Marek Jakimowski - niewolnik z Rzeczpospolitej wzniecił bunt i uwolnił 200 chrześcijan

W szczycie swojej potęgi, czyli między XV a XVII wiekiem, Turcy i sprzymierzeni z nimi Tatarzy krymscy uprowadzili z terenów Europy około 2 mln ludzi. Znaczną część stanowili mieszkańcy Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Większość wziętych w jasyr umierała w cierpieniu, z dala od rodzinnych stron i bliskich. Łupieżcze wyprawy muzułmańskich Turków i Tatarów budziły powszechny strach i odrazę w niemal wszystkich krajach chrześcijańskiej Europy. W takich warunkach opowieści o cudownych zwycięstwach nad Osmanami padały na bardzo żyzny grunt. Jedna z nich mówi o Marku Jakimowksim - Polaku, który wzniecił bunt i uciekł z tureckiej niewoli - pisze Michał Staniul w artykule dla WP.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Obraz Witolda Piwnickiego "Bitwa pod Cecorą"
Obraz Witolda Piwnickiego "Bitwa pod Cecorą" (Wikimedia Commons)
WP

Cecora nie kojarzyła się Polakom źle - jeśli o jakimkolwiek polu bitwy można tak powiedzieć. W 1595 roku polskie chorągwie, dowodzone przez hetmana Jana Zamoyskiego, odniosły w jej pobliżu wiekopomne zwycięstwo nad kilkukrotnie liczniejszymi siłami tatarsko-tureckimi pod rozkazami samego "Burzy" - chana krymskiego Gaziego II Gireja. Był to triumf efektowny i bardzo istotny. Pozwolił nie tylko osadzić na mołdawskim tronie przyjaznego Polsce władcę, ale i znacznie osłabił zagrożenie związane z ekspansją Imperium Osmańskiego. Niestety - tylko na ćwierć wieku.

W 1620 roku stosunki między Rzeczpospolitą Obojga Narodów a tureckim mocarstwem ponownie były tak złe, że nie dało się uniknąć rozlewu krwi. Przewidując atak Osmanów, Polacy odświeżyli stworzone przez Zamoyskiego okopy i niecierpliwie szykowali się na nadejście wroga. Tym razem jednak czekała ich pod Cecorą sromotna klęska. Tatarsko-turecka armia okazała się zdecydowanie większa, niż zakładano, a do tego była lepiej zarządzana niż w poprzednim starciu. Po kilkunastu dniach bilans walk przedstawiał się tragicznie: chociaż polscy rycerze zabili około czterech tysięcy muzułmanów, w czasie odwrotu stracili najważniejszych dowódców (w tym 73-letniego hetmana Stanisława Żółkiewskiego; jego uciętą głowę podarowano potem nastoletniemu sułtanowi Osmanowi II), a setki walczących dostały się do tureckiej niewoli, jasyru. Jednym z nich był Marek Jakimowski.

WP

Anonimowy rycerz

Nie wiadomo o nim wiele: tajemnicą pozostaje, w jakiej formacji służył, a nawet rok jego urodzenia. Dostępne źródła opisują go jedynie jako szlachcica spod herbu Dąbrowy, który pochodził z podolskiego Baru, krainy walecznych kozaków zaporoskich. W chwili pojmania był najprawdopodobniej młodym, silnym mężczyzną, gdyż Turcy od razu wysłali go do ciężkich robót fizycznych na galerach. Osmanowie chcieli stanowić potęgę zarówno na lądzie, jak i na morzu, więc intensywnie rozbudowywali w tym czasie swoją flotę. Odsprzedawany od jednego właściciela do drugiego, Jakimowski stał się ostatecznie własnością Kassymbekka, tureckiego urzędnika z Aleksandrii, gubernatora Damiaty oraz Rossetu.

Nowy pan Polaka był majętnym człowiekiem o licznych powiązaniach biznesowych w całym basenie Morza Śródziemnego; dysponował aż czterema sporymi okrętami. Jakimowski, jako doświadczony już galernik, trafił na największą z jednostek. Otrzymał też pozycję, która pozwalała mu na nieco swobodniejsze poruszanie się po pokładzie.

Szansa

WP

Późną jesienią 1627 roku łodzie Kassymbeka wypłynęły ze Stambułu, skąd miały eskortować do Egiptu pewnego wpływowego notabla. Rejs przebiegał spokojnie, aż 12 listopada sztormowe chmury zmusiły małą eskadrę do szukania schronienia na brzegu. Dwumasztowa galera z Jakimowskim i blisko czterema setkami innych ludzi - przeszło 150 Turkami i 220 niewolnikami - zakotwiczyła na wyspie Lesbos. Korzystając z chwili wytchnienia, Kassymbek i połowa tureckich pasażerów zeszli na ląd. Szlachcic z Baru nie mógł tego przegapić. Chociaż dwóch zaprzyjaźnionych z nim Polaków, Stefan Satanowski i Jan Stołczyn, odradzało mu gwałtowne kroki, Podolanin postanowił rzucić się na wrogów. "Nie mając inszei broni, ani oręża, wziął trzy kije z tych, co kucharz gotował na ogień; a gdy mu tego bronił kucharz, uderzył go Jakimowski w głowę tak dobrze, że zaraz padł od tego razu i umarł" - opisywał początek buntu polski historyk Bolesław Śląski. Widząc odwagę rodaka, Satanowski i Stołczyn chwycili, co mieli pod ręką, i przyłączyli się do
walki.

Na tyle okrętu, gdzie znajdował się magazyn broni, Jakimowski starł się z kolejnym przeciwnikiem. Mimo że był już ranny, zdołał ugodzić strażnika rozżarzoną żerdzią i wyrzucić go za burtę. Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie: Polacy rozkuli część towarzyszy i rozdali im oręż, a zanim Kassymbek i i jego żołnierze na brzegu zdążyli zorientować się w sytuacji, oswobodzeni niewolnicy przejęli cały statek. Częśc Turków (w tym brat nadzorcy) zginęła lub wypadła za burtę, inni rzucili broń i zdali się na łaskę powstańców. Nie tracąc czasu, Jakimowski kazał przeciąć cumy, postawić żagle i wiosłować na zachód.

W oko cyklonu

Pozostałe statki Kassymbeka szybko ruszyły w pościg. Po kilkunastu godzinach do buntowników znowu uśmiechnęło się jednak szczęście - nadszedł sztorm. Burza była tak silna, że Turcy musieli zawrócić i skryć się na lądzie. Uciekinierom śmierć wśród fal wydawała się lepsza niż turecki jasyr, więc bez namysłu zmierzyli się z wiatrem. Łódź wytrzymała. Piętnaście dni później galera dotarła na Sycylię, a następnie do Neapolu. Po paru tygodniach odpoczynku w serdecznej gościnie lokalnych władców, Jakimowski i jego ludzie otrzymali zaproszenie do Rzymu. Tam wzięli udział w procesji, podczas której przywódca buntu otrzymał Order Złotej Ostrogi i podarował papieżowi Urbanowi VIII jedwabny turecki sztandar. 8 maja 1628 roku Polacy byli już z Krakowie, gdzie - witani jak bohaterowie - udali się do kościoła św. Stanisława, by złożyć ostatnią z chorągwi ze zdobytej galery.

WP

Po powrocie do Polski Jakimowski ożenił się z Katarzyną - piękną Polką, którą Kassymbek planował sprzedać na targu dziewic w Aleksandrii. Ich ślub uwiecznił na jednym ze swoich obrazów mieszkający na dworze Wazów wenecki malarz Tomasz Dolabella. O dalszych losach podolskiego szlachcica nie wspominają już żadne źródła historyczne.

Legenda czy życie?

Heroiczny wyczyn Jakimowskiego przedstawiono na papierze po raz pierwszy w kilkunastostronicowej broszurce, którą w 1628 roku wydano w szerokim - jak na owe czasy - nakładzie po polsku, włosku i niemiecku. Kolejne opisy pojawiały się regularnie co kilka dekad, zwłaszcza po tym, gdy Polska znalazła się pod zaborami. Nie zawsze podawały te same informacje; czasem różniły się tylko szczegółami, kiedy indziej - umiejscawiały bunt na galerze w innym czasie (np. Tomasz Święcki pisze w opublikowanej w 1828 roku "Historii Starożytney Polski", że Jakimowski odbił statek w 1621 roku - spotkał się więc w Watykanie nie z Urbanem VIII, a Pawłem III). Rozmaite nieścisłości sprawiają, że historia traci część wiarygoności. - W tureckich archiwach nie znalazłem żadnych informacji o Kassymbeku lub jego bracie. Tamtejsi historycy również nigdy nie słyszeli o tych wydarzeniach, chociaż akurat to nie jest zaskakujące, bo Turcy ogólnie mało wiedzą o polskiej historii - mówi Wirtualej Polsce Michael Polczyński, badacz
polsko-tureckich dziejów z Georgetown University i twórca bloga Polonia Ottomanica. - Może być tak, że opowieść ta jest tylko turcykiem, czyli utworem literatury antytureckiej. Ale trzeba pamiętać, że w tamtych okolicznościach mogła się zdarzyć także naprawdę - zaznacza.

W szczycie swojej potęgi, czyli między XV a XVII wiekiem, Turcy i sprzymierzeni z nimi Tatarzy krymscy uprowadzili z terenów Europy około 2 mln ludzi. - Znaczną ich część stanowili mieszkańcy Rzeczpospolitej Obojga Narodów, zwłaszcza wiosek i miasteczek na Ukrainie i w południowo-wschodniej Polsce - opisuje Polczyński. - Kobiety z reguły trafiały do haremów lub służyły w tureckich domach, podobnie jak młodzi chłopcy, których czasem zmuszano też do pracy na gospodarstwach i w małych zakładach; nieliczni z nich zostawali janczarami. Żołnierze, tacy jak Marek Jakimowski, byli wykorzystywani jako galernicy - wymienia ekspert.

WP

Niektórzy z porwanych - zwłaszcza najbogatsi - wracali na wolność dzięki okupom wypłacanym przez rodziny lub co łaskawszych suwerenów. Innych szczęściarzy uwalniały chrześcijańskie okręty albo oddziały piechoty. "Z niewoli u Turków i Tatarów jeńcy powracali częstokroć po kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu latach. Jeśli więc nie znaleziono zwłok, nie było nigdy pewności, czy człowiek zginął, czy żyje, jeśli żyje, gdzie przebywa i czy będzie mógł wrócić do kraju. Toteż prawo Rzeczypospolitej przewidywało, że przedawnienie w sprawach spadkowych po osobach zaginionych w wojnach tureckich i tatarskich następowało dużo później niż w innych wypadkach" - pisał w książce "Buńczyk i koncerz: z dziejów wojen polsko-tureckich" poznański historyk Janusz Pajewski.

Pomyślne zakończenia były jednak rzadkością. Chociaż zdarzały się i przypadki takie jak ten Roksolany (Rusinki z terenów Królestwa Polskiego, która w XVI wieku z niewolnicy stała się żoną Sulejmana Wielkiego i matką następnego władcy Imperium), większość ludzi wziętych w jasyr umierała w cierpieniu, z dala od rodzinnych stron i bliskich. Łupieżcze wyprawy muzułmańskich Turków i Tatarów budziły powszechny strach i odrazę w niemal wszystkich krajach chrześcijańskiej Europy. W takich warunkach opowieści o cudownych zwycięstwach nad Osmanami padały na bardzo żyzny grunt. Jednego można być więc pewnym - niezależnie od tego, ile prawdy tkwi w historii Jakimowskiego, była ona dzieckiem swoich czasów.

Michał Staniul dla Wirtualnej Polski

Polub WP Opinie
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.
WP