Trwa ładowanie...
dgcewr7

Jakub Majmurek: kto zawłaszczy "Wołyń"?

Długo przed premierą wiadomo było, że "Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego nie będzie po prostu zwyczajnym filmem, o który spierać się będą najwyżej recenzenci nie mogący się zdecydować co do liczby gwiazdek, jakie powinno się mu przyznać. Temat filmu - ludobójcza czystka etniczna wymierzona w polską ludność Wołynia - i emocje, jakie budził on w ostatnich latach nie tylko w Polsce, gwarantowały, że będzie on także politycznym wydarzeniem, zarzewiem debaty przekraczającej działy "kultura" w prasie, radio, telewizji i internecie. Dziełem stojącym w jednym szeregu obok najważniejszych historycznych obrazów w dziejach polskiego kina ("Kanał", "Popiół i diament", "Eroica"), czy tak ważnych w ostatnich latach filmów jak "Pokłosie" i "Ida" - pisze Jakub Majmurek dla WP Opinii.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Jakub Majmurek: kto zawłaszczy "Wołyń"?
(East News, Fot: Wojciech Strozyk/REPORTER)
dgcewr7

Przeczytaj też - Paweł Lisicki: "Wołyń" - siła pamięci

Gdyńska premiera unaoczniła wszystkim siłę tego obrazu, rozmach i emocjonalny żar filmowej wizji. Trudno mieć do "Wołynia" jakiekolwiek warsztatowe czy artystyczne pretensje. W tej sytuacji dyskusja nad politycznym wymiarem filmu staje się tym bardziej oczywista.

Poza rachunek krzywd

Zastanówmy się więc i my nad polityką "Wołynia". Zanim na ekranie pojawią się pierwsze obrazy, widzimy logo Kasy Stefczyka i cytat z Jana Zaleskiego (ojca ks. Isakowicza-Zaleskiego), mówiący o "podwójnej śmierci" polskich mieszkańców Wołynia - raz od ciosów, po raz drugi od zapomnienia. Te dwie plansze niepokoją, co do wymowy tego, co zobaczymy. Z jednej strony logo kojarzone ze środowiskiem PiS, z drugiej słowa po prostu dziś już nieprawdziwe. Wołyń stał się w ostatnich latach jednym z głównych punktów narracji o polskiej historii XX wieku. Świadomość tego, co miało tam miejsce budowały obszerne badania historyków (na czele z Grzegorzem Motyką), popularyzatorów, piszącej szeroko o temacie prasy, nagłaśniających go stowarzyszeń. Mówienie o ciągle zabijającej Kresowian amnezji stawia sprawę na głowie, sugeruje, iż film budował będzie wyłącznie wspólnotę skupioną na poczuciu własne krzywdy i oblężenie przez wrogie siły.

dgcewr7

Tak jednak nie jest. Wbrew obawom wielu osób "Wołyń" nie ma celu wystawienia światu rachunku za polskie krzywdy, doświadczone na Kresach międzywojennej Polski. Nie buduje wspólnoty opartej na żalu i poczuciu bycia ofiarą. Pokazuje realną rzeź, jaką ofiarą padli nasi rodacy, kolejne ciosy - ze strony Niemców, Sowietów, Ukraińców - spadające na polskie rodziny z wołyńskich wiosek. Ale stawką tych przerażająco sugestywnych obrazów nie jest zafiksowanie widzów na koszmarze sprzed lat, cierpieniu i krzywdach z przeszłości.

Nie chodzi przy tym tylko o to, że Smarzowski nakręcił film bardzo wielostronnie patrzący na temat, ważący - na ile to w sprawie rzezi wołyńskiej w ogóle możliwe - racje różnych stron. Widzimy bestialstwo ukraińskich nacjonalistów i niewinne polskie ofiary, ale film jednocześnie pokazuje kontekst, w jakim mogła wzrastać nienawiść Ukraińców do Polaków. Słyszymy o polityce II RP na Kresach, burzeniu cerkwi, przymusowej polonizacji ukraińskiej ludności, zawłaszczaniu ziemi przez przybywających z centralnej Polski kolonistów. Ten rachunek krzywd ciągnie się - czego w filmie nie widać - jeszcze dalej w przeszłość: przyłączenie ukraińskich województw Wielkiego Księstwa Litewskiego do Korony w ramach Unii Lubelskiej, kolonizacja tych terenów przez polską własność ziemską, Unia Brzeska, eksploatacja ukraińskiej ludności, zredukowanej do niewolniczej w zasadzie siły roboczej itd.

