Marta Dzido: Potrzebujemy kobiecej historii ''Solidarności''

- Kobieca historia ''Solidarności'' jest bardzo potrzebna dziewczynom z mojego pokolenia. Uczy nas tego, byśmy nie bały się angażować w ważne przedsięwzięcia, same nie usuwały się w cień, ale też nie dawały się w ten cień usuwać. Żebyśmy nie czekały, aż ktoś coś zrobi w naszych kobiecych sprawach, tylko wzięły je we własne ręce. Żebyśmy nie zostały na marginesie: zarówno teraźniejszości, jak i historii – mówi pisarka, dziennikarka i reżyserka Marta Dzido. Właśnie ukazała się jej nowa książka ''Kobiety Solidarności''. Reportaż historyczny jest kontynuacją wielokrotnie nagradzanego filmu dokumentalnego ''Solidarność według kobiet'' z 2014 r., który autorka wyreżyserowała wspólnie z Piotrem Śliwowskim.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Marta Dzido: Potrzebujemy kobiecej historii ''Solidarności''
(Świat Książki, Fot: Krzysztof Wołodźko)

- Kobieca historia ''Solidarności'' jest bardzo potrzebna dziewczynom z mojego pokolenia. Uczy nas tego, byśmy nie bały się angażować w ważne przedsięwzięcia, same nie usuwały się w cień, ale też nie dawały się w ten cień usuwać. Żebyśmy nie czekały, aż ktoś coś zrobi w naszych kobiecych sprawach, tylko wzięły je we własne ręce. Żebyśmy nie zostały na marginesie: zarówno teraźniejszości, jak i historii – mówi pisarka, dziennikarka i reżyserka Marta Dzido. 14 września ma premierę jej nowa książka pt. ''Kobiety Solidarności''. Ten reportaż historyczny jest kontynuacją wielokrotnie nagradzanego filmu dokumentalnego ''Solidarność według kobiet'' z 2014 r., który autorka wyreżyserowała wspólnie z Piotrem Śliwowskim.

Robert Jurszo, Wirtualna Polska: W Polsce – pewnie od czasu powstań narodowych - funcjonuje pewien stereotyp. Zgodnie z nim, to mężczyźni walczą o wolność, a kobiety są gdzieś w tle: zajmują się dziećmi, gotują obiady. Czyli wykonują takie czynności, które raczej nie gwarantują im miejsca w podręcznikach do historii. Jak się ma prawdziwa historia Solidarności do tego obrazu?

Marta Dzido:Nijak. Natomiast oficjalna opowieść o tej historii oczywiście wciąż powiela ten schemat. Zdarza się, że same aktywistki ''Solidarności'', kiedy opowiadają o własnym zaangażowaniu, to je banalizują. ''Byłyśmy na zapleczu, tworzyłyśmy drugi szereg, nie robiłyśmy niczego wielkiego, po co o tym mówić?'' - słyszałam to nieraz, gdy pracowałam nad filmem i nad książką. Ale gdy spojrzy się na ich rzeczywiste dokonania i pozbiera się fakty w całość, to nagle okaże się, że bez kobiet nie doszłoby do wielu ważnych wydarzeń w historii ''Solidarności''.

Na przykład?

Dla mnie takim przełomowym i najbardziej znaczącym momentem był trzeci dzień strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r. Lech Wałęsa – po tym, jak zdołano m.in. wynegocjować podwyżki płac dla całej stoczniowej załogi – ogłosił zakończenie protestu. I w tym momencie zebrane w stoczni kobiety stwierdziły, że nie o to walczyły, że od początku strajku chciały czegoś więcej. Dlatego sprzeciwiły się decyzji Wałęsy i zatrzymały robotników w stoczni. Ci wszyscy mężczyźni zostali tamtego dnia w zakładzie tylko dlatego, że kobiety stawiły opór. Gdyby nie one, to wszyscy rozeszliby się do domów. A potem stoczniowców spotkałyby represje i w ogóle nie byłoby czegoś tak fundamentalnego dla polskiej drogi do wolności jak Porozumienia Sierpniowe.

