Jerozolima, Ściana płaczu.
Jerozolima, Ściana płaczu. (Forum, Fot: Aleksiej Witwicki)

Drugie pokolenie. "Bóg umarł w Auschwitz"

Ania miała 14 lat, gdy znalazła rodzinne dokumenty. Jacek dowiedział się w swoje 51. urodziny, gdy matka wypiła o lampkę wina za dużo. Marcinowi też powiedziała matka, na tydzień przed jego ślubem: – Tak właśnie człowiek staje się Żydem. W pięć sekund.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Na rozpoczęcie szabatu bierze w dłonie dwie chałki, odmawia nad nimi hamoci, błogosławieństwo chleba. Wszyscy słuchają w skupieniu. Czekają, żeby powiedzieć amen. Modlitwę odmawia w oryginale, czyli po hebrajsku. Idzie mu sprawnie - już co nieco języka liznął.

Później, jak wszyscy, idzie umyć ręce. Najpierw wodą z dzbanka w lewej dłoni polewa trzy razy dłoń prawą, następnie na odwrót. W międzyczasie znów modlitwa. Jej treści nie trzeba znać na pamięć, jest wydrukowana na kartce przyklejonej taśmą do ściany, po polsku i po hebrajsku. Błogosławiony jesteś Ty, Haszem, nasz Bóg, Król Świata, który uświęciłeś nas Swoimi przykazaniami i nakazałeś nam obmywanie rąk.

Później, jak wszyscy, w ciszy zasiada przy stole, pije wino (niekoniecznie koszerne), je hummus, placki pszenne, sałatki, winogrona.

Później nad tym stołem pada:"Bóg umarł w Auschwitz", co uruchamia lawinę pytań, na które nie ma odpowiedzi. Wtedy wstaje, poprawia kipę, dyskretnie podchodzi, szepce do ucha: – Słuchaj uważnie, to właśnie jest drugie pokolenie.

Źródło: Archiwum prywatne / Jacek: - Gdy byłem nastolatkiem, zacząłem pytać matkę, kim był mój ojciec. Odpowiedź w zasadzie zawsze była taka sama: „Nie ma co drążyć, to jest przeszłość”.

To właśnie jest Jacek, jak się przedstawia: całe życie inny. Nie to, żeby się wyróżniał fizjonomią, na zdjęciach z dzieciństwa wygląda jak zwykły chłopiec, nie jest najwyższy ani najniższy, najchudszy ani najgrubszy. Można by powiedzieć: znaków szczególnych brak.

Jacek całe życie jest inny w środku.

"Nie ma co drążyć, to jest przeszłość"

– Lepiej późno niż wcale – tak Jacek zaczyna opowieść o tym, jak dowiedział się prawdy o swoim pochodzeniu. A dowiedział się w dniu 51. Urodzin. Przypadkiem. Ot, trochę za dużo wina i matce rozwiązał się język. Wcześniej konsekwentnie milczała.

– Jak poszedłem do szkoły podstawowej, to zacząłem się zastanawiać, dlaczego inne dzieci jeżdżą do babci, dziadka, cioci, wujka na wsi, a ja nie jeżdżę. I w ogóle, na czym to polega, że się ma babcię, dziadka, ciocię, wujka. Zazdrościłem im, że mają cały klan rodzinny.

Najbardziej Jacek zazdrościł innym dzieciom ojców. Że ich mają – a przynajmniej znają, wiedzą cokolwiek. – Gdy byłem nastolatkiem, zacząłem pytać matkę, kim był mój ojciec. Odpowiedź w zasadzie zawsze była taka sama: "nie ma co drążyć, to jest przeszłość". Tak jak ojciec się wymazał, tak zakodował mechanizm: lepiej nie drążyć, nie grzebać, nie dowiadywać się. Bo będzie problem.

