Trwa ładowanie...
Bogdan Góralczyk
historia
03-06-2016 22:51

Czy na Placu Tiananmen rzeczywiście doszło do masakry?

• 4 czerwca 1989 r. w Pekinie wojsko dokonało krwawej rozprawy z protestującymi studentami i mieszkańcami
• Brutalna pacyfikacja przeszła do historii pod nazwą ''masakry na Placu Tiananmen''
• W rzeczywistości dramatyczne zdarzenia rozegrały się nie na samym Placu, ale wokół niego

Share
Czy na Placu Tiananmen rzeczywiście doszło do masakry?Źródło: AFP
d38do0d

Ton tej opowieści nadała Chai Ling, wówczas 23-letnia "Komendantka Placu", która z ówczesnym mężem, rówieśnikiem Feng Congde, przedostała się do Hongkongu i tam 8 czerwca zaświadczała, że na własne oczy widziała ofiary na Placu Tiananmen i czołgi rozjeżdżające gąsienicami bezbronne ofiary.

Ta narracja zwyciężyła i pokutuje do dziś. Mówimy o "masakrze na Placu Tiananmen". Okazuje się jednak, że nieco błędnie. Masakra była, ale obok. Dokumentacja jest już na tyle bogata - choć w samych Chinach objęta tabu - że można dość szczegółowo odtworzyć przebieg wydarzeń. A wyglądał on następująco.

Piknik i próby pojednania

Demonstracje rozpoczęły się 18 kwietnia 1989 r. Ich bezpośrednią przyczyna była nagła śmierć byłego sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin (KPCh), Hu Yaobanga. Wcześniej, pod koniec 1986 r., polityk opowiedział się za innymi protestującymi studentami, co kosztowało go stanowisko. Jednak tym razem studenckie zamieszki przeobraziły się w największy antyrządowy protest w całej historii Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). Po tygodniach burzliwych wydarzeń i tuż po wizycie Michaiła Gorbaczowa – która ściągnęła do Chin wielu zagranicznych dziennikarzy, w tym piszącego te słowa - 20 maja ogłoszono stan wyjątkowy.

d38do0d

Jednak pierwsza próba wprowadzenia wojsk do miasta skończyła się niepowodzeniem. Wzburzeni i sympatyzujący ze zgromadzonymi na Placu studentami mieszkańcy - dosłownie - wypchnęli nieuzbrojonych jeszcze żołnierzy za rogatki. A nawet usiłowali się z nimi bratać i przekonać mundurowych do swoich racji. Poza nielicznymi nerwowymi sytuacjami, całość wyglądała bardziej na piknik, niż siłowe starcie. Jedynie wzywające do rozejścia się ulotki, zrzucane z krążących nad Placem helikopterów, dowodziły tego, że zabawa się skończyła.

Chcąc ożywić zamierającego ducha protestu, manifestanci odwołali się do niekonwencjonalnych metod. Najpierw pod koniec maja studenci Akademii Sztuk Pięknych wprowadzili na Plac styropianową kopię amerykańskiej Statuy Wolności, co było jednoznacznym świadectwem ich prozachodnich sympatii. Następnie, 2 czerwca, czterech intelektualistów, którzy przyłączyli się do studentów, wznowiło głodówkę. Chcieli pokazać, że nie wolno ustąpić i opuścić Placu bez osiągnięcia prodemokratycznych celów.

Starcy przeciwko młodzieży

Manifestanci nie wiedzieli, że tego samego dnia - z inicjatywy jawnie wrogiego demonstrantom, twardogłowego premiera Li Penga - doszło do spotkania "Grupy Starców", ponad 80-letnich weteranów ruchu komunistycznego z Deng Xiaopingiem na czele, z formalnym gremium decyzyjnym, jakim są członkowie Stałego Komitetu Biura Politycznego KC KPCh. To na tej naradzie staruszkowie mocno naciskali, by "przeciąć ten wrzód", aż ostatecznie padły słowa decydującego wówczas o wszystkim Denga: "Zgadzam się z wami i sugeruję, by wojska stanu wyjątkowego rozpoczęły akcję oczyszczania Placu jeszcze dziś wieczorem, a zakończyły ją w ciągu dwóch dni". Najważniejszy przywódca, choć formalnie nie sprawujący wówczas żadnych funkcji, dodał też, by oczyścić Plac "bez rozlewu krwi".

