Historia Do Rzeczy
historia
10-04-2015 (21:01)

Przeżyłem zbrodnie Pol Pota

- Harowaliśmy od świtu do zmierzchu przy uprawie ryżu. Wielokrotnie byłem bestialsko bity i wiązany za niewypełnianie wyśrubowanych norm przy budowie grobli. Czerwoni Khmerzy chcieli, byśmy się zapracowali na śmierć - wspomina Sokphal Din, ofiara zbrodni Czerwonych Khmerów.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Przeżyłem zbrodnie Pol Pota
(Czaszki ofiar zbrodni Czerwonych Khmerów w Kambodży, Fot: Wikimedia Commons)

Piotr Włoczyk: Jak najlepiej wytłumaczyć to, czym były pola śmierci?

Sokphal Din: Dla każdego normalnego człowieka takie piekło na ziemi jest nie do wyobrażenia. Pola śmierci były miejscami kaźni, gdzie mordowano ludzi na wszelkie możliwe sposoby. Najprawdopodobniej mój ojczym zginął w takim miejscu. Do dziś koszmary senne nie pozwalają mi zapomnieć o tych wszystkich zmasakrowanych zwłokach, które widziałem wtedy na własne oczy.

Tragedia Kambodży na dobre rozpoczęła się 17 kwietnia 1975 r., gdy Czerwoni Khmerzy zdobyli stolicę. Jak pan pamięta ów dzień?

Rano wyszedłem na chwilę na główną ulicę Phnom Penh, żeby przyjrzeć się paradującym Czerwonym Khmerom. Wielu mieszkańców naszej stolicy autentycznie się cieszyło, że wojna domowa dobiegła końca i wreszcie będziemy żyli jak dawniej. Wśród maszerujących zdobywców Phnom Penh nie brakowało dzieci. Niektóre z nich nie mogły mieć więcej niż 13 lat. Pamiętam, że na nogach miały buty zrobione z kawałków opon samochodowych. Nie czułem się w tym towarzystwie zbyt komfortowo, więc szybko wróciłem do domu. Miałem wtedy 18 lat i wciąż mieszkałem z mamą, ojczymem, dwoma młodszymi braćmi i malutką siostrą. Ojczym był akurat tego dnia na służbie w swojej bazie wojskowej na obrzeżach Phnom Penh. Żołnierze Pol Pota podeszli pod nasz dom akurat, gdy przygotowywaliśmy śniadanie. Usłyszeliśmy walenie w drzwi. Poszedłem zobaczyć, co się dzieje. Za drzwiami stało dwóch żołnierzy w czarnych mundurach, które szybko stały się znakiem rozpoznawczym tego reżimu. Ci bandyci kazali wszystkim domownikom natychmiast wyjść na zewnątrz.
Próbowałem się od nich spokojnie dowiedzieć, o co dokładnie chodzi, ale zagrozili mi, że jeżeli nie spełnimy ich żądań, to wszystkich nas rozstrzelają na miejscu. Kazali nam też zostawić otwarte na oścież wszystkie szafy, kredensy i drzwi wejściowe. Zapewniłem ich, że niezwłocznie postąpimy według tej instrukcji.

Zdawał pan sobie w pełni sprawę z konsekwencji pojawienia się w mieście Czerwonych Khmerów? Wywodził się pan w końcu z "kapitalistycznej" rodziny.

