wp

Jakub Majmurek: Teczka „Bolka”, czyli nic nowego

IPN oświadczył, że ekspertyza grafologiczna potwierdza, iż materiały zawarte w teczce TW Bolka faktycznie pisane był ręką Lecha Wałęsy. Media, głównie te związane z PiS, będą starały się zrobić z tego taką sensację, jakby historycy Instytutu odkryli co najmniej bursztynową komnatę albo zatopiony kontynent Atlantydy. Teczka „Bolka” tymczasem nie mówi nam niczego, czego osoby interesujące się najnowszą historią Polski nie wiedziałyby już od dawna. Co więcej, wiedzieli o niej od lat sami bracia Kaczyńscy, dla których Wałęsa zaczął być Bolkiem dopiero wtedy, gdy wypadli z jego łask i weszli z nim w politycznym konflikt.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Jakub Majmurek: Teczka „Bolka”, czyli nic nowego
(East News, Fot: JACEK WASZKIEWICZ/REPORTER)

W 1970 roku, po krwawym stłumieniu grudniowych protestów na Wybrzeżu, znajdujący się w rękach bezpieki młody robotnik Lech Wałęsa podpisuje zobowiązanie do współpracy. Współpracuje z SB do 1976 roku. W teczce nie ma żadnych materiałów pozwalających na snucie spiskowych teorii o tym, że SB prowadziło Wałęsę w latach 80., czy że manipulowało nim za pomocą tych materiałów w III RP. Teczka Bolka nie daje asumptu do przepisywania historii ostatniego pół wieku, choć na pewno otwiera dyskusję o ocenę Lecha Wałęsy.

Na smyczy SB

W ocenie okresu, jaki dokumentuje zawartość teczki, zalecić należałoby przy tym najwyższą ostrożność. Trudno nam dziś zrozumieć, co musiał czuć młody robotnik z rodziną na głowie, złapany przez tajną policję polityczną autorytarnego państwa, którego armia kilka dni wcześniej zmasakrowała na ulicach jego kolegów z pracy. Kto z nas nie dałby się złamać w takiej sytuacji? Kto mógłby być pewny własnej postawy moralnej?

wp

W dokumentach z „teczki Bolka” widzę nie tyle akt oskarżenia, co dramat człowieka, który dał się złamać, ale następnie próbuje się zerwać z założonej mu smyczy. W końcu odnosi sukces. Dokumenty z teczki pokazują, że faktyczna współpraca miała miejsce do mniej więcej 1972 roku. Wtedy Wałęsa pisze donosy na kolegów, być może jego działania z tego okresu mogły komuś zaszkodzić. Bierze za to pieniądze. Ale od 1972 Wałęsa nie tyle donosi SB, co dyskutuje z policją polityczną, stara się ją wykorzystywać jako kanał do przekazywania władzy żądań swoich i swojego, robotniczego środowiska.

Wiele na tym nie ugrywa, ale samo SB uznaje, że z TW Bolka nie ma żadnego pożytku. Sprawa zostaje zamknięta i nie ma dowodów, by TW został później reaktywowany.

Wspaniałe lata 80.

Na ile lata 70. mogą zaważyć na ocenie Wałęsy jako przywódcy „Solidarności”? Fakt, że przyszły przywódca robotników wcześniej donosił na kolegów z pracy jest smutnym paradoksem historii, nie może jednak zmienić zasadniczej oceny Wałęsy w latach 80. Okazuje się on wtedy nie tylko charyzmatycznym trybunem ludowym, osobą zdolną do skupienia wokół siebie autentycznego poparcia mas, ale także zdolnym politycznym graczem.

A gra polityczna w czasach rządów junty generała Jaruzelskiego była o wiele trudniejsza niż dziś. Polsce groziły wtedy naprawdę niewesołe scenariusze. „Solidarność” i opozycja mogła wtedy popełnić dwa potencjalnie bardzo brzemienne w skutkach błędy.

wp

Z jednej strony boleśnie przelicytować – doprowadzając polityczne napięcie do takiego stanu, gdy nieunikniony stanie się konflikt wewnętrzny i rozlew krwi. Z drugiej strony, zbyt wcześniej porozumieć się z władzą, dać się wciągnąć w jakiś „rząd zgody narodowej”, który zamiast przyspieszyć zgon PRL, zakonserwowałby ustrój. Opozycji udało się uniknąć obu tych złych wyborów. Byłoby to znacznie trudniejsze bez Wałęsy. Bez jego sprytu, pragmatyzmu, czasami genialnego politycznego instynktu. Bez całkowitego zaufania, jakim cieszył się w solidarnościowych masach, dzięki czemu mógł powstrzymywać je przed nieprzemyślanymi, zbyt radykalnymi działaniami.

Polska była wtedy głównym frontem przemian w Bloku Wschodnim. Doświadczenie „Solidarności”, ciągłego kryzysu politycznego, społecznego i gospodarczego, jaki panował w Polsce Jaruzelskiego, uświadomili komunistycznej władzy nie tylko w Polsce, że system nie da się dłużej utrzymać w tej formie i wymaga bardzo daleko idących reform.
Błędy, jakie popełnilibyśmy w latach 80. mogły mieć bardzo daleko idące konsekwencje dla tego, jak potoczyłaby się historia regionu. Często przypadkiem, często za sprawą szczęścia i koniunktury Wałęsa i jego obóz nie popełnił ich w latach 80. To znaczyło wtedy bardzo wiele.

Równia pochyła lat 90.

Na zupełnie inną ocenę zasługuje za to postawa Wałęsy w latach 90. Były prezydent zaczyna tę dekadę na szczycie, kończy na politycznym dnie, sromotnie przegrywając w wyborach w 2000 roku. Po drodze jest fatalna prezydentura. Świetny przywódca opozycji okazuje się beznadziejną głową państwa – jak dotąd w III RP tylko prezydenturę Andrzeja Dudy można ocenić niżej.

Częścią fatalnego bilansu lat 90. Wałęsy jest także jego stosunek do własnej przeszłości. Do tego, co znajduje się w „teczce Bolka”. Z jednej strony zrozumiałe jest, że nikt nie chce się sam oskarżać i kajać za błędy sprzed dwudziestu lat. Z drugiej, postawa Wałęsy trudna jest do usprawiedliwienia. Nie tyle nawet w sensie moralnym, co politycznym. Gdyby bowiem Wałęsa wprost powiedział na początku lat 90.: „ludzie, słuchajcie, wiecie jak było, podpisałem, robiłem rzeczy, z których nie jestem dumny, ale urwałem się draniom, a teraz wspólnie ich pokonaliśmy”, raz na zawsze zamknąłby sprawę Bolka. Do następnych wyborów ludzie by zapomnieli, przyzwyczaili się, źródło wielu politycznych ataków na niego by wyschło.

wp

Zamiast tego Wałęsa kluczył, raz przyznawał się, że „coś podpisał”, by za chwilę się z tego wycofać. Brutalnie, także przy pomocy środków prawno-cywilnych, atakował tych, którzy przypominali mu epizod z lat 70. Niszczył tym swój mit skuteczniej, niż zrobiłoby to przyznanie się do błędu. Dziś Wałęsa jest w zasadzie poza czynną polityką. Ale wydaje się ciągle przyjmować podobną linię obrony co w latach 90.

Jego pełnomocnik, mecenas Jan Widacki, podważa ekspertyzę grafologiczną IPN. Twierdzi, że porównuje ona współczesne pismo Wałęsy z próbkami z teczki, podczas, gdy pismo Wałęsy w latach 70. wyglądać miało zupełnie inaczej. Wałęsa jako prosty robotnik rzadko bowiem trzymał w ręku długopis, częściej pisać zaczął jako związkowy przywódca i polityk – co zmieniło jego charakter pisma.

Nawet jeśli ta linia rozumowania da się obronić w sądzie, to jest – zwłaszcza w dzisiejszym klimacie politycznym – bardzo głęboko nieprzekonująca. Historyk Jan Skórzyński, który przeanalizował zawartość teczki też nie ma wątpliwości: styl, jakim napisane są meldunki Bolka, zawarte w nich językowe manieryzmy itd. dość jednoznacznie wskazują, że Bolek to Wałęsa. Idąc w zaparte były prezydent dokłada tylko paliwa do PiS-owskiego pieca.

Przemysł pogardy i kłamstwa

A ten zacznie teraz grzać! Gdy czytacie te słowa, przeciw Wałęsie już rozkręca się na pełnych obrotach przemysł pogardy i kłamstwa. Wałęsa będzie atakowany, poniżany, a wraz z nim cała III RP, dziecko z nieprawego łoża „teczki Bolka” i „szafy Kiszczaka”. Sprawą zajmie się pewnie prokuratura, proces Wałęsy, jeśli do niego dojdzie, stanie się procesem całej Polski po roku ’89.

wp

Faktyczne kłamstwo Wałęsy na temat własnej przeszłości posłuży jako pretekst do całego przemysłu kłamstw na temat najnowszej historii Polski – opozycji lat 70., „Solidarności”, transformacji. Prezes IPN dr Jarosław Szarek mówi na razie ostrożnie, że „nie można wymazać roli Wałęsy z historii”, ale „trzeba ponownie ocenić jego zachowanie z lat 80. i 90.”. PiS-owskie media pójdą za tym wyzwaniem, będą używać teczki jako „dowodu”, że cała transformacja była ustawiona, że Polską po ’89 rządzili trzymający teczki komuniści, że dopiero dziś w pełni skończył się „PRL bis”.

Nic nie szkodzi, że w sprawie Bolka sam rządzący obóz nie ma czystych rąk. Sprawa relacji Wałęsy z SB nie była tajemnicą w środowisku opozycji, zwłaszcza na Wybrzeżu. Bracia Kaczyńscy nie mogli o niej nie wiedzieć, gdy wysuwali kandydaturę Wałęsy na prezydenta i zaczynali wojnę z obozem Mazowieckiego. Wałęsa zaczął dla nich być Bolkiem dopiero wtedy, gdy wypadli z jego łask i weszli z nim w politycznym konflikt.

PiS i jego sojusznicy w mediach i akademii od dawna mówili, że trzeba wymienić Wałęsę jako symbol „Solidarność”. Cała machina bliskich Nowogrodzkiej instytucji będzie pracować, by taką historię lat 80. napisać. Taką, w której „prawdziwym” symbolem „Solidarności” jest nie Wałęsa, a małżeństwo Gwiazdów, Anna Walentynowicz czy Lech Kaczyński. Przy całej autentycznej sympatii dla tych osób, taka narracja o latach 80. to absurd. Choć każda z tych osób miała piękną opozycyjną kartę, to żadna nie była wtedy politycznym graczem pierwszej wielkości. Był nim, niezależnie od tego co jest w teczce, Wałęsa.

Potrzebujemy ludowej historii „Solidarności”

Z drugiej strony, najgorsze co może zrobić obóz demokratyczny, to odpowiadać na prawicowe mitotwórstwo hagiografiami Wałęsy. Tych powstało już dość, a na naprawdę zdystansowaną, rzetelną, ważącą winy (SB, fatalna prezydentura, wojna na górze) i zasługi (lata 80.) Lecha Wałęsy nie widzę w tym klimacie politycznym szans.
Zamiast tego, warto napisać w końcu oddolną, ludową historię „Solidarnością”. Bo spór, czy „prawdziwym symbolem” ruchu i „Polskiej wolności” był Wałęsa czy Lech Kaczyński, jest tak naprawdę potwornie dziecinny. „Solidarność” lat 80. była czymś fascynującym nie ze względu na tego czy innego lidera.

wp

Prawdziwym fenomenem nie jest Wałęsa – zdolny ludowy przywódca – ale sam ruch „Solidarności”. W swoim czasie najbardziej masowy ruch w tej części świata, radykalny eksperyment z samorządności i demokracji, zdolny wyartykułować utopijny projekt po zdawałoby się całkowicie wyjaławiającej wyobraźnię polityczną dekadzie Gierka. Proponujący program społeczny, odrzucający centralizm PRL, ale szukający bardziej sprawiedliwych społecznie rozwiązań niż to, do czego przyzwyczaiła nas III RP. Łączący katolicką naukę społeczną i postulaty z tradycji socjalistycznej; romantyczną symbolikę i tradycję radykalnych wystąpień robotników w PRL, domagających się „bardziej lewicowych” społecznie rozwiązań (samorząd robotniczy), niż zdolni wyobrazić sobie byli partyjni biurokraci.

Prawdziwa historia takiej „Solidarności” – silnej nie tylko dzięki Wałęsie, Gwiazdom, Kaczyńskiemu, ale także dzięki samoorganizacji milionów ludzi – byłaby najlepszym bastionem przed naporem nihilistycznego pisowskiego mitotwórstwa, jakie czeka nas w najbliższych latach.

Jakub Majmurek dla WP Opinie

Polub WP Opinie
wp
wp
wp
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.