Ruch, jaki robi "Wołyń", jest dużo ciekawszy, pokazuje ślepą uliczkę indywidualnej i zbiorowej podmiotowości, opartej na poczuciu słusznej krzywdy i żądzy zemsty za nią. Obsesja na punkcie własnych krzywd doświadczonych od "Lachów" - często jak najbardziej realnych - pcha ukraińskich nacjonalistów poza granicę masowej zbrodni, zza której nie ma już powrotu. Wikła ukraiński projekt narodowy w zatruwającą go bestialską rzeź, z którą ukraińska opinia publiczna do dziś nie może sobie do końca poradzić.

Przeciw nacjonalizmowi

Na ekranie widzimy z całą jasnością, że w ramach Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów nacjonalizm ukraiński przybrał szczególnie toksyczną, ludobójczą formę, naznaczoną przez totalitarne ideologie lat 30.i 40. Film Smarzowskiego nie jest jednak tylko głosem krytyki wobec "banderowskiego" nacjonalizmu. Jest doskonałą analizą niebezpieczeństwa dokonywanego w imię krzywdy i zemsty procesu narodowej mobilizacji, złowieszczej siły narodowego szowinizmu. Widzimy jego siłę, zdolność do społecznej mobilizacji. Zarówno do niewyobrażalnej zbrodni, jak i do niezwykłego poświęcenia - trwania przy własnej tożsamości w warunkach braku państwowości, mimo skrajnie niekorzystnych geopolitycznych koniunktur.

dgcewr7

W tym sensie "Wołyń" jest w Polsce 2016 roku filmem bardzo potrzebnym i aktualnym. Nacjonalizm w formach często wprost odwołujących się do autorytarnych (jeśli nie totalitarnych) ruchów politycznych z lat 30. (ONR) staje się coraz silniej obecny w sferze publicznej. Niegdyś ograniczony do folkloru, powszechnie wyśmiewanych marszów w brunatnych mundurach na Górę Św. Anny, dziś obecny jest na ulicach, w rzymskokatolickich katedrach, szkołach, zapraszany jako pełnoprawny członek debaty publicznej do prasy, radia i telewizji. Zwłaszcza publicznej. Oczywiście, dzisiejszy ONR, czy nawet cały Ruch Narodowy, nie ma takiej złowieszczej siły i ani nie postuluje, ani nie jest zdolny do tak ludobójczej polityki jak OUN w latach 40. Tym niemniej, po rozpętanej przez nie tylko skrajną prawicę nagonce na uchodźców i migrantów, liczba przestępstw motywowanych nienawiścią rasową i narodowościową wzrosła w Polsce prawie dwukrotnie między 2013 a 2015 rokiem.

"Wołyń" - zanurzający nas w grozie spełnionego, ludobójczego projektu skrajnego narodowego szowinizmu - powinien być dla polskiej wspólnoty szczepionką na taki nacjonalizm. Mówi się, że ci, którzy nie uczą się historii, zmuszeni są ją powtarzać. W Polsce, z jej przemysłem rekonstrukcji historycznych, jako podstawowym sposobem przeżywania przeszłości, mam wrażenie, że ciągle powtarzamy historię, właśnie po to, by niczego się z niej nie nauczyć. "Wołyń" bierze estetykę rekonstrukcji historycznej, mistrzowsko posługując się środkami filmowymi doprowadza ją do ekstremum, zanurza nas w historycznym horrorze, od którego nie ma ucieczki, wymuszającego reakcję fizjologicznego wręcz wstrętu, metafizycznej konwulsji. Ma to jednak służyć historycznej lekcji, przekroczeniu horyzontu szowinizmu. Po "Wołyniu" nie sposób myśleć o "odpłacie" Ukraińcom za jak najbardziej rzeczywiste zbrodnie na Polakach. Jedyną reakcją na otchłań okrucieństwa i absurdalnej przemocy, w jakie wrzuca nas film, może być tylko przekonanie, że warto robić wszystko, by nikt w tej części świata nie chciał już więcej mordować żadnych "wrogów ojczyzny".