Słowa Denga były rozkazem. Tak zapadła decyzja o ostatecznym siłowym rozwiązaniu kryzysu. Tyle tylko, że demonstracje trwały na tyle długo, a nastroje wśród mieszkańców były tak rozhuśtane, że osiągnięcie wyznaczonego celu bez użycia przemocy okazało się całkowicie niewykonalne. Do pierwszego udokumentowanego starcia, które pochłonęło ofiary śmiertelne, doszło już 2 czerwca około godz. 11 wieczorem, gdy wojskowy transporter wpadł na chodnik i wjechał w stojących tam ludzi. Zginęły trzy osoby a kilka odniosło rany. Stało się to około 5 km na zachód od Placu, w pobliżu mostu Muxidi.

d38do0d

Wieść o ofiarach rozeszła się po mieście lotem błyskawicy. Studenci zaatakowali - kamieniami i czym popadło - stacjonujące wojska, które 3 czerwca o godz. 2:30 nad ranem po raz pierwszy użyły gazów łzawiących. Tego samego dnia o godz. 21:30 wojska ruszyły w kierunku Placu, a protestujący odkryli, że tym razem żołnierze posiadają broń i ostrą amunicję. Natychmiast rozpętało się piekło. Krew zaczęła lać się strumieniami, bo do młodzieży atakującej czołgi i transportery opancerzone dołączyli okoliczni mieszkańcy, obrzucając koktajlami Mołotowa z balkonów przesuwające się oddziały. Żołnierze odpowiedzieli salwą w tłum, a potem ostrzelali okoliczne budynki.

4 czerwca nad ranem w dwóch pobliskich szpitalach, Fuxing oraz Kolejowym, zidentyfikowano 73 ofiary śmiertelne. Niestety, nie miały być one ostatnimi. Im dalej wojsko szło na wschód w kierunku Placu, na tym większy opór natrafiało - i tym brutalniej postępowały obie strony. To właśnie na tym krwawym odcinku zdarzyły się nie tylko otwarte uliczne walki, ale też przypadki linczów na żołnierzach.

Karabinem w balustradę

Gdy na zachód od Placu słychać już było strzały, zebranym na nim kilkunastu tysiącom osób kilkakrotnie ogłoszono przez głośniki komunikat Dowództwa Stanu Wyjątkowego. Składał się on z czterech postulatów, z których najważniejsze były dwa pierwsze: "Wszyscy, którzy słyszą to ogłoszenie mają natychmiast opuścić Plac" i "Wojska stanu wyjątkowego użyją wszelkich możliwych środków wobec tych, którzy się nie podporządkują".

Znaczna część manifestantów podporządkowała się, ale nie wszyscy. Szacuje się, że od 3 do 4 tys. osób zostało. Ci ostatni byli zdeterminowani i gotowi na wszystko. Wśród nich była wspomniana Chai Ling, która 28 maja udzieliła wywiadu kanadyjskiemu dziennikarzowi Philipowi Cunninghanowi. Zanosząc się płaczem, mówiła: "Spodziewamy się rozlewu krwi... Dopiero gdy Plac spłynie krwią ludzie w Chinach otworzą oczy". Kiedy jednak dziennikarz zapytał ją, czy sama chce na Placu zostać, odpowiedziała: "Nie... albowiem moje nazwisko jest na czarnej iście. Nie chcę być zniszczona przez ten rząd, chcę żyć".

d38do0d

To jednak nie ona, chociaż uznawała się za "Komendantkę Placu" (nie wszyscy ją za taką uważali), lecz czterech nieco starszych i dojrzalszych inicjatorów głodówki - Liu Xiaobo, Hou Dejian, Gao Xin i Zhou Duo - przejęło stery w swoje ręce. Gdy Liu Xiaobo, późniejszy Noblista a dziś więzień sumienia, dojrzał w rękach jednego z otaczających go demonstrantów karabin, natychmiast go odebrał i spektakularnie, przed kamerami starał się rozbić go o kamienną balustradę. Był na to zbyt słaby fizycznie i dlatego zastąpił go znacznie roślejszy i silniejszy kompan. Natomiast tajwański piosenkarz, popularny Hou Dejian, chwycił za megafon i ogłosił: "Drodzy studenci. W całym Pekinie mamy do czynienia z rozlewem krwi. Rozlano jej już wystarczająco dużo, by obudzić ludzi. Wiemy, że nie obawiacie się śmierci. Jeśli teraz wycofamy się pokojowo, to i tak już udowodniliśmy, że nie boimy się śmierci... Wychodząc, musimy twardo trzymać się zasad non violence". Na co Chai Ling zareagowała słowami: "Ci, którzy chcą wyjść, niech
wyjdą, a ci, którzy nie, niech zostaną".

Liu Xiaobo i Hou Dejian poszli jednak krok dalej. Wiedzieli doskonale, co się święci. Około godz. 2 nad ranem nadchodzące ze wszystkich kierunków wojska ostatecznie otoczyły Plac. Wtedy wyłączono nad nim światło, jeszcze bardziej wzmagając atmosferę grozy. W ciemnościach szły jeszcze uzupełnienia, w tym sznurek wojska wysypujący się z pobliskiego gmachu parlamentu.

O godz. 3:30 Hou Deijan i Zhou Duo spotkali się z politycznym komisarzem jednostek otaczających Plac, Ji Xinguo. W imieniu demonstrantów poproszono o zgodę na wyjście z Placu, którą Ji - po szybkich konsultacjach telefonicznych z ''górą'' - natychmiast otrzymał. Gdy dwójka negocjatorów wróciła pod Pomnik Bohaterów Ludowych, gdzie skupili się pozostający jeszcze na Placu demonstranci, urządzono głosowanie. Głosy liczył Feng Congde. Jak mówił - i utrzymuje tak do dziś - więcej było za wyjściem.

Piekło o świcie

O godz. 4:15 nad ranem Hou Dejian udał się do Ji Xinguo raz jeszcze, prosząc o nieco więcej czasu. Został ponaglony. O 4:30 na Plac wróciło światło. Wtedy demonstranci ze zdumieniem stwierdzili, że tuż przed nimi stoi szpaler uzbrojonych żołnierzy, a za nimi czołgi i transportery opancerzone.

d38do0d

O 4:35 studenci – z których część była tak wygłodzona i wyczerpana, że trzeba było ją nieść - zaczęła w uporządkowanym szyku opuszczać Plac. Tę scenę można zobaczyć na kanadyjskim filmie dokumentalnym Richarda Gordona i Cermy Hinton. Szli w kierunku południowym, obok bramy Qianmen, gdzie zgodnie z ustaleniami, wojsko zostawiło furtkę. Część z idących krzyczała: "Faszyści!", "Zbóje", "Mordercy".

I wtedy, czego już we wspomnianym dokumencie nie widać, właśnie obok Qianmen, rozpętało się kolejne piekło. Nie wiadomo, co się stało. Być może był to przypadek, może komuś puściły nerwy, albo doszło do prowokacji. Ale właśnie tam, po ostatecznym opuszczeniu Placu przez manifestantów, o godz. 5:30 nad ranem 4 czerwca 1989 r. doszło do kolejnej masakry. Ludzie byli dosłownie ''koszeni'' seriami z karabinów maszynowych. Strzelano do nich w całym mieście, aż do 6 czerwca włącznie. Wojsko, natrafiwszy uprzednio na opór, najwyraźniej dostało amoku.

