Dr Alicja Klich-Rączka: niezależnie od tego, jak potoczyło się ich życie, na zawsze pozostają więźniami

Pacjenci mówią, że tego się nie da zapomnieć. Oni mają ciągle skojarzenia. Dym z komina przypomina im krematorium. Odgłosy na korytarzu kojarzą się z nadchodzącymi krokami esesmanów. Ciągle się boją, mają koszmary senne. Do tej pory nie wyrzucili tego ze swoich głów, ze swego serca. Czasem próbowali wymazać ten okres na różne sposoby, na przykład poprzez usunięcie numeru obozowego. Myśleli, że to im pomoże rozprawić się z przeszłością - mówi dr Alicja Klich-Rączka, szefowa przychodni dla byłych więźniów obozów zagłady, w rozmowie z Ewą Koszowską.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Dr Alicja Klich-Rączka
Dr Alicja Klich-Rączka (Materiały prasowe, Fot: Andrzej Banaś)

Ewa Koszowska: Kraków, przychodnia przy ulicy Dietla. Tu leczy pani byłych więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych.

Dr Alicja Klich-Rączka: Tak. To, że zaczęłam tu pracować, było właściwie zrządzeniem losu. A nawet nie tyle przypadkiem, ile potrzebą tych ludzi. Od początku swojej pracy zawodowej jestem związana z Kliniką Chorób Wewnętrznych i Geriatrii UJ. Przychodnia dla byłych więźniów zaczęła funkcjonować trochę później. Wcześniej była to po prostu poradnia internistyczna. Ci ludzie nie byli jeszcze tacy wiekowi, schorowani. Nie potrzebowali specjalistycznej opieki geriatrycznej. Ten problem pojawił się przed kilkunastu laty, gdy zaczęli chorować więcej, inaczej.

Starzeją się też trochę inaczej?

Ze względu na piętno obozowe, które ciągle w nich siedzi. Zespół stresu poobozowego, z którym się nie rozstali przez całe życie. Więcej, on z upływem czasu tak naprawdę nabiera większego znaczenia. Taka jest nasza psychika. Taki proces starzenia. To, co się wydarzyło we wczesnym dzieciństwie, w młodości, nasz mózg rejestruje mocniej. Wszystkie wydarzenia, które mają miejsce później, z biegiem czasu są mniej wyraziste.

Nawet, gdyby człowiek miał same przeżycia negatywne, to i tak by pamiętał lepiej te z dzieciństwa. A tu dodatkowo mamy do czynienia z tak wielką traumą - oni musieli jeść zamiast zupy pomyje. Spali w dziesięcioro w boksach, które miały wielkość dwóch metrów. Nosili na kupki trupy swoich kolegów, pracowali od świtu do nocy. Ja pracuję z nimi tyle lat, a za każdym razem, gdy opowiadają te swoje historie, to ból serce ściska. To się wydaje po prostu niemożliwe.

Dlaczego żyją tak długo?

Wpływa na to wiele czynników. Ale pewne cechy mają wyniesione z wojny. Choćby potrzeba chomikowania, zabezpieczania się na przyszłość, żeby nie zabrakło. U nich ta potrzeba była i jest nadal. Ale w ich młodości dokonała się też jakaś selekcja naturalna. Bo przecież tak naprawdę przetrwali najsilniejsi. Mówią, że nie wiedzą, dlaczego przeżyli, a inni zginęli. Szli w Marszu Śmierci, w którym zginęło 15 tysięcy więźniów. Stefan Lipniak, gdy wychodził z Auschwitz siedemdziesiąt lat temu myślał, że nie da rady. A teraz lubi spacerować. Udało mi się nawet namówić go na spotkanie z młodzieżą w liceum.

Często to, że akurat im się udało, było dziełem przypadku. Ktoś podał im rękę. Bywało, że był to Niemiec, co również mocno podkreślają. Wytrwali w katorżniczej pracy w rewirze, który im przydzielono. Oni przez pryzmat tych wszystkich swoich strasznych przeżyć, teraz już są odporniejsi na inne przeciwności losu. Myślę też, że to ich długie życie jest nagrodą. Żyją tak długo, by dać nam szansę na spotkanie z nimi.

Któryś z byłych więźniów jest pani szczególnie bliski?

