wp
WP Opinie
unia europejska
29-06-2016 (18:10)

Mariusz Staniszewski: po co nam ta Unia?

Właściwie to nigdy nie odpowiedzieliśmy sobie na podstawowe pytanie: po co jesteśmy w Unii Europejskiej? Traktowaliśmy ją jako ostoję dobrobytu i stabilizacji, więc po prostu chcieliśmy się znaleźć w tym ekskluzywnym klubie. Nigdy nie mieliśmy jednak planu, w jaki sposób Unia ma realizować polskie interesy. Tak jak realizuje interesy Niemiec, Francji czy Holandii - pisze Mariusz Staniszewski, zastępca redaktora naczelnego "Wprost", w felietonie dla Wirtualnej Polski.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Mariusz Staniszewski: po co nam ta Unia?
(Eastnews, Fot: Danny Gys/Isopix)

Brexit, jak żaden inny wcześniejszy kryzys, obnażył brak polskiego pomysłu na UE. Niemcy i Francja już znacznie wcześniej pracowały nad scenariuszem zmian w Unii, jaki zostanie wprowadzony po rozwodzie z Wielką Brytanią. Dla tych dwóch państw decyzja Brytyjczyków jest okazją do szybszego zrealizowania swojego planu - stworzenia zintegrowanego państwa ponadnarodowego, któremu w naturalny sposób przewodzić będą Berlin i trochę Paryż.

W ten sposób oba wielkie państwa finalizowałyby swoje odwieczne dążenia - zdominowałyby całą kontynentalną Europę. Zarządzałyby nią jak po Kongresie Wiedeńskim - w porozumieniu z Rosją i może Wielką Brytanią. Mniejsze narody - a zwłaszcza te zamieszkujące Europę Środkową - za oddanie znacznej części suwerenności miałyby mieć zagwarantowane bezpieczeństwo i stabilizację. Wspólna waluta i jednolity system podatkowy co prawda nigdy nie pozwoliłyby tym narodom osiągnąć takiego dobrobytu, jaki jest udziałem Niemiec, Francji czy Holandii, ale za to miałyby nie być narażone na ataki ze Wschodu. Ostatecznie znalazłyby się w zachodniej strefie wpływów.

wp

Z punktu widzenia Berlina czy Paryża oferta wydaje się uczciwa. Biedniejsi oraz słabsi otrzymują protektorat bogatszych i silniejszych. W zamian za to powinni wybyć się swoich ambicji, które - z punktu widzenia największych stolic Europy - i tak zresztą są mrzonką. Europejscy przywódcy z przymrużeniem oka traktują przecież polskie inicjatywy budowania Międzymorza czy wzmacniania Trójkąta Wyszehradzkiego. Trudno zresztą nie przyznać, że mają sporo racji - sojusze słabych zwykle skazane są na porażkę. Co więcej - państwa Europy Środkowej mają tak bardzo sprzeczne interesy, że łatwo można ich koalicję rozbijać. Nawet jeśli więc dzisiaj polityczna współpraca Polski z Węgrami czy Czechami wydaje się atrakcyjna, w rzeczywistości nie jest odpowiedzią na najważniejsze wyzwania, jakie stają przed Unią Europejską.

Przez ostatnie ćwierć wieku nikt w Polsce nie pracował nad doktryną współpracy z UE. Głównym tematem sporów były jedynie pieniądze, jakie z Brukseli płyną do Polski. Politycy czerpali z tego skarbca pełnymi garściami, traktując szeleszczące euro jak trampolinę do wygrywania wyborów. Za unijne pieniądze można było przecież kupić poparcie. Jakby nie zauważali, że państwa, które otrzymały największe dotacje, później wpadały w najgłębsze tarapaty. Odsuwali od siebie myśl, że nikt nikomu za darmo pieniędzy nie daje. Jeśli więc dziś chętnie bierzemy euro, to wiadomo, że jutro ktoś wystawi nam rachunek. Polityczny i ekonomiczny.

Jeśli więc możemy wyciągnąć jakąś lekcję z Brexitu oraz szybkiej reakcji Niemiec i Francji, to właśnie przekonanie się, że brakuje nam długofalowej polityki wobec Unii oraz państw nią realnie zarządzających. Przede wszystkim wobec Niemiec. Przez ostatnie ćwierć wieku III RP i jedenaście lat w UE nie potrafiliśmy wypracować podmiotowego modelu współpracy z tym najsilniejszym krajem kontynentu. Nasze relacje były albo wiernopoddańcze - jak za rządów PO - co oficjalnie nazywano płynięciem w głównym nurcie europejskim, albo nasycone nieufnością i niechęcią, jak za rządów PiS - to z kolei nazywa się wstawaniem z kolan. Żadne jednak z tych rozwiązań nie jest zgodne z polską racją stanu, bo prowadzi do zachwiania współpracy z sąsiadem i pcha nas w izolację. W pierwszym przypadku przestajemy być wiarygodni dla państw Międzymorza, które widziały w Polsce lidera regionu. W drugim przypadku tracimy dobre kontakty z państwami starej Unii i Stanami Zjednoczonymi. Dla nich to Niemcy są europejskimi liderem.

wp

Nawet jeśli ostatni kryzys na linii Warszawa-Berlin został wywołany głównie przez polityków niemieckich, którzy bezpardonowo ingerowali w wewnętrzne sprawy Polski przy okazji kryzysu konstytucyjnego oraz wzywali do objęcia naszego kraju specjalnym nadzorem, to jednak ochłodzenie relacji jest właśnie wynikiem braku pomysłu na te kontakty. Gdyby Polska pełniła ważniejszą rolę w niemieckiej, a więc i unijnej polityce, brukselscy dyplomaci nie pozwoliliby sobie na tak obraźliwe komentarze wobec Polski i jej rządu.