Nasze położenie nie było w tamtym okresie łatwe. Z jednej strony nie wspieraliśmy skorumpowanego proamerykańskiego rządu gen. Lona Nola, z drugiej zaś baliśmy się Czerwonych Khmerów. To było jak życie między młotem a kowadłem. Mój ojczym, który był świetnie zorientowany w sytuacji wojskowej, rozmawiał tydzień przed upadkiem Phnom Penh z moją matką na temat planu awaryjnego na przyszłość. Powiedział jej, że lada dzień Czerwoni Khmerzy wygrają wojnę domową i w związku z tym powinniśmy uciec z kraju. Mama kategorycznie nie chciała opuszczać naszego domu. Nie przypuszczała, jak zbrodniczy okaże się reżim Pol Pota. Nikt nie mógł przewidzieć, że życie całego mojego narodu wywrócone zostanie do góry nogami. Byliśmy dosyć zamożni. Moja mama prowadziła firmę budowlaną. Ten biznes zostawił jej mój biologiczny ojciec, który zmarł na raka, gdy miałem sześć lat. Mój ojczym był księgowym w banku, ale w 1972 r. został wcielony do armii, gdzie wykonywał papierkową robotę. Mieliśmy w domu służbę, posiadaliśmy kilka aut.
Niedługo przed zwycięstwem Pol Pota dostałem z okazji zdania matury wymarzony motocykl Yamahy. Planowałem iść na medycynę.

Wróćmy do tamtego poranka, gdy pojawili się w pańskim domu żołnierze w czarnych mundurach.

Przekazałem mamie ich żądania. Niezwłocznie rozpoczęliśmy pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Niedługo do domu udało się dotrzeć mojemu ojczymowi. Zaczęliśmy przygotowywać naszą terenówkę do wyjazdu na wieś do rodziny. Wszystkie cenniejsze większe rzeczy schowaliśmy na strychu. Pojechaliśmy do mojego wujka, który mieszkał niedaleko od nas. Spędziliśmy tam noc. Zakopaliśmy u niego w ogródku pod palmą pistolet i karabin. Następnego ranka żołnierze w czarnych mundurach pojawili się również u wujka. Powtórzył się ten sam scenariusz - kazali nam wszystkim natychmiast wynosić się z domu. Powiedziano nam, że Amerykanie będą bombardowali miasto i wszyscy zginiemy, jeżeli nie opuścimy Phnom Penh. Usłyszeliśmy jednak przy tym uspokajający komunikat - po kilku dniach na pewno wrócimy do domów.

Uwierzyliście w to?

Tak. Amerykanie właśnie przegrali wojnę o Kambodżę, więc nie mogliśmy wykluczyć, że mogą zbombardować miasto, które wpadło w ręce wroga. Byliśmy jednak pewni, że lada dzień wrócimy do Phnom Penh.

W stolicy Kambodży mieszkało wtedy ponad 2 mln ludzi, wliczając w to uchodźców z terenów wiejskich. Czerwoni Khmerzy kierowali ludność miast na prowincję, gdzie miało zostać stworzone nowe społeczeństwo. Skończyło się katastrofą - w ciągu niespełna czterech lat rządów Pol Pota życie stracił średnio co czwarty spośród 7 mln mieszkańców Kambodży. Jak przebiegało opróżnianie miasta?

Ten exodus wyglądał jak apokalipsa. To chyba najlepsze porównanie. Każda ulica w mieście była zapchana ludźmi. Proszę sobie wyobrazić, że w jednym momencie wszyscy mieszkańcy wychodzą z wielkiego miasta. Pchaliśmy auto, ponieważ w takich warunkach szybko skończyłaby się nam benzyna. Podążaliśmy na wschód, w kierunku granicy z Wietnamem. Chcieliśmy się dostać do rodziny mieszkającej na wsi. Koło nas szli pacjenci szpitali, dzieci, starcy, bogaci i biedni. Wszyscy podążali w żółwim tempie. Wydaje mi się, że tego dnia nie udało nam się pokonać więcej niż kilometr. Za plecami zostawialiśmy miasto widmo. Po drodze na prowincję widzieliśmy, jak żołnierze Pol Pota rozstrzeliwali ludzi w mundurach armii rządowej. Szybko się zorientowaliśmy, że posiadanie jakiegokolwiek sprzętu wojskowego oznacza wyrok śmierci. Nasz samochód był pełen rzeczy z wojskowego przydziału, takich jak choćby koce czy moskitiery. Mama zachowała się bardzo roztropnie i pozbyła się tego wszystkiego. Musieliśmy też porzucić dwa owczarki
niemieckie należące do mojego wujka. Dowiedzieliśmy się, że posiadanie dużych psów było uważane za przejaw kapitalistycznego zepsucia, co mogło się skończyć tragicznie. Razem z kocami mogliście też chyba wyrzucić portfele z pieniędzmi.

To prawda. Pieniądze przestały mieć jakąkolwiek wartość, ponieważ bardzo szybko zostały zdelegalizowane. Ludzie zaczęli używać banknotów jako papieru toaletowego albo bibułek do papierosów.

Ile zajęło wam dotarcie do krewnych na wsi?

Nie udało nam się do nich dotrzeć. Po drodze zostaliśmy skierowani do kompleksu świątynnego, gdzie tymczasowo przetrzymywani byli członkowie elity z Phnom Penh, między innymi piloci, aktorzy, wyżsi oficerowie służący obalonemu rządowi czy po prostu ludzie bogaci. Żyło tam blisko sto rodzin. Pamiętam, że ci ludzie wycinali ze swoich drogich aut pianki z siedzeń i robili z tego coś na kształt materaców. Cieszyliśmy się, że po kilkudniowej tułaczce mieliśmy w końcu dach nad głową i nie brakowało nam wody. Każdy z nas musiał się wylegitymować przed nowymi władzami, podając swój zawód. Czerwoni Khmerzy zebrali te informacje, ale początkowo nic z tym nie robili. Dostaliśmy nawet odrobinę ryżu. Miesiąc później zostaliśmy przeniesieni na wieś leżącą około 30 km na wschód od Phnom Penh. To wtedy na dobre zaczęło się budowanie chorej wizji ładu społecznego, który narodził się w głowie Pol Pota.

Mieliście się stać narodem rolników żyjących w komunach.

Tak miała wyglądać nowa Kambodża. My jednak cały czas uparcie czekaliśmy na pozwolenie na powrót do Phnom Penh, więc na razie pokornie pracowaliśmy z ojczymem na roli. Wciąż miałem ze sobą podręczniki szkolne, z których chciałem się uczyć medycyny... Mniej więcej trzy miesiące po opuszczeniu przez nas domu, komunistyczny kierownik wsi-komuny ogłosił, że głowy "kapitalistycznych" rodzin zostaną wysłane do Phnom Penh na trzymiesięczne szkolenie ideologiczne. Moi trzej wujowie i mój ojczym zostali w ten sposób odłączeni od swoich rodzin. Ojczym dał mi swój naszyjnik z wizerunkiem Buddy i poprosił mnie, żebym zaopiekował się rodziną. Więcej już się nie zobaczyliśmy. Wujowie też przepadli bez śladu.

Pola śmierci...

Najprawdopodobniej taki właśnie spotkał ich los. Miesiącami czekaliśmy na ich powrót, wierząc, że rzeczywiście zostali wysłani na jakieś "przeszkolenie". Ja w tym czasie harowałem na roli w grupie roboczej złożonej z moich rówieśników.

Jak była zorganizowana ta praca?

W ogóle nie była zorganizowana! Nie mieliśmy żadnych maszyn, wszystko trzeba było robić ręcznie. Zupełnie jak w średniowieczu. Mnóstwo zadań było zlecanych zupełnie bezsensownie. Mieliśmy bardzo wiele wypadków podczas pracy, ponieważ nikt nie przejmował się bezpieczeństwem. Jednak "pracować" było trzeba, ponieważ inaczej nie otrzymywało się przydziałów żywnościowych. Czerwoni Khmerzy nie robili wyjątków nawet dla chorych - kto nie pracował, ten nie jadł. My - ludzie z miast - byliśmy wyszydzani i potępiani jako obywatele drugiej kategorii. Żyliśmy jak zwierzęta bez jakichkolwiek zdobyczy techniki, nie mieliśmy nawet dostępu do kalendarza! Ludzie zaklasyfikowani jako "kapitaliści" powoli znikali z naszego otoczenia.