Prezent dla "kresowiaków"?

Jednocześnie film ten będzie zawłaszczany przez nacjonalizmy, przed którymi przestrzega, i rozgrywające je ośrodki władzy w naszym regionie. To zawłaszczanie widać było już na Festiwalu w Gdyni, gdy Jacek Kurski próbował umieścić "Wołyń" w narracji: "niepolskie, lewackie jury nie doceniło wielkiego, patriotycznego eposu, więc ja mu wręczam «wyklętą» nagrodę". Na szczęście Smarzowski nie złapał się na toporną reżyserię twórcy "Nocnej zmiany".

dgcewr7

Polityczne zawłaszczenia tego filmu mogą być jednak o wiele poważniejsze w skutkach, niż w gruncie rzeczy dość groteskowa akcja Kurskiego. Wchodzi on bowiem na ekrany w szczególnie trudnym momencie dla polsko-ukraińskich relacji, gdy kruszyć zaczyna się rządząca naszą wyobraźnią w ciągu ostatniego ćwierćwiecza koncepcja Gierdoycia. Zgodnie z nią nie ma wolnej Polski bez silnej, niepodległej Ukrainy, i w najlepszym interesie Polski leży wspieranie ukraińskich aspiracji narodowych, europejskich i demokratycznych. Ani rzeczywiste trudne momenty wspólnej historii (z Wołyniem włącznie), ani niepoważne fantazje o "polskim Lwowie" nie powinny nam przesłaniać tej prawdy. Tę doktrynę podzielały wszystkie rządy wolnej Polski, od Mazowieckiego do Tuska.

Oficjalnie podziela ją i rząd Beaty Szydło oraz Jarosław Kaczyński. Jednocześnie do głównego nurtu polityki coraz mocniej wkraczają odrzucające wizję Giedroycia środowiska "kresowiackie". Trudno z ich odruchów zrekonstruować spójny światopogląd. Składają się na niego nostalgiczne obrazy "polskich Kresów", pełen poczucia wyższości neokolonialny dyskurs na temat naszych wschodnich sąsiadów, podsycanie paniki przed ukraińskim nacjonalizmem ("drukującym mapy Ukrainy po San") i "banderowcami", nieufność do Majdanu i pomajdanowej władzy w Kijowie, wreszcie politycznie zinstrumentalizowana pamięć o Wołyniu. Towarzyszy temu co najmniej zrozumienie dla argumentów Rosji w jej sporze ze współczesną Ukrainą i niechęć do polityki aktywnego wspierania przez Polskę ukraińskich aspiracji.

Środowiska te politycznie artykułują swoje poglądy przed wszystkim wokół egzotycznej efemerydy, jaką jest Kukiz ’15. Swoje przyczółki zdobywają także coraz wyraźniej w PiS i jego zapleczu. "Wołyń" z pewnością stanie się dla nich sztandarem, pod którym będą się mobilizować, dowodem w ich sprawie. Ton ten podchwyci część wpływowych publicystów głównego nurtu prawicy. Głównie ci sceptycznie nastawieni do obecnej polityki Warszawy wobec Kijowa. Jak silnie film nie opierałby się takim zawłaszczeniom, zostanie w nie zainwestowane dużo pracy i środków.

W Moskwie i Kijowie

Ten proces zawłaszczania będzie miał miejsce nie tylko nad Wisłą. O kinie Smarzowskiego często mówiło się, że jest ono hermetyczne, niezrozumiałe dla innej niż polska publiczności. "Wołyń" będzie filmem ważkim w przynajmniej dwóch innych miejscach - nad Dnieprem i w Moskwie.

dgcewr7

Współczesna Ukraina ma wielki problem z przepracowaniem, przyjęciem do wiadomości tego, co stało się na Wołyniu w latach 40. Co jest poniekąd zrozumiałe, proces rozliczenia z przeszłością jest zawsze trudny - dość przypomnieć polskie dyskusje o pogromie kieleckim, Jedwabnem, ciągle nieprzepracowane rozliczenie z antysemityzmem ery międzywojnia. Na Ukrainie ta debata jest o tyle trudniejsza, że kraj znajduje się w stanie konfliktu i egzystencjalnego zagrożenia, nie sprzyjającego nigdy ekspiacjom.