Oczywiście, z niektórymi jestem bardzo zaprzyjaźniona. Jeszcze jak pozwalał im na to stan zdrowia, to próbowałam pokazać im taki radośniejszy świat. Oni przecież w swojej młodości, nawet już po wojnie, z różnych powodów nie byli w stanie podróżować.Teraz, kiedy granice są wszędzie otwarte dla nich, u schyłku swojego życia mieli możliwość zobaczenia Ukrainy, Francji czy Włoch. Kilkakrotnie wracaliśmy do miejsc świętych, bo większość z nich są to osoby wierzące. Aczkolwiek hasło "pielgrzymka" była raczej hasłem wyjazdu. Bo kryterium nie była głęboka wiara. Wyjeżdżały z nami osoby innego wyznania, albo wręcz niewierzące.

Chodziło raczej o to, żeby ci ludzie pojechali w grupie, gdzie zostaną otoczeni pełną troską. Gdzie mają zapewnione poczucie bezpieczeństwa. Gdzie zadba się też o takie szczegóły, jak to, że musza zjeść pięć razy dziennie posiłek. A wyjazd będzie dostosowany do ich pogarszającej się sprawności. Zabieraliśmy chorych na wózkach. Ci najbardziej niesprawni zawsze byli najważniejsi. To nie były wyjazdy dla młodych osób, gdzie przy okazji mógł pojechać też ktoś starszy. Młodzi, jeśli z nami podróżowali, to do pomocy.

W 2015 roku miał miejsce ostatni wyjazd...

Wydaje mi się, że oni są już za słabi, by zmierzać się z trudami podróżowania. Wcześniej, osoby tak do dziewięćdziesięciu kilku lat jeszcze byli w stanie podróżować. Teraz trzeba już, niestety, uznać, że biologia ma swoje prawa. Przekonałam się o tym w czasie ostatniego wyjazdu do Włoch i postanowiłam, że nie będę już ciągać już tych starych ludzi po świecie. Postanowiłam, że lepiej, jeśli się będą spotykać gdzieś na terenie Krakowa.

Przed bramą obozu Materiały prasowe
Podziel się

I spotykają się rzeczywiście raz do roku. Czasami udaje się zorganizować częściej takie spotkania. Sięgam po telefon, wybieram kolejne numery i pytam o zdrowie. Zapraszam do przychodni, gdzie przy rozstawionych stołach, nakrytych białymi obrusami, spędzamy wspólnie Wigilię. Śpiewamy kolędy. Oni sami mówią, że to jest takie miejsce, które jest dla nich drugim domem. Przychodnia pełni wieloraką funkcję. To nie jest tylko lecznica dla starszych ludzi. Ona ma też funkcję koordynująca różne nasze działania. Mamy psychologa, który się spotyka z pacjentami. Ale mamy też możliwość właśnie spotkań towarzyskich.

Bywa, że spotykamy się u mnie w domu. Siedzimy wspólnie w ogrodzie. Przywożą ich bliskie osoby, rodzina. Niektórzy z nich są już zupełnie niesprawni. Nie wychodzą z domów od wielu lat.

I o czym rozmawiacie? O czym mówi grupa ludzi, która przeszła przez takie piekło?

Oczywiście, temat wraca. Rodziny moich pacjentów mówią, że na śniadanie oprócz kanapek i kawy, dostają porcję obozu. Codziennie, systematycznie. Wakacje rodzinne to często wyjazdy do Oświęcimia. Są osoby, które chcą o tym mówić. I są tacy, którzy nie chcieli przez wiele lat o tym mówić i zaczęli to robić dopiero teraz, u schyłku swojego życia. Z jednej strony są zmęczeni. Czasami mówią, że mają dosyć. Ciągle ktoś ich próbuje naciągnąć na opowieści - kolejny dziennikarz prosi o wywiad, kolejna szkoła chciałaby się spotkać. Z drugiej strony jak już się zgodzą spotkać, są bardzo otwarci i chętnie opowiadają. Nie działa to wszystko według jednego schematu, ale na pewno te przeżycia wracają. I na pewno one nie zblakły wraz z upływem czasu. O ile nie wkradła się jakaś patologia, która często w tym wieku występuje: choćby otępienie, wśród nich choroba Alzheimera, gdzie wspomnienia znikają.

Czy o tych strasznych chwilach da się zapomnieć i normalnie żyć?