Nie można też zapominać, że kobiety grały też istotną rolę już wcześniej. Mam na myśli Wolne Związki Zawodowe, które poprzedzały powstanie ''Solidarności''. To nie były struktury hierarchiczne, które miałyby wodza mówiącego, co robić. Były bardziej demokratyczne i wspólnotowe, co sprzyjało współpracy kobiet i mężczyzn na równych prawach. Dopiero potem, gdy powstał NSZZ ''Solidarność'', to zaczęło się zmieniać. Do różnych komisji, gremiów, regionów wybierano głównie mężczyzn. Kobiety nie chciały rywalizować na tym polu.

Dlaczego wiele aktywistek solidarnościowych bagatelizuje swój udział w walce z komunizmem?

Być może wynika to trochę ze skromności i takiej – nie chcę tak tego nazywać, ale to chyba najlepsze określenie - kobiecej wrażliwości. Podczas rozmów często słyszałam: ''głupio mi dopominać się o to, by o mnie pamiętano, choćby przy okazji rocznic'' i ''nie będę się nigdzie wpraszać, dopominać się o uwagę''. I dlatego swoją rolę widzę w tym, że upominam się o pamięć o tych kobietach - w pewnym sensie – za nie, w ich imieniu. Chciałabym w ten sposób jakoś wyregulować szalki wagi dziejowej sprawiedliwości.

A może to jest tak, że te wszystkie tłumaczenia, o których pani teraz mówi, są maską? Zasłoną, która ma przykryć poczucie historycznej krzywdy wynikłe z tego, że zostało się zapomnianym?

To na pewno też. Kobiety, z którymi rozmawiałam, często były zbyt dumne na to, by się upominać o atencję, nawet jeśli jej brak był dla nich bolesny. Próbowały się odcinać od tego uczucia powtarzając, że jeśli mężczyznom będzie zależało, to sami się upomną o pamięć o nich. No ale okazało się, że ich koledzy z dawnych lat jakoś sobie nie przypomnieli o istotnym udziale koleżanek w walce o wolną od komunizmu Polskę.

Podziel się

Tablice z 21 postulatami Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego umieszczone na budynku portierni przy bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej fot. Wikimedia Commons

Przeprowadziła pani dziesiątki rozmów z kobietami z ''Solidarności''. Czy sposób, w jaki opowiadają o historii tego ruchu różni się jakoś od męskich narracji?
Myślę, że różnica jest zasadnicza. Mężczyźni mówią: ''ja zrobiłem, ja walczyłem''. Snują swoją opowieść zawsze w pierwszej osobie liczby pojedynczej rodzaju męskiego. A kobiety mówią inaczej: ''my zrobiliśmy, my walczyliśmy''. Nigdy nie opowiadają wyłącznie o sobie, zawsze pamiętają, by wspomnieć również o innych. Na przykład o koleżankach czy kolegach, o których pamięta się jeszcze mniej. I myślę, że to jest takie bardzo ''solidarnościowe'' w swoim duchu. Przecież opowieść o ''Solidarności'' jest opowieścią o wspólnym działaniu wielu ludzi. Tymczasem w głównym nurcie historycznej narracji stała się historią osnutą wokół jednej osoby, jednego lidera i mężczyzny – Lecha Wałęsy. Chciałabym to zmienić, bo uważam to za bardzo niesprawiedliwe.

W książce przytacza pani słowa Anny Walentynowicz, która - gdy jej zaproponowano przywództwo strajku w sierpniu 1980 r. - powiedziała, że ''ranga sprawy spadnie, jak na czele będzie baba. Musi być mężczyzna''. Ktoś inny ujął ten problem jeszcze dosadniej, gdy powiedział, że Walentynowicz nie miała szansy na przywództwo, bo – cytuję – ''nie miała siuraka''. Dlaczego – trawestując słowa tej wybitnej opozycjonistki – ''ranga sprawy by spadła, gdyby na czele była baba''?

Na pewno jakieś znaczenie miało to, ze w Stoczni Gdańskiej większość pracowników stanowili mężczyźni. Gdyby ten strajk wybuchł w – dajmy na to – łódzkich zakładach włókniarskich, gdzie 90 proc. obsady stanowiła płeć żeńska, to pewnie na jego czele stanęłaby kobieta. Zresztą w książce wspominam o solidarnościowych protestach w Łodzi, które organizowały włókniarki. Więc może wynikało to też z takiego kulturowego przyzwyczajenia: tam, gdzie jest większość mężczyzn, tam powinien szefować facet, bo najlepiej rozumie potrzeby swoich kolegów. I na odwrót: tam, gdzie dominują kobiety, na czele protestów powinna stanąć kobieta – z tego samego powodu.

Podziel się

Anna Walentynowicz (w centrum, czwarta od lewej) i Lech Wałęsa podczas mszy w czasie strajku w Stoczni Gdańskiej, sierpień 1980 r. fot. Wikimedia Commons

Ale czy na pewno chodziło o ilościowy rozkład płci w danym zakładzie pracy? W książce opisuje pani sytuację, w której Józef Pinior - podczas wystąpienia na obchodach XXX. rocznicy istnienia władz ''Solidarności'' – podkreślił rolę kobiet mówiąc, że ''one także były przywódczyniami''. Sala wybuchnęła ironicznym śmiechem – nie tylko robotnicy, ale dziennikarze, naukowcy, prawnicy. Wspomina pani też o tym, że w regionie lubelskim szefową struktur podziemnych była kobieta, ale przekazując różne dyspozycje powoływała się na niejakiego ''Abramczyka''. Jak się okazało, nikt taki nie istniał. Kobieta musiała po prostu mówić, że otrzymuje polecenia od mężczyzny, bo nikt by jej nie słuchał....
Jeśli chodzi o kwestię stosunku ''solidarnościowców'' do ambicji i możliwości przywódczych kobiet, to nie była ona w żadnym stopniu determinowana przez stopień wykształcenia czy pochodzenie społeczne mężczyzn. To była raczej kwestia dziedziczonych kulturowo uprzedzeń, czy też – jak to nazwała Barbara Labuda – myślowej obręczy, która utrudniała albo nawet uniemożliwiała myślenie o kobietach jako o liderkach. Proszę spojrzeć na obrady Okrągłego Stołu – kobiety były tylko w tzw. podstolikach. W obradach głównych nie uczestniczyły, a przecież znaczny procent uczestników stanowili intelektualiści. Nie wspominam już o ''Magdalence'', gdzie kobiet w ogóle nie było.

W książce mocno opozycjonuje pani Annę Walentynowicz i Lecha Wałęsę. Są tam fragmenty, które brzmią wręcz jak oskarżenie pod jego adresem. Pisze pani, że Walentynowicz ''stanowiła konkurencję dla wodza'', że ''w swej uczciwości wydawała się zbyt radykalna''. To ostatnie sformułowanie może sugerować, że Wałęsa w jakiś sposób uczciwy nie był, albo był mniej radykalny od Walentynowicz. Czuć w tych wersach złość na to, że to właśnie Wałęsa a nie Walentynowicz, zapisał się w historii jako przywódca strajku...

Złość na Wałęsę? Nie powiedziałabym tak. Jeśli o coś mam żal – bo to chyba lepsze słowo – to właśnie o to, że historia ''Solidarności'' – ta powszechnie znana – jest w zasadzie opowieścią o Wałęsie. Inne postacie – w szczególności kobiety – stanowią zaledwie tło i dodatek. Walentynowicz – silna i charyzmatyczna osobowość – jest tutaj najlepszym przykładem. I ona też mogłaby zdziałać więcej, ale był jeden lider – Wałęsa – i dla niej zabrakło już miejsca.

Złości mnie też to, że inna kobieta, która towarzyszyła Wałęsie podczas strajku - mówię o Ewie Ossowskiej - została niemal wymazana z historii. Nikt się nią przez 35 lat nie zainteresował, nie zapraszano jej na żadne rocznice. W zasadzie dopiero podczas realizacji filmu odkryliśmy, kim jest tajemnicza kobieta w swetrze, która na jednym ze zdjęć stoi obok Wałęsy i przemawia do tłumu stoczniowców. I wtedy też udało się nam do niej dotrzeć.

No tak, ale trudno przecież przyrównywać Ossowską do Walentynowicz, której rola w całej historii ''Solidarności'' była ogromna. Ossowska pojawia się na początku sierpniowego strajku w 1980 r. na moment i zaraz znika...