Nić swojej tożsamości chwycił po osiemnastych urodzinach. Dziadkowie dali mu wtedy malutkie zdjęcie ślubne rodziców, powiedzieli: "masz, schowaj, nie chwal się, zwłaszcza matce". Jacek nie był zły, że przez lata słyszał, że nie ma żadnego śladu ojca, nawet jego fotografii. Choć nabrzmiało w nim wtedy przekonanie, że ojciec zasłużył sobie na niepamięć („może był złodziejem, może dewiantem, różne myśli przychodzą w takiej sytuacji do głowy"). Ważniejsza była jednak radość, że ma w końcu coś, cokolwiek.

– Zobaczyłem poza tym, że mój ojciec normalnie wyglądał. Zwykły facet, wyższy ode mnie, przystojny. A wcześniej ojciec to była czarna plama.

Jacek zdjęcie ojca schował na wiele lat do szuflady, wyciągnął z niej dopiero jako dojrzały mężczyzna. Teraz pokazuje je w kawiarni: zdjęcie ślubu rodziców, z kilku ujęć, także przed kościołem. Czarne włosy, kędzierzawe, haczykowaty nos, szczupła twarz. Z rysów wykapany Jacek. Ale co poza tym?

Jacek: – Do dzisiaj, jak próbuję o tym rozmawiać z matką, to ona mówi, że nic nie wiedziała. Że mój ojciec ze swoją matką się ukrywał, że miał bardzo traumatyczne przeżycia. Że przez wiele lat później jeszcze krzyczał w nocy przez sen.

"A i jesteś Żydem. Ale nikomu nie mów"

Na szabaty Stowarzyszenia Drugie Pokolenie przychodzi też Marcin. Ma 49 lat. Również przez jego palce przelewa się wino w rytualnym kielichu podczas błogosławieństwa, on też nieraz wygłasza komentarz do parszy, czyli jednej z 54 części Tory.

W jego rodzinnym domu o wojnie nigdy się nie mówiło. Także o tym, że w Polsce byli Żydzi, a później ich już nie było, Marcin dowiedział się o tym dopiero w szkole. Parę lat później, jako dwudziestolatek, zradykalizował swoje poglądy, poszedł w kierunku antysemickim.

Źródło: PAP / Tory kolejowe prowadzące do KL Auschwitz.

Opowiada: – To była końcówka lat osiemdziesiątych, dość głęboko poznałem wtedy środowisko islamskie w Polsce, te wszystkie hasła, że Izrael jest zły. Człowiek, zwłaszcza młody, nasiąka takimi informacjami. Nie ocenia, nie weryfikuje, nie próbuje złapać do tego dystansu, tylko przyjmuje na głupa. Prawdopodobnie, gdybym nie dostał tej informacji od matki, pewnie bym poszedł w kierunku ONR-u.

Trzymany przez lata sekret matka zdradziła podczas spaceru, tydzień przed jego ślubem. "Synku, a co ty planujesz robić w przyszłości? Aha, to dobrze. A i jesteś Żydem. Ale nikomu nie mów". Tak to mniej więcej wyglądało.

Marcin miał wtedy 27 lat i specjalnie się nie przejął. Przypomniało mu się, że chwilę przed swoją śmiercią babcia próbowała mu coś powiedzieć. Tylko że nie mówiła wprost, błądziła, próżno szukała słów-kluczy.

Marcin: – Generalnie jej przekaz sprowadzał się do tego, że świat wyglądał kiedyś inaczej. Ja powtarzałem: "wiem, babciu, rozumiem". Ale nie rozumiałem, miałem wtedy dwanaście lat.

Poza tym? Nic wielkiego. Wrócił do domu, opowiedział o rozmowie z matką przyszłej małżonce, pokiwała głową, powiedziała: "Fajnie". Marcin też wzruszył ramionami.

– Myślałem, że nic się nie zmieni. Później okazało się, że to był tak, jakby mały wyłom w tamie. Niby nic, a woda powoli tę tamę rozbiera. I w końcu mój świat się rozsypał.

