Ks. Piotr Studnicki, koordynator medialny Centrum Ochrony Dziecka
Ks. Piotr Studnicki, koordynator medialny Centrum Ochrony Dziecka (Agencja Gazeta)

Ks. Studnicki: Kościół jest dzisiaj jak kobieta przyłapana na cudzołóstwie. Potrzebujemy oczyszczenia [WYWIAD]

- Powiadomienie o przestępstwie pedofilii w Kościele nie jest atakiem, ale jest aktem miłości wobec Kościoła. Dlaczego? Bo jest reakcją na zło, a my nie możemy jako wierzący i ludzie sumienia na nie nie reagować. Po prostu nam nie wolno - mówi ks. Piotr Studnicki, koordynator medialny Centrum Ochrony Dziecka w rozmowie z Marcinem Makowskim.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Marcin Makowski: W jakiej kondycji znajduje się dzisiaj Kościół w Polsce?

Ks. Piotr Studnicki: Chodzi mi po głowie obraz kobiety przyłapanej na cudzołóstwie.

Mocna metafora.

To jest scena z Ewangelii, którą rozważaliśmy w jedną z niedziel Wielkiego Postu. Mówiąc wtedy kazanie zaznaczyłem, że każdy z nas może się w niej odnaleźć: zarówno po stronie cudzołożnicy, jak i tych, którzy szybko sięgają po kamień. Ona dzisiaj najlepiej opisuje kondycję Kościoła w sferze publicznej. Przeżywamy moment, w którym mierzymy się z największą chorobą wiary - z grzechem. Jawnym, gorszącym, nie do obrony, bo czymś takim jest wykorzystywanie seksualne nieletnich przez duchownych.

Mówi ksiądz, że ten grzech stał się publiczny. Nie byłby taki, gdyby nie wierni, media, ludzie, którzy często działali wbrew hierarchom, tuszującym podobne przestępstwa.

Światło dzienne ujrzały ogromne dramaty ludzkie, pełne bólu i trudne do zniesienia nawet dla widza, mające konsekwencje w całym życiu pokrzywdzonych. Również dzięki mediom ten grzech stał się publiczny, a przez to niezwykle gorszący dla społeczeństwa.

Skoro odwołał się ksiądz do fragmentu Ewangelii z cudzołożnicą, czy można tę metaforę kontynuować? Jezus, będąc świadkiem próby ukamienowania kobiety przebaczył jej mówiąc: "idź i nie grzesz więcej". Czy z każdego grzechu jest droga wyjścia?

W słowach Chrystusa na plan pierwszy przebija się fakt, że grzech się jednak wydarzył. Stało się coś złego i z tym się trzeba zmierzyć oraz nazwać po imieniu. Grzech jest dla Kościoła zawsze sytuacją kryzysową, ale równocześnie może stać się punktem zwrotnym. Impulsem do radykalnej zmiany - mamy przecież sakrament pokuty i pojednania. Tylko aby on się spełnił, trzeba przyjść i szczerze powiedzieć, gdzie popełniło się błąd i upadło. A potem zacząć nawrócenie, biorąc odpowiedzialność za konsekwencje czynów z przeszłości - mierząc się z zadośćuczynieniem. I nie popełniając ich więcej.

ZOBACZ TEŻ: Sekielski nakręcił film o pedofilii w Kościele. "Trzeba przerwać zmowę milczenia"

Czy Kościół radzi sobie z zadośćuczynieniem za grzech pedofilii?

Do tej pory w myśleniu Kościoła przeważają mechanizmy obronne. A przecież on ma receptę na przeżywanie i komunikowanie kryzysu, jest nią pięć kroków, które stanowią warunek dobrej spowiedzi. Rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, szczere wyznanie win i zadośćuczynienie. Każdy ksiądz, każdy wierzący, każdy człowiek powinien wiedzieć, co w takiej sytuacji zrobić - jak postąpić, gdy wykryje się pedofilię. Z jakiegoś powodu często tego nie robimy, trudno się nawet niekiedy przyznać, że w naszej wspólnocie wydarzyła się ta tragedia.