Owszem, trudno zestawiać ją z Walentynowicz, jak i z wieloma innymi działaczkami. Ale – podkreślam – uważam za niesprawiedliwe to, że pamięć o niej została całkowicie zatarta. W dostępnych albumach ze zdjęciami, gdy stoi obok Wałęsy, nie jest nawet podpisana, chociaż to ona negocjowała z dyrektorem stoczni udostępnienie strajkującym radiowęzła, czy wspólnie z Walentynowicz zawracała robotników trzeciego dnia protestu, gdy szli już do domów.

Te wszystkie kobiety, o których mówię, nie były jakimiś zwykłymi pomocnicami, którym nie należy się nawet wzmianka w annałach. To były osoby o silnym potencjale do bycia liderkami, które w kryzysowych sytuacjach potrafiły podjąć ważne i trudne decyzje. I może właśnie z tego bierze się moja złość: że musimy tak bardzo się natrudzić, aby czegokolwiek się o nich dowiedzieć.

W byciu kobietą w ''Solidarności'' tkwił pewien paradoks. Stereotyp kobiecości był powielany bowiem nie tylko przez kolegów z organizacji, ale też milicjantów czy esbeków. Joanna Gwiazda powiedziała pani, że częściej aresztowano jej męża niż ją, bo sama – oczywiście celowo – kreowała się na zwykłą ''kurę domową'', która nie ma wielkiego pojęcia o ''wywrotowej'' działalności współmałżonka. Z kolei Jadwidze Chmielowskiej zdarzało się kokietować oficerów. W warunkach opozycyjnych kobiecość okazała się być więc i balastem, i atutem...

… i kobiety świadomie to wykorzystywały. To stereotypowe przekonanie, że panie nadają się co najwyżej do tego, by zrobić kanapki swoim ''walczącym'' kolegom lub zaparzyć im herbatę, było również bronią. Ale jednak w praktyce opozycyjnej, by zyskać posłuch, musiały podpierać się pseudonimami. Przypominam sobie rozmowę z działaczką z Torunia po projekcji filmu "Solidarność według kobiet". ''Nic wielkiego nie robiłam'' - powiedziała. Na to jej oburzony kolega: ''Ależ pani Anno, pani przecież kierowała całym toruńskim podziemiem''. Ona: ''Zgadza się, ale miałam wtedy pseudonim 'Tadeusz''' (śmiech). No więc z tą kobiecością to było tak, że może i czasem była pomocna w działaniu - jak Chmielowskiej i Gwieździe. Ale na pewno nie pomagała w tym, by zapisać się w historii.

Podziel się

fot. Świat Książki

Wszystkie kobiety, o których traktuje pani książka, po 1989 r. - a więc po upadku komunizmu w Polsce - rozeszły się w różnych kierunkach politycznych. Nie było już wspólnego wroga, który pozwalał trwać w jednej organizacji ludziom o nieraz skrajnie odmiennych poglądach politycznych, ale też światopoglądowych. Czy w takim razie jest jeszcze coś, co te kobiety dziś łączy?
Tak. Myślę, że to, iż wszystkie one – w większości znanych mi przypadków – cały czas robią coś, by było lepiej. Nie im osobiście, ale ludziom wokół nich. Często pojmują to bardzo różnie: niektóre organizują akcje charytatywne, inne protestują, a kolejne uprawiają publicystykę. Ale łączy je to, że cały czas realizują konkretną ''pracę u podstaw''- po to, by świat był lepszym miejscem do życia.

Czego nas uczy kobieca historia Solidarności?

Ona jest bardzo potrzebna dziewczynom z mojego pokolenia. A uczy nas tego, byśmy nie bały się angażować w ważne przedsięwzięcia, same nie usuwały się w cień, ale też nie dawały się w ten cień usuwać. Żebyśmy nie czekały, aż ktoś coś zrobi za nas w naszych kobiecych sprawach, tylko brały je we własne ręce. Żebyśmy nie zostały na marginesie – zarówno teraźniejszości, jak i historii.

A jest sporo do zrobienia. Na przykład w kwestii tego, że kobiety wciąż zarabiają mniej pracując na tych samych stanowiskach co mężczyźni. Wie pan, że już w latach 80. mówiła o tym Walentynowicz? Cały czas trzeba więc walczyć. Owszem, jest wolna Polska, ale wciąż nie ma do końca wolnych kobiet.

Rozmawiał Robert Jurszo, Wirtualna Polska

Polub WP Opinie
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.