Jak w tym klimacie zostanie przyjęty "Wołyń"? Czy otworzy rozmowę o trudnej ukraińskiej przeszłości? Czy zostanie uznany za akt symbolicznej agresji ze strony Polski, wymagający zwarcia szeregów, zaprzeczenia i "walki z pedagogiką wstydu", jaką znamy z naszych wzburzeń przeciw "Pokłosiu" czy "Idzie"? Wyobraźmy sobie, co byłoby, gdyby "Pokłosie" nakręcili np. Amerykanie.

Na zaprzeczające czy wrogie reakcje na "Wołyń", na Ukrainie trzeba więc patrzeć w odpowiednim kontekście. Z drugiej strony, wierzę, że w dłuższym okresie czasu ten film Ukrainie się przysłuży, sprawę Wołynia musi ona prędzej czy później sobie wyjaśnić, przyjąć do wiadomości to, co tam się stało. Nawet jeśli na początku ten film ciążył będzie polsko-ukraińskim relacjom (w okresie, gdy są one szczególnie ważne), na dłuższą metę może oczyścić pole.

Ciekaw jestem też, jak na ten film zareaguje Rosja. Państwo wyspecjalizowane w prowadzeniu "wojen historycznych" ze swoimi sąsiadami, sprawnie instrumentalizujące historie dla swoich politycznych celów. Obraz radzieckiej okupacji, represji wymierzonych w "polskich kułaków" nie może podobać się w kraju, gdzie mit "wielkiej wojny ojczyźnianej" jest tak kluczowy dla zbiorowej tożsamości. Z drugiej strony "politycznych technologów" z Kremla może kusić instrumentalizacja Wołynia, jako „dowodu” przeciw demokratycznej Ukrainie (w rosyjskiej narracji rządzonej przez "faszystowską", "banderowską" juntę), świadectwa, iż pozbawiona rosyjskiej hegemonii Europa Wschodnia pogrąża się w bratobójczych rzeziach.

dgcewr7

Walka o sens

"Wołyń" czeka więc bardzo ciekawe życie popremierowe. Znajdzie się w ogniu polemik i sporów znacznie wykraczających poza salę kinową. Czy takie były jego intencje, czy nie, Smarzowski wszedł właśnie na najwyższy szczebel sztuki narodowej, obok Wajdy, czy wielkich dziewiętnastowiecznych pisarzy.

Francuski filozof Gilles Deleuze napisał kiedyś, iż "Historia jakieś rzeczy to, ogólnie, ciąg zawładających nią sił i współistnienie sił walczących o zawładnięcie nią. Ten sam przedmiot, to samo zjawisko zmienia sens, zależnie od siły, jaka go zawłaszcza". Jest to jedna z lepszych obserwacji filozofii XX wieku. W jej świetle "Wołyń" jest częścią trwającej pół wieku walki o nadanie sensu wydarzeń na zachodniej Ukrainie z lat 40. I sam sens filmu Smarzowskiego, czy raczej otaczająca go konstelacja walczących ze sobą sensów, będzie w walce wyłaniać się w najbliższych miesiącach na naszych oczach.

Jakub Majmurek dla WP Opinii

Jakub Majmurek - filmoznawca i politolog. Związany z Dziennikiem Opinii i kwartalnikiem "Krytyka Polityczna".

Poglądy autorów felietonów, komentarzy i artykułów publicystycznych publikowanych na łamach WP Opinii nie są tożsame z poglądami Wirtualnej Polski. Serwis Opinie opiera się na oryginalnych treściach publicystycznych pisanych przez autorów zewnętrznych oraz dziennikarzy WP i nie należy traktować ich jako wyrazu linii programowej całej Wirtualnej Polski.

dgcewr7

Podziel się opinią

Share

dgcewr7

dgcewr7