"Nie przeżyłam żadnego szoku. Byłam raczej trochę zdziwiona"

Jest jeszcze Ania (imię zmienione), choć nie należy do Stowarzyszenia. Staż w byciu oficjalnie Żydówką ma długi, skończyła 54 lata, wie od około czterdziestu. Było tak: jakieś rodzinne papiery wpadły jej w ręce, z tych rąk zostały błyskawicznie zabrane - w dziecku nie mogło to wzbudzić nic innego, niż ciekawość. Zakazany owoc, wiadomo.

Ania: – Gdy tylko nadarzyła się okazja, sięgnęłam po te papiery w nieautoryzowany sposób. To były dokumenty dotyczące sprawy urzędowej, ktoś parszywie próbował wykorzystać przeciwko mojej mamie argument, że jest Żydówką. Papiery były z początku lat 70., więc ta osoba pewnie myślała, że po Marcu '68 takie oskarżenie padnie na podatny grunt.

Według Ani nie padło, jej matka wyszła z sądowej potyczki obronną ręką. Wiadomość o swoim pochodzeniu Ania przyjęła spokojnie. Słowo Żyd znała już z podstawówki, czytała o obozach koncentracyjnych, Zagładzie, getcie w Warszawie.

Ania: – Świadomość, że skoro mama jest Żydówką, to ja też jestem, była dla mnie oczywiste. I wiesz co? Nie przeżyłam żadnego szoku. Byłam raczej trochę zdziwiona, bo w domu nigdy nie mówiło się o żydowskim pochodzeniu. Właściwie w ogóle nie mówiło się o pochodzeniu.

Być może powinna była domyślić się wcześniej, w domu przewijała się i nie była przed nią ukrywana korespondencja z Izraela. Głównie listy, z rzadka jakaś paczka, wymiana grzeczności i informacji (co słychać, wszystko w porządku, co u was, wszyscy zdrowi?).

Ania: – A że Izrael? Kraj jak kraj. Ze Stanów też przychodziły do nas listy i paczki.

Źródło: Forum / Cmentarz żydowski w Warszawie.

Z tamtym dokumentem w ręku Ania poszła do matki. Była akurat w kuchni, kręciła się, coś gotowała, może zmywała. Ania stanęła w progu, z duszą na ramieniu. Musiała się przyznać, że wzięła coś, czego jej brać nie było wolno ("to nie było najłatwiejsze, ale ciekawość zwyciężyła"). Do pleców matki raczej stwierdziła, niż zapytała: "Mamo, w tych dokumentach jest napisane, że jesteś Żydówką". Czy mama się zdziwiła, przeraziła, czy jedno i drugie naraz, Ani trudno dziś powiedzieć.

– To była normalna, spokojna rozmowa. Trochę o tym porozmawiałyśmy, nie pamiętam szczegółów. Najważniejsze było to, że mama potwierdziła: tak, jestem Żydówką.

"W końcu sobie uświadamiasz, że prawie nikt nie przeżył"

Jacek dowiedział się od matki za sprawą lampki wina, padło wtedy nazwisko, co do którego nie było cienia wątpliwości. – To był 2011 rok i wtedy nawet sexy było być Żydem, więc świat mi się nie zawalił. Wręcz przeciwnie, fajnie się poukładał, zacząłem bardziej świadomie podchodzić do tego, kim jestem, co robię, co mi się podoba, a co nie, dokąd zmierzam – wyjaśnia. I

przyznaje: – Oczywiście dostałem fioła na punkcie literatury Szoah. Ale to jest normalne, wszyscy z drugiego pokolenia tak mają. Niektórzy mówią, że to forma masochizmu. Ja tak nie uważam, to jest raczej potrzeba odzyskania pełnej pamięci.

Wraz z pamięcią odzyskał, a właściwie dopiero otrzymał swoją tożsamość.

– Wcześniej podświadomie czułem, że nie wiem, kim naprawdę jestem. Nastąpił we mnie jakiś przeszczep, wczepiłem się w te korzenie, które są moje realnie, ale całymi latami były odcięte. No i pojawiło się we mnie poczucie moralnego obowiązku, żeby odtworzyć historię mojej rodziny, żeby żyć tak, by przywrócić ich pamięci. Bo jak zaczynasz szukać, to w końcu sobie uświadamiasz, że prawie nikt nie przeżył.