Na pewno słyszał pan historie o ludziach, którzy byli aresztowani tylko za to, że nosili okulary.

Sam byłem świadkiem takich sytuacji. Mnóstwo ludzi umierało z powodu malarii i innych chorób, ponieważ nie mieliśmy dostępu do lekarzy ani nawet do najbardziej podstawowych lekarstw. I proszę sobie wyobrazić, że w końcu któregoś dnia szef wioski powiedział, iż wszyscy kapitaliści zostają przeniesieni do... Phnom Penh.

Jak rozumiem, był to jeden z najszczęśliwszych momentów w pańskim życiu.

Ten koszmar za chwilę miał się skończyć i myśleliśmy, że spotkamy w stolicy ojczyma! Rozdaliśmy wieśniakom część naszego dobytku w ramach podziękowania za to, że pomagali nam w tym trudnym czasie. Tę radość zmąciły jednak szepty miejscowych, którzy mówili, że wcale nie wrócimy do stolicy, tylko zostaniemy wywiezieni do... dżungli na śmierć. Nie chciało nam się w to wierzyć. Czerwoni Khmerzy zapakowali nas do chińskich ciężarówek - w każdej upchnięto po pięć-sześć rodzin. Szczelnie zasłonięto ładownie brezentem, żebyśmy po drodze nic nie widzieli. Spędziliśmy w takich warunkach jakieś dwa dni. Potem był kilkudniowy postój. Byłem więc mieszczuchem, więc miałem problem z rozróżnieniem tego, co było jadalne wokół nas. Na szczęście moja mama lepiej orientowała się w tych sprawach. Kilkakrotnie byliśmy brutalnie rewidowani, ale moja mama jakimś cudem potrafiła ukryć w resztkach naszego dobytku ostatnie pierścionki i inne kosztowności. Zostaliśmy następnie przewiezieni do prowincji Siem Reap leżącej nieopodal
granicy z Tajlandią. W ten sposób zamiast do Phnom Penh trafiliśmy do małej osady leżącej głęboko w dżungli. Co było najgorsze w dżungli?

Cierpieliśmy głód, żyliśmy wśród węży i pijawek, ale najstraszniejsze były choroby. Mój najmłodszy brat miał wtedy sześć lat. Cierpiał na malarię i biegunkę. Ja również miałem malarię. Nie było lekarstw, ale moja mama zdobyła dla nas tabletki chininy, kupione po horrendalnej cenie - jeden pierścionek za jedną tabletkę. Dzieliliśmy się tymi żałośnie małymi porcjami chininy. Mój brat jednak nie przeżył. W dżungli z powodu chorób straciłem też babcię. Niedługo po przyjeździe do tego potwornego miejsca zostałem oddzielony od rodziny. Wysłano mnie do znajdującego się niedaleko "obozu dla młodzieży". Żyłem tam niemal do samego końca reżimu Czerwonych Khmerów. Na szczęście co kilka miesięcy dostawałem przepustki, dzięki którym mogłem odwiedzać rodzinę.

Jak ciężko było w obozie?

Harowaliśmy od świtu do zmierzchu przy uprawie ryżu. Wielokrotnie byłem bestialsko bity i wiązany za niewypełnianie wyśrubowanych norm przy budowie grobli. Czerwoni Khmerzy chcieli, byśmy zapracowali się na śmierć. Zachęcano nas do donoszenia na innych, bardzo niewiele było trzeba, żeby trafić na listę osób, które czasowo były pozbawiane jedzenia. Starałem się być potrzebny, żeby zwiększyć swoje szanse na przeżycie. Potrafiłem szyć, więc zdarzało mi się w obozie łatać czarne mundury. Nauczyłem się też ciąć włosy. Próbowałem się jakoś zaadaptować. Inni moi koledzy z obozu nie mieli tyle szczęścia i znikali na zawsze z naszych szeregów.