To dlatego, że często myśli się więcej o przetrwaniu instytucji, a nie o drugim człowieku?

Przyczyn takiego zachowania jest wiele. Jedną z nich zapewne również niewłaściwa wizja Kościoła. Papież Benedykt XVI i Franciszek mówią wręcz, że klerykalna. Oni używają tego pojęcia i pokazują jako jedną z przyczyn kryzysu. Klerykalizm polega na uprzywilejowaniu pozycji duchownego. Tak my się jako duchowni traktujemy, tak jesteśmy traktowani przez społeczeństwo. Kuleje w naszych wspólnotach tzw. "upomnienie braterskie" względem duchownego. A jeżeli to kuleje, to co dopiero zawiadomienie, że ksiądz jest przestępcą.

Często odbierane wśród innych księży jako "brak solidarności".

Niestety takie sytuacje bywają traktowane jako "brak solidarności" albo wręcz atak na Kościół. Ze wszystkimi wspólnotami, które prowadzę jako ksiądz, odbywam rozmowy na temat wykorzystywania seksualnego i kryzysu, który przeżywamy. Pamiętam reakcję jednej z kobiet - żony i matki - która powiedziała: "Zastanawiałam się kiedyś, co by było, gdyby jakiś ksiądz dopuścił się pedofilii, jak bym zareagowała? Bo kocham Kościół, a nie chciałabym w niego uderzyć". Ona zapewne nie słyszała tych słów Franciszka, który powiedział, że powiadomienie o przestępstwie nie jest atakiem, ale jest aktem miłości wobec Kościoła. Dlaczego? Bo jest reakcją na zło, a my nie możemy jako wierzący i ludzie sumienia na nie nie reagować. Po prostu nam nie wolno.

Niektórzy zapewne myślą, że dobro instytucji jest wyższą wartością niż "rozdmuchanie" w mediach historii jednego grzechu. Tutaj leży istota problemu?

Tak, ponieważ Kościół jest dla mnie wartością, nie mogę tolerować krzywdy ludzkiej. Doniesienie o przestępstwie nie jest aktem nienawiści. Ono na dłuższą metę może świadczyć o miłosierdziu wobec sprawcy, któremu trzeba pomóc. Tą pomocą może być sprawiedliwa kara, którą powinien ponieść. Czasem to dla niego jedyna szansa, żeby się opamiętał i odpokutował swoje czyny. Musimy się nauczyć ewangelicznego myślenia, które nawet w karaniu widzi akt miłości.

Czy Kościół dobrze komunikuje swoje intencje? Szymon Hołownia oglądając konferencję episkopatu wokół pedofilii stwierdził, że uwierzył w istnienie inteligencji pozaziemskiej. Nie sposób było bowiem odmówić hierarchom intelektu, ale sposób w jaki mówili wyglądał jakby żyli na innej planecie.

Nie ma lepszej strategii komunikacyjnej niż pięć warunków dobrej spowiedzi. Podczas tej konferencji prasowej nie zostały użyte warunki sakramentu pojednania. Żeby okazać miłosierdzie, trzeba najpierw zadośćuczynić sprawiedliwości. Niestety mamy ogromny problem z komunikowaniem tego kryzysu. Mamy dzisiaj do czynienia z pożarem, który trzeba gasić w momencie, w którym się już zaczął, ale również z sumą zaniedbań.

Nawet jeśli to banał, powiem coś księdzu z perspektywy wiernego. Ta suma zaniedbań materializuje się w westchnieniu rozczarowania, gdy przed kazaniem proboszcz ogłasza, że za chwilę zostanie odczytany list Konferencji Episkopatu Polski. Piętnaście minut nudy. Tak to się kojarzy.

Jeśli mówi Pan o listach KEP, straciliśmy ogromną okazję, aby zakomunikować w ten sposób wiernym stanowisko wobec wykorzystywania nieletnich w Kościele. Myślę, że byłoby ono przyjęte z dużym zrozumieniem.