Ania swoją nową-starą tożsamością nie przejęła się zanadto. Może była za młoda (miała w końcu raptem 14 lat), może jak balsam zadziałało wychowanie. – Ja od małego reaguję na każde absurdalne zacietrzewienie przeciwko komuś ze względu na pochodzenie. Tak zostałam wychowana, w otwartości na świat i różnorodność. Może dlatego odkrycie mojego pochodzenia nie zrobiło na mnie dużego wrażenia?

Marcinowi z kolei świat się rozsypał. A później nagle poukładał. – Przez dziesięć lat chodziłem z tą torbielą, czułem się straszliwie zniewolony. Zniewolony strachem, że ktoś mógłby się dowiedzieć – przyznaje. – Aż wreszcie nastąpiła we mnie eksplozja. Uznałem, że jeśli świat ma problem z tym że jestem Żydem, to już jest świata problem. Podzieliłem się tą informacją z przyjaciółmi, znajomymi, także w pracy.

Reakcje? Bardzo różne. Od ucieczki, odwrócenia się, po lekki ostracyzm. – Dlatego zacząłem szukać takich jak ja. Trafiłem do Stowarzyszenia Drugie Pokolenie. Ta droga zajęła kolejne trzy lata – wyjaśnia.

– Dlaczego? – dziwię się.

– Bałem się. Myślisz, że to jest takie proste? Później okazało się, że przewodnicząca od początku wiedziała. Mówi, że zawsze od razu nas rozpoznaje, bo praktycznie każdy się tak zakrada.

"Tylko nie mów nikomu"

Jackowi udało się odtworzyć strzępki historii ojca. Odnalazł dalekiego kuzyna, którego dziadek w małopolskiej Bochni odebrał ośmioletniego wtedy ojca Jacka, przemyconego z getta w Częstochowie. Krewnego w Krakowie (zdążył spotkać się z nim chwilę przed jego śmiercią), syna człowieka, który ukrywał jego ojca w Sobolowie pod Bochnią. Wreszcie – żonę przyrodniego brata ojca, która podarowała mu zeszyty z wierszami.

– Ojciec pisał w nich o żandarmach, którzy zamordowali jego matkę. O tułaczce od wsi do wsi. O chłopach rzucających kamieniami w przybłędę – opowiada Jacek.

– Jak w "Malowanym ptaku"! – rzucam odruchowo.

Jacek wzdycha: – Tylko że Kosiński mocno fantazjował, a tutaj jest bardzo realna historia… Ojciec musiał być świadom swojej odmienności, bo w kilku miejscach pisze o antysemityzmie i wyrzekaniu się Żydów.

Ania szybko zarzuciła grzebanie w papierach. Opowiada: – Miałam taki pomysł, żeby mamie na 80. urodziny dać fajnie rozrysowane drzewo genealogiczne. Ale musiałabym znaleźć, choć kilka gałęzi. Zrezygnowałam, bo zobaczyłam, że to są dla niej tak bolesne rozmowy, że to będzie gówniany prezent, wywoła tylko łzy. Już wolałam kupić jej kolejny sweterek.

Źródło: Archiwum prywatne / Jacek: - Ojciec pisał wiersze. O żandarmach, którzy zamordowali jego matkę. O tułaczce od wsi do wsi. O chłopach rzucających kamieniami w przybłędę.

Rodzinną historię spijała z ust matki na raty. Dowiedziała się na przykład, że dziadek był fabrykantem, przed wojną prowadził własną działalność, produkował koronki. Że mama miała starszego brata, poszedł walczyć, dołączył do Gwardii Ludowej i przepadł. Że już wtedy mieszkali na aryjskich papierach po drugiej stronie muru. Wyprowadziła ich pracownica ojca, całą rodzinę, po kolei. Że mama mamy, Ani babcia, wyszła latem 1942 z domu i już nie wróciła.

Ania pamięta też, że pierwsze z tych rozmów kończyły się zawsze tą samą prośbą: "Tylko nie mów nikomu".