W deklaracjach składanych przez polskich polityków słyszymy jedynie zgrane frazesy powtarzane po zachodnich dyplomatach. Z jednej strony mowa jest o konieczności głębszej integracji, z drugiej o Europie ojczyzn, czy suwerennych państw. Z drugiej - nie pada ani jedno słowo o tym, dlaczego takie rozwiązanie ma być lepsze, a przede wszystkim, jakie koszty jesteśmy w stanie ponieść, by swój plan realizować. Nic nie wiadomo o tym, jakich instrumentów zamierzamy użyć, by pomysł urzeczywistnić. Ani kogo próbujemy do tego przekonać. Zwłaszcza w sytuacji, w której Wielka Brytania - kraj, z którym Polska próbowała ułożyć strategiczne relacje - opuszcza Unię. Polscy przywódcy po raz kolejny zobaczyli, że współpraca z Brytyjczykami może polegać jedynie na tym, że zostanie się przez nich wykorzystanym. Jest to kraj, który nigdy nie kierował się sentymentami i nigdy nie zawierał stałych sojuszy. Jeśli więc mamy gdzieś szukać strategicznych partnerów, to raczej wśród sąsiadów, z którymi wiążą nas wspólne interesy.

O tym, jak wiele finezji wymaga przeprowadzenie w Unii własnego planu przekonał się kilka lat temu Donald Tusk. Rzucił on wówczas pomysł stworzenia unii energetycznej, czyli systemu, który powodowałby, że wszystkie państwa UE kupowałyby od jednego dostawcy gaz czy ropę po tej samej cenie. Z pomysłem tym objechał całą Europę. Był przyjmowany, poklepywany po ramionach, chwalony za inicjatywę. Ostatecznie pomysł unii energetycznej został przyjęty, ale właśnie z wyłączeniem tego mechanizmu. Powód odrzucenia pomysłu przez Niemcy, Francję czy Holandię był bardzo prosty - one kupują gaz znacznie taniej niż państwa Europy Środkowej. Zastosowanie takiego mechanizmu uderzyłoby więc w niemiecką czy francuską gospodarkę - sprawiłoby, że straciłyby one nieco na konkurencyjności wobec sąsiadów.

Inicjatywa Tuska była z góry skazana na klęskę. Nie dlatego jednak, że pomysł był zły, ale dlatego, że był wyrwany z kontekstu. Tusk przez lata prowadził politykę zgodną z interesami Niemiec, dlaczego więc nagle inni mieliby mu uwierzyć, że ten polityk jest zdolny do przeprowadzenia rozwiązań uderzających wprost w interesy Berlina.

wp

Dekadę temu Jarosław Kaczyński postulował utworzenie wspólnej europejskiej armii, która w jakiś sposób przejmowałaby zadania NATO w Europie. I ta inicjatywa była mało wiarygodna, bo jej realizacja zakładałaby ścisłą, militarną współpracę z Niemcami. Tymczasem Jarosław Kaczyński znany jest raczej z nieufności wobec zachodniego sąsiada. Gdy dziś podobna inicjatywa pada z ust niemieckiej kanclerz, polski minister spraw zagranicznych zwołuje naradę szefów dyplomacji tych krajów, które nie brały udziału w konsultacjach przeprowadzonych przez Berlin tuż po ogłoszeniu wyników referendum w Wielkiej Brytanii. Znów widać zupełny brak konsekwencji. Jeśli jakieś rozwiązania zaproponowane przez Niemcy i Francję polskiemu rządowi się podobają, to powinien je poprzeć i pracować nad szczegółami. Ponieważ jednak nie wiemy, jakie nasze interesy ma realizować Unia, nie ma żadnej ciągłości w zgłaszaniu inicjatyw, które z punktu widzenia Polski są
strategiczne, a dla innych nie mają większego znaczenia.

Najbardziej istotne są oczywiście kwestie gospodarcze i rozwojowe. To dzięki tym dwóm ścieżkom państwa zyskują przewagę nad innymi. Obecny rząd jako pierwszy deklaruje, że będzie starał się usuwać bariery hamujące ekspansję polskich firm za granicą. Na razie idzie to słabo, bo liczba barier rośnie, ale należy mieć nadzieję, że plan wicepremiera Mateusza Morawieckiego choć trochę umożliwi szybszy rozwój.

Jeśli jesteśmy już przy kwestiach energetycznych - mających strategiczne znaczenie w naszej części Europy - to przypomnijmy sobie, w jakich okolicznościach z Polski wyszły koncerny poszukujące gazu łupkowego oraz zawieszono projekt budowy elektrowni atomowej. Rząd w Warszawie właściwie zrezygnował z tych dwóch gałęzi przemysłu pod presją Berlina, Paryża i Brukseli. W zamian nie uzyskał nic. No może poza stanowiskiem dla Donalda Tuska. Stało się tak dlatego, że nie wiemy, kim chcemy być dla Unii i czym Unia ma być dla nas. Nie może ona być przecież celem samym w sobie. Dla najsilniejszych państw jest kolejnym narzędziem do osiągania własnych celów.

Mariusz Staniszewski dla Wirtualnej Polski

wp

**Mariusz Staniszewski** - zastępca redaktora naczelnego tygodnika "Wprost", wcześniej był publicystą "Do Rzeczy" oraz redaktorem naczelnym kwartalnika "Rzeczy Wspólne". Kierował także działem krajowym "Rzeczpospolitej". Ukończył nauki polityczne na Uniwersytecie Wrocławskim.

Polub WP Opinie
wp
wp
wp
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.