Pacjenci mówią, że tego się nie da zapomnieć. Oni mają ciągle skojarzenia. Dym z komina przypomina im krematorium. Odgłosy na korytarzu kojarzą się z nadchodzącymi krokami esesmanów. Ciągle się boją, mają koszmary senne. Do tej pory nie wyrzucili tego ze swoich głów, ze swego serca. Czasem próbowali wymazać ten okres na różne sposoby, na przykład poprzez usunięcie numeru obozowego. Myśleli, że to im pomoże rozprawić się z przeszłością. Teraz już wiedzą i mówią, że "przecież to był tylko numer".

Czy oni mają jakieś dobre wspomnienia stamtąd?

Często wspominają, że ktoś im okazał serce. O tym, jak przeżywali Wigilię, jak Niemcy przymykali oko, gdy śpiewali polskie kolędy. Mam pacjentkę, która urodziła się w obozie, więc to życie musiało się tam toczyć. Ale to były tylko chwile, a cały pobyt w obozie był przesiąknięty bólem, cierpieniem, lękiem. To było życie w nieludzkich warunkach, bez sanitariatów, z pluskwami, wszami, chorobami. Ludzie umierali stłoczeni gdzieś tam w swoich małych boksach. Któryś z moich pacjentów mówił, że właściwie oddychali z ulgą, gdy ktoś umierał, bo wtedy mieli więcej miejsca dla siebie.

"Śmierć nie jest nieszczęściem, ale normą" - tego nauczyła się w obozie jedna z pani pacjentek, pani Lidia Maksymowicz?

Jej historia jest inna pewnie z kilku powodów. Przede wszystkim to jest historia dziecka. Dzieciństwo powinno być cudownym czasem. Dziewczynka powinna się tulić do mamy, która czyta jej książkę na dobranoc. Powinny chodzić na spacery. Tam tego nie było.

Pani Lidia pamięta to, co się działo, gdy miała 3 lata?

Nie pamięta wszystkich szczegółów. Pamięta natomiast strach, który jej tam towarzyszył przy spotkaniu z doktorem Mengele. Pamięta potrzebę samoobrony, gdy tatuują jej rękę, która ona nie może ruszyć, bo jeśli to zrobi, to pójdzie do gazu. Do tej pory słyszy ujadanie psów, gdy stanęła na rampie, komendy esesmanów i płacz bitych ludzi. Głodowała, większość czasu spędziła z biegunką. Na początku mama prześlizgiwała się do jej baraku, przynosiła kawałek ziemniaka czy cebulę. Pewnego dnia ktoś jej wskazał stos trupów i powiedział, że tam leży jej mama. Że jej mama nie żyje.

Lidia Maksymowicz jako mała dziewczynka Materiały prasowe
Podziel się

Na zdjęciu: Lidia Maksymowicz jako mała dziewczynka/Archiwum prywatne Lidii Maksymowicz

Ale każdy z więźniów przeżywa to na swój sposób. I każda historia jest wstrząsająca. Nieżyjący już Józef Paczyński był fryzjerem samego komendanta Rudolfa Hössa. Pan Stefan nie umie ładnie opowiadać. Ma 94 lata. Jest cichy, spokojny. Kiedy już udaje mi się go namówić na jakieś spotkanie, swoja historię sprowadza do krótkiego podsumowania: "Czterdzieści cztery miesiące za drutami". Jest w pełni sprawny, ale przeżycia tez cały czas w sobie tłumi. Codziennie wychodzi na kilkugodzinny spacer. Ostatnio razem spacerowaliśmy, to nie mogłam go dogonić.

Myślą o tym, co będzie jak ich zabraknie? Czy boją się, że ludzie zapomną, że było coś takiego jak niemieckie obozy koncentracyjne?

Tak, myślą o tym. Mają poczucie posłannictwa. Pani Lidzia mówi, że "być może po to właśnie przeżyła, żeby o tym mówić". Dlatego też zgadzają się na wywiady, na książki. Pani Helena Niwińska, w tej chwili ma 102 lata i żyje w miarę dobrym zdrowiu. Cudowna osoba, mieszka sama i cierpi głównie przez to, że źle słyszy, słabiej widzi. A jej historia jest nieprawdopodobna, w Birkenau - jako skrzypaczka - była członkinią orkiestry kobiecej. Pani Helena nie bardzo chce się spotykać, ze względu na niedosłuch. Źle się odnajduje w grupie. Trzeba to uszanować.

Jak się zachowuje młodzież na spotkaniach z byłymi więźniami? Młodzi ludzie potrafią słuchać?

O tak, młodzież słucha bardzo chętnie. Organizowałam ostatnio w liceum spotkania, to sala była wypełniona po brzegi. Młodzież po prostu siedziała z otwartymi ustami. Część płakała. Byli tak poruszeni. Moi pacjenci byli wielokrotnie zapraszani na takie spotkania i wspominają to jako niesamowite wydarzenie. Jako lekcję historii, której się nigdy nie zapomni.

Spotykają się także z młodzieżą niemiecką?

Tak, młodzi ludzie z Niemiec przyjeżdżają przynajmniej raz, dwa razy do roku. Młodzież licealna ma w programie m.in. zobaczenie obozu w Oświęcimiu. Przychodzą także na spotkania z moimi pacjentami w przychodni .

Ta młodzież na początku sprawiała wrażenie mało zainteresowanych. Na początku byłam przeciwna. Jedni żują gumy, inni z kolczykami w nosach. Pomyślałam: "po co oni tu przyjechali, po co to spotkanie?". I w trakcie zobaczyłam, jak się niesamowicie zmieniają, jak płaczą. Oni takiej historii nie znali. To jest często dla nich taki kubeł zimnej wody, że to się naprawdę wydarzyło, że być może ktoś z ich rodziny brał w tym udział.

Nasi pacjenci chcą się z tą młodzieżą spotykać. Co więcej, relacje z młodzieżą niemiecką są naprawdę ciepłe, serdeczne. Mamy wolontariuszy, którzy przyjeżdżają z Niemiec i zajmują się naszymi pacjentami w ramach wsparcia z ich strony. Bo przychodnia jest częściowo finansowana właśnie przez niemiecką fundację "Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość" i stowarzyszenie Maximilian-Kolbe-Werk z Freiburga. Oni są bardzo życzliwi i wspierają w opiece domowej tych pacjentów. Lekarze i pielęgniarki odwiedzają tych, którzy ze względu na choroby i niesprawność nie opuszczają swoich mieszkań.

Do kogo mają żal byli więźniowie?

Wyda się to pewnie dziwne i nieprawdopodobne, ale oni nie mają w sobie żalu, nienawiści do Niemców. Jestem tego pewna. Ciągle powtarzają to samo: "Wybaczyć, ale nie zapomnieć". Trzeba mówić o tym, trzeba przekazywać następnym pokoleniom, żeby historia o tym była ciągle żywa. Zdarzają się osoby, które sobie z tym nie poradziły, aczkolwiek zdecydowana większość pacjentów nie żyje w nienawiści do oprawców. Nauczyli się trudnej i niepojętej sztuki wybaczania.

Czy są tacy, którzy stracili wiarę w Boga?

Tak. Niektórzy mówią, że "gdyby Bóg istniał, nie byłoby Oświęcimia". "Gdzie był Bóg, kiedy ginęły tysiące dzieci idących prosto do krematorium". Tak sobie to interpretują. Wielu z nich podkreśla czy podkreślało, że przeżycia obozowe zachwiały ich wiarę w Boga. Przejściowo lub na stałe. Ale część twierdzi, że to właśnie wiara pozwoliła im przetrwać piekło. Wiara w Boga, ale także w człowieka, zwycięstwo dobra nad złem.

Czy to, że w zagranicznych mediach cięgle powraca sformułowanie "polskich obozów koncentracyjnych" bardzo ich boli?

Tak, boli ich to bardzo, dlatego, że oni się boją, że po upływie jakiegoś czasu przylgnie ta nazwa do nas. Nikt nie będzie walczył o prawdę, historia będzie coraz mniej kogoś obchodziła .Są bardzo czuli na tym punkcie. Zresztą to jest zupełnie zrozumiałe .

ZNAK
Podziel się

Na zdjęciu: Nagrobek Józefa Paczyńskiego. Fot: Andrzej Banaś

Więźniem Auschwitz jest się na całe życie? Numeru czy dopisku "Więzień Oświęcimia" nie może zabraknąć nawet na nagrobku.

Nie roztają się z tym nigdy. Niezależnie od tego, co później robili, jakimi drogami potoczyło się ich życie, na zawsze pozostają więźniami.

Rozmawiała Ewa Koszowska, WP Opinie

Materiały prasowe
Podziel się

Wywiad powstał przy okazji wydania książki "Dobranoc, Auschwitz. Reportaż o byłych więźniach", która ukazała się nakładem wydaniwctwa Znak Horyzont.

Polub WP Opinie
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.