Z czasem ta pointę można było pominąć, to już się rozumiało samo przez się. Ania nie do końca dotrzymała tę niepisaną umowę.
– O moim pochodzeniu wiedzą wszyscy bliscy znajomi, ale nie chwalę się tym na prawo i lewo. Staram się nie narażać na to, że ktoś zamiast "ty durna babo" powie do mnie "ty Żydówo". Mama i tak uważa, że stanowczo zbyt obficie informuję o tym resztę świata. Ktoś kiedyś celnie stwierdził, że ona całe życie się ukrywa.

Marcin z kolei wciąż szuka, skrupulatnie odtwarza swoje drzewo genealogiczne.

– Tylko że teraz widzę, że to nie jest drzewo życia, a śmierci – mówi. Już wie bowiem, że 48 członków jego rodziny "poszło w komin", tak sam to określa. – Cały czas daję się temu zasysać. Próbuję przywrócić o nich jakąkolwiek pamięć, zbieram wszystko, co znajdę. Babcia mówiła, że rodzina zaczyna się od stu osób. A ja znalazłem dopiero połowę, jeszcze nie mam rodziny – wyjaśnia.

W przeciwieństwie do Jacka nie szuka jednak detali, nie musi odtworzyć wszystkiego. A wręcz nie chce. – Bardziej zależy mi na odnalezieniu kolejnych ludzi niż na szczegółach, zwłaszcza dotyczących śmierci. Mam dobrze rozwiniętą wyobraźnię, dlatego bardzo się cieszę, że nigdy nie byłem w Oświęcimiu. Po co mi pojechać na miejsce i dotknąć tego? Już się nigdy nie uwolnię, ten obraz już zawsze będzie ze mną szedł. To jest informacja całkowicie niszcząca człowieka. Nie wiem, czy bym chciał nosić w sobie aż taką traumę.

Jakąś inną, może nieco lżejszą, jednak w sobie nosi. Jak całe Drugie Pokolenie.

"We mnie rzeczywiście jest dużo smutku"

"Prawie wszyscy od dziecięcych lat czuliśmy nieuchwytną domową tajemnicę. Rodzice nie dzielili się z nami tamtymi historiami, bo chcieli, by nasze dzieciństwo było wolne od traumy, z którą oni ciągle się borykali" - pisze Elżbieta Magenheim ze Stowarzyszenia Drugie Pokolenie we wstępie do publikacji "Tożsamość. Ale jaka?" (zbiór wspomnień dzieci ocalonych).

Traumę jednak nieść mogą nie tylko słowa, ale i geny. Tak wynika przynajmniej z badań profesor psychiatrii Rachel Yehudy, która u ocalonych z Holocaustu cierpiących na PTSD oraz ich dzieci przebadała metylację cytozyny w genie FK506 (odpowiada m.in. za regulację hormonów stresu).

"Okazało się, że osoby, które przeżyły Holocaust, miały inny wzorzec metylacji cytozyny w wybranym genie – była ona zdecydowanie wyższa w porównaniu z grupą kontrolną. U dzieci ofiar ten wzorzec również odbiegał od normy, ale metylacja w badanym rejonie genu była niższa" - podsumowuje neurofizjolożka prof. dr hab. n. med. Jadwiga Jośko-Ochojska w artykule"Dziedziczenie traumy. Epigenetyczny list do przyszłych pokoleń".

Na chłopski rozum to znaczy: "wyniki badań są dowodem dziedziczenia epigenetycznego u ludzi i wskazują, że poważne urazy psychiczne mogą mieć skutki międzypokoleniowe".

Z badań własnych prof. Jośko-Ochojska również wnioskuje: "Szkodliwe czynniki środowiskowe, stres, agresja, lęk, traumatyczne przeżycia, toksyny, leki, dieta itp. działają zarówno na przyszłą matkę, jak i przyszłego ojca i odciskają się piętnem w następnych pokoleniach. Trauma rodziców bezpośrednio wpływa na potomstwo poprzez zmiany epigenetyczne w komórkach jajowych i plemnikach, w środowisku panującym w macicy ciężarnej, komórkach macierzystych i ośrodkowym układzie nerwowym. Ponadto przeżycia rodziców i dziadków zmieniają anatomię i funkcję układu nerwowego w następnych pokoleniach".

Ania nie wie, czy traumę dziedziczy się genetycznie, czy "wysysa z mlekiem matki przez osmozę". Wie natomiast, że na pewno ją w sobie nosiła. – Zdiagnozowałam ją u siebie około czterdziestki, jak poszłam na terapię, głównie ze względów zawodowych. Miała postać wielkiej balii wypełnionej gęstą szarą cieczą, podobną do smoły, tylko jaśniejszą. W końcu zorientowałam się, że to był smutek mojej mamy – opowiada.

Powiedziała o tym mamie, a ona przytaknęła: "We mnie rzeczywiście jest dużo smutku". I dodała: "Miałam nadzieję, że ciebie udało mi się przed tym uchronić".

Źródło: PAP / Obchody 67. rocznicy pogromu kieleckiego przy pomniku Menory w Kielcach. Lipiec 2013 roku.

– Tymczasem ja się w czasie terapii zorientowałam, że konfrontacja z kimś budzi we mnie nieuzasadnione obawy, że "znielubienie" mnie przez kogoś kojarzy się z ogromnym zagrożeniem, jakimś armagedonem nie wiadomo skąd. Dopiero na terapii zrozumiałam, że to był lęk mojej mamy. Bo dla niej sytuacja, kiedy komuś się nie spodobała, mogła grozić unicestwieniem. Jak ktoś ją polubił, to dawało jej szansę na przeżycie.

Ania traumę przerobiła, jej mama nie do końca. – Jak oglądasz wojnę z poziomu kilkulatka, to widzisz przede wszystkim oficerki. W jednej z rozmów z mamą wyszło, że tak właśnie widziała wojnę, taki obraz najbardziej jej się wrył w pamięć. Mama nie jest w stanie kupić takich butów, nawet jeśli są szalenie modne – opowiada Ania.

I jeszcze, jak z mamą oglądały relację z wojny na Ukrainie, jakiś program informacyjny, krótki reportaż, urywki. Ania: – Nagle zobaczyłam, jak ona się zapada w fotelu, jak kuli ramiona. Zapytałam ją potem o to, okazało się, że w ogóle nie była świadoma swojej reakcji. Ale to pokazuje, że lęk siedzi w człowieku, dźwięki, obrazy zostają na zawsze.

– W wielu domach trauma była przekazywana w sposób werbalny przez ciągłe mówienie: "wszyscy zginiemy". Mnie nikt niczego nie opowiadał, swoją traumę dostałem całkowicie podświadomie pod postacią lęków, wycofania, zahamowań – wyjaśnia Marcin. I dodaje, że dopiero przerabiając to na własnej skórze, zrozumiał dziwne kiedyś zachowania swojej matki. –

Nie wiedziałem, dlaczego dostaje histerii, gdy za komuny był tylko ocet na półkach. Dlaczego siedzi przed pustą lodówką i płacze. Dlaczego poszła na terapię, gdy miałem 17 lat, i całymi dniami chodziła psychicznie zmaltretowana, w tak wielkiej goryczy, że nie umiałem tego poskładać. I to wraca. Jak się zaczęła antysemicka nagonka, znów spanikowała. Spakowała walizkę, dopytywała mnie, czy pieniądze lepiej mieć w złocie, czy w euro. Wszystko w niej odżyło.

Jacek: – Jeśli zakładam możliwość dziedziczenia traumy, to jestem w stanie zrozumieć wiele wydarzeń z mojego życia i wiele moich zachowań. A jeśli by mnie ktoś poczęstował moją historią rodzinną w odpowiednim czasie, to być może obroniłby mnie przed wieloma lękami i pochopnymi wyborami, które okazały się złe. Sporo błędów popełniłem z poczucia samotności i szukania na siłę swojego własnego klanu.

Polub WP Opinie
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące