 2016

Polub WP Opinie
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.