Ile osób zginęło? Czerwony Krzyż podawał liczbę aż 2 600 ofiar, ale jest ona raczej zawyżona. Prof. Ding Zilin, której jedyny syn zginął tej koszmarnej nocy, powołała po tych wydarzeniach Ruch Matek Tiananmen i zaczęła zbierać szczegółowe dane o tych, którzy zginęli lub ucierpieli. Na jej liście, dostępnej również w języku polskim jako aneks w książce Liao Yiwu "Pociski i opium", znajdują się 202 nazwiska absolutnie pewnych ofiar. Takich, których śmierć została potwierdzona przez minimum dwa niezależne źródła. Jest tam również lista 49 osób rannych i niepełnosprawnych w wyniku tych wydarzeń. Część z których stała się rozmówcami świetnego reportera Liao Yiwu. Pokazał on gehennę tych ludzi, których bezpieka prześladowała jeszcze przez lata po dramatycznych wydarzeniach.

Miłość Ojczyzny, miłość pieniądza

Słuszna jest uwaga Ding Zilin, że "opublikowana przez nas lista dwustu dwóch osób zabitych w masakrze 4 czerwca to zaledwie maleńka cząstka wszystkich ofiar". Ile ich dokładnie było, nie wiemy - i pewnie już nigdy się nie dowiemy. Młodzi ludzie zginęli za wyrażanie prodemokratycznych i – w znacznym stopniu - prozachodnich przekonań. W sedno trafił wspomniany Liao Yiwu mówiąc: "Masakra 4 czerwca stała się cezurą: przedtem wszyscy ślepo kochali kraj, a potem wszyscy ślepo pokochali pieniądze". Chiny przestały być prodemokratyczne i prozachodnie, stały się - mimo komunistycznego sztafażu - jeszcze bardziej kapitalistyczne i autokratyczne. Tak jest do dziś.

d38do0d

Tianamen to w ChRL temat tabu. Natomiast sam Plac jest ostatnio stale otoczony barierkami. W nocy jest zamknięty, a w dzień wchodzi się nań przez bramki bezpieczeństwa, niczym na lotnisko. Każdego 4 czerwca - i tuż przed nim – wzmaga się jeszcze środki bezpieczeństwa. Władza nie chce pamiętać o tym niechlubnym dla KPCh epizodzie, więc narzuca tę niepamięć szkolnictwu i całemu narodowi.

Chai Ling i jej mąż rozwiedli się natychmiast po ucieczce z kraju. Dziś oboje są wziętymi biznesmenami na Zachodzie. Na emigrację udali się też inni najważniejsi przywódcy studentów na placu, jak Wuer Kaixi, czy Li Lu. Swoje odsiedział jedynie Wang Dan (dziś też na emigracji) oraz Liu Xiaobo. Tego ostatniego dość szybko wypuszczono, mając na uwadze to, że wynegocjował porozumienie z wojskiem. Osadzono go ponownie, aż na 11 lat, za "nieprawomyślne" poglądy.

Jednak nawet w bezwzględnie najważniejszej dokumentacji tych wydarzeń, czyli - najpierw przemyconym do Hongkongu, a potem przetłumaczonym na angielski - tomie "The Tianamen Papers" znalazł się fragment, który jednoznacznie przeczy stereotypowym wyobrażeniom o zajściach. "Na podstawie wielu dochodzeń stwierdzono – czytamy - iż podczas całej akcji oczyszczania Placu, wojska stanu wyjątkowego nie zabiły ani jednej osoby i żadna z nich nie została przejechana przez czołg". Tym samym potwierdza się chińskie relacje wojskowe, zawarte np. w cennym i szybko wycofanym z obiegu tomie "Jieyan yiri" - "Zapiski ze stanu wyjątkowego". Podobnie twierdzą Liu Xiaobo i Hou Dejian, a oni przecież są wiarygodni. Dlatego precyzyjniej byłoby mówić o masakrze wokół Placu Tianamen, a nie na Placu, jak potocznie mówimy. A najlepiej – po prostu - o masakrze 4 czerwca.

Nie chodzi o zmianę faktów, bo sprawa jest jednoznaczna: zginęły setki niewinnych ludzi. W stolicy Chin i w samym sercu Imperium, którym rządzi ''dynastia'' o nazwie KPCh. I jest pewne, że dopóki to ona sprawuje władzę, opis i ocena tych wydarzeń nie trafi do chińskich podręczników.

###Prof. Bogdan Góralczyk dla Wirtualnej Polski

d38do0d
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d38do0d
d38do0d