Bardzo brakuje takiego głosu.

Taki list został napisany pod koniec ubiegłego roku, opublikowany w internecie i w tygodnikach katolickich, ale nie został przeczytany w kościołach wiernym, którzy każdej niedzieli uczestniczą we mszy świętej. Pominięto więc rzeszę kilkunastu milionów ludzi. Coś zrobiliśmy, ale ten strach i opór wewnętrzny był na tyle duży, że nie wykorzystaliśmy szansy na dotarcie do wiernych.

Dlaczego jest odwaga, aby czytać podczas mszy listy o gender, "ideologii LGBT zagrażającej rodzinie", ale nie o potępieniu pedofilii wśród duchownych?

Istnieje w części osób takie przekonanie, że "mówienie o pedofilii tylko rozdmuchuje ten problem". Jest wręcz odwrotnie. Nie mówiąc otwarcie, potwierdzamy stereotypy. Tymczasem chodzi o wartości fundamentalne: wiarygodność i zaufanie. Jeśli nie będziemy maksymalnie transparentni, nadwyrężone zaufanie będzie bardzo trudno odbudować. Podam panu przykłady z dwóch parafii, które pokazują, o co toczy się gra.

Zamieniam się w słuch.

W jednej z parafii kilkanaście lat temu ksiądz został wycofany z duszpasterstwa dlatego, że złapano go i skazano za posiadanie pornografii dziecięcej. W tej wspólnocie nikt nigdy nie zakomunikował, co się stało. Dlaczego kapłan z dnia na dzień zniknął i pojawił się nowy proboszcz. Życie toczyło się dalej. Po latach zgłosił się wierny, który oskarżył go nie tylko o pornografię, ale również o molestowanie nieletniego. Do tej wspólnoty trafił jakiś czas temu mój znajomy, który żalił się, że nie może zachęcić wiernych do wysyłania dzieci do różnych inicjatyw i dzieł kościelnych. Gdy próbował zrozumieć, dlaczego, słyszał: "chciałbym być ministrantem, ale mama mi nie pozwala", "chciałabym należeć do scholi, ale tata się nie zgodził". Nie znał wcześniejszej historii do czasu, gdy widząc, że dobrze pracuje jako kapłan, zgłosiła się do niego jedna z parafianek i szczerze powiedziała: "to nic osobistego, ale dzieci do zakrystii puszczać nie będziemy, ponieważ..." - i tutaj pada nazwisko tamtego księdza-pedofila.

Czyli ludzie i tak wiedzieli.

Owszem. Znali tajemnicę poliszynela. Nikt jednak nigdy nie zakomunikował im tego problemu otwarcie. Nie przyznał, że był problem, a ksiądz został usunięty z kapłaństwa, zajął się nim sąd. W konsekwencji, choć ci ludzie nadal chodzą do parafii, pozostała w nich głęboka rana i nieufność. To dla mojego kolegi było najbardziej szokujące, że nie miał do czynienia z jakimiś radykalnymi antyklerykałami, ale ludźmi z traumą, bez zaufania do instytucji.

A drugi przykład?

Ten jest już publiczny. Chodzi o byłego już księdza z Ordynariatu Wojska Polskiego. Gdy sprawa wypłynęła do mediów, okazało się, że Ordynariat podjął już stosowne działania. Na konferencji prasowej biskup jasno zakomunikował, jakie kroki podejmowano przez kilka miesięcy, zanim media o tym poinformowały. Duchowny został wydalony z kapłaństwa, nadal odbywa karę więzienia. Biskup Polowy pojechał do parafii i głosił w niedzielę kazania oraz rozmawiał z wiernymi. Jednoznacznie stwierdzał, że nie będzie tolerował nigdy podobnych zachowań. Dzięki takiej reakcji zaufanie zostało odbudowane, i dzisiaj z tego co wiem, wspólnoty świeckich mają się dobrze w tej parafii.