Kambodża z lat 1975-1979 znana jest z nieprawdopodobnie intensywnej indoktrynacji. Jak pan to wytrzymywał?

To był szczyt obrzydliwości. Cały czas puszczano nam chińską muzykę komunistyczną. Do tej pory robi mi się niedobrze, gdy przypominam sobie te melodie. Starano się nam wpoić miłość do Brata Numer Jeden - tak propaganda nazywała wtedy Pol Pota. Zostałem ukształtowany w innym świecie, byłem już wówczas dorosłym mężczyzną, więc byłem uodporniony na te idiotyzmy. Niestety, małe dzieci były bardzo skutecznie niszczone przez propagandystów Pol Pota.

Koszmar Kambodży trwał niecałe cztery lata. Czerwoni Khmerzy próbowali oderwać kawałek ziem należących do Wietnamu, co skończyło się pod koniec grudnia 1978 r. interwencją wojsk sąsiada.

Jaka to była radosna nowina! Wszyscy naokoło się cieszyli, że ludobójstwo właśnie dobiega końca.

Musiał pan jednak zdawać sobie wtedy sprawę z tego, że Wietnamczycy również mieli na swoim koncie wiele zbrodni. Nie bał się pan nowych porządków, które mieli przynieść ze sobą wasi sąsiedzi?

Nie. Bo czy mogło być coś gorszego od Czerwonych Khmerów? Takiej bandy zwyrodnialców świat nie widział i - mam nadzieję - nigdy nie zobaczy.

Już dwa tygodnie po rozpoczęciu interwencji Wietnamczycy zajęli stolicę Kambodży. Z bardzo bliska widział pan przyczyny tak szybkiego upadku Pol Pota.

Czerwoni Khmerzy wcielili mnie do swojego wojska. Dostałem karabin M16 i musiałem założyć ten potworny czarny mundur. Każdy żołnierz dostał tylko jeden magazynek. Powiem tylko, że w boju robiłem wszystko, żeby być dla Czerwonych Khmerów bezużyteczny. Nigdy nikogo nie skrzywdziłem i nie chciałem zmieniać tego stanu rzeczy. Wietnamczycy dysponowali zaprawionym w boju i świetnie wyposażonym wojskiem, które na głowę biło to beznadziejnie wyszkolone i zdemoralizowane pospolite ruszenie Pol Pota.

Czym się dla pana skończyła wietnamska inwazja?

Cóż... Wietnamczycy złapali mnie w czarnym mundurze i w ten sposób trafiłem do więzienia w Sim Ream. Byłem przez nich torturowany. Po kilku miesiącach zostałem jednak zwolniony. W 1982 r. przedostaliśmy się z mamą, siostrą i bratem do Tajlandii. Tam przez pięć lat żyliśmy w obozie dla uchodźców z Kambodży. W 1987 r. wyjechaliśmy do Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkamy do dziś.

Pracuje pan jako tłumacz.

I to mnie boli do dziś. Miałem być przecież lekarzem. Od dziecka marzyłem o takiej pracy. Moja młodość i edukacja skończyły się wraz z pojawieniem się Pol Pota w Phnom Penh. Wie pan, czasem sobie myślę, że urodziłem się trochę zbyt wcześnie. Gdybym przyszedł na świat jakieś 10 lat później, to być może nie czułbym takiego żalu. Nie zdążyłbym się przyzwyczaić do świata dającego tyle możliwości, który tak brutalnie zniszczyli Czerwoni Khmerzy.

Rozmawiał Piotr Włoczyk, Historia do Rzeczy

Sokphal Din (ur. 1957 r.) jest ofiarą zbrodni reżimu Pol Pota. Obecnie mieszka w Wielkiej Brytanii, gdzie kultywuje pamięć o ludobójstwie dokonanym przez Czerwonych Khmerów.

Polecamy: Eva Mozes Kor, ofiara eksperymentów medycznych Josefa Mengelego

Polub WP Opinie
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.