I jakie wnioski?

Gdy jest przestępstwo, musi być kara. Jak jest kryzys, trzeba mówić o nim szczerze i otwarcie. Duchowni muszą zacząć z ludźmi rozmawiać o tych grzechach. Choćby po to, aby ich uwrażliwić na problem pedofilii w społeczeństwie. A przecież my się nie musimy już bać, mamy ogromny zasób wiedzy na temat walki z nadużyciami seksualnymi. Papieże wprost o tym nauczają. Franciszek zwołał w Watykanie biskupów z całego świata i nadal uwrażliwia na konieczność oczyszczenia Kościoła. Dlatego w Polsce nie możemy dłużej udawać, że temat nie istnieje albo jest drugorzędny.

Jak w takim razie rozmawiać z perspektywy Kościoła o filmach i popkulturze, która coraz częściej sięga po tematy molestowania nieletnich? Po "Klerze" pojawiły się głosy, że to paszkwil i atak, zbywano go machnięciem ręki. Tymczasem miliony katolików do kina poszły, przez kraj przetoczyła się gorzka debata.

Nie mam wątpliwości, że takie filmy na nas działają, na pewno uwrażliwiając w kwestiach przeciwdziałania przestępstwom seksualnym. Powstaje większa świadomość, jakie zło się dokonuje.

Widział ksiądz już dokument Tomasza Sekielskiego?

Tak, film przygnębia i przeraża. To przede wszystkim ogromny dramat osób pokrzywdzonych. Brakuje mi słów, żeby go opisać. Pozostaje ból i łzy. (Cisza). Znam osobę pokrzywdzoną, która nie potrafiła obejrzeć tego filmu w całości. Musiała robić przerwy, tak mocno nią wstrząsnął.

Jakaś historia poruszyła księdza szczególnie?

Każda historia, każda scena jest tak samo bolesna. Łzy płyną szczególnie po dwóch obrazach konfrontacji osób pokrzywdzonych z oprawcami. Przepraszam, ale trudno o tym w ogóle mówić…

Jaki jest długodystansowy efekt takich filmów?

One działają jak oczyszczenie.

"Kler" i "Tylko nie mów nikomu" był Kościołowi potrzebne?

Tak. Nie oceniając intencji twórców, ogromnie dużo zależy od zachowania wiernych i duchownych. Dla mnie jest oczywiste, że np. "Kler" nie pokazuje całej prawdy o Kościele, wykrzywia jego obraz i przejaskrawia. Tyle że rozmawiając o filmie i odsądzając go od czci i wiary, niczego nie zmienimy na lepsze wewnątrz nas samych. Film dokumentalny Sekielskiego dotyczy historii ludzi poranionych przez księży. Znam takie przypadki, gdzie sprawy załatwiane są od A do Z tak jak należy, a jest jakiś opór, aby je przedstawić przed opinią publiczną, a może przede wszystkim, przed własnymi parafianami, poszkodowanym i jego rodziną.

Czy wierzy ksiądz w to, że Kościół się podniesie i podobnie jak kiedyś w PRL, będzie umiał połączyć pęknięte na pół społeczeństwo?

Gdyby policzyć, ilu Polaków regularnie uczestniczy w życiu Kościoła, to wyszło by nam około 40 proc. społeczeństwa. W tych ludziach, a to przecież żywy Kościół, pokładam ogromną nadzieję. Wierze w ich mądrość, że pomimo świadomości różnic politycznych i światopoglądowych, będą potrafili się spotkać w państwie, tak jak spotykają się przy jednym ołtarzu. To jest nasza nadzieja na przyszłość.

Rozmawiał Marcin Makowski dla WP Opinie

Ks. Piotr Studnicki - duchowny i były rzecznik Archidiecezji Krakowskiej, doktor u wykładowca nauk o mediach na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II, koordynator medialny Centrum Ochrony Dziecka

Polub WP Opinie
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące