wp

Marcin Makowski: Wniosek po wizycie Tuska jest jeden. Nie ucieszy ani rządu, ani „liderów opozycji”

Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz. Gdy nie można mocą żadną, wykrzyczanych cofnąć słów, co zostaje z historycznego „marszu do prokuratury” Donalda Tuska? Niewiele odnośnie istoty sprawy, czyli kulisów relacji polskiego wywiadu z rosyjskimi służbami, ale za to wiele odnośnie układu sił w polskiej polityce. Bo pomimo tego, że Tusk piastuje stanowisko w Brukseli, swoją podróżą do Warszawy dobitnie pokazał, że de facto jest politykiem krajowym. I na opozycji nie ma konkurencji.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Marcin Makowski: Wniosek po wizycie Tuska jest jeden. Nie ucieszy ani rządu, ani „liderów opozycji”
(PAP/EPA, Fot: Paweł Supernak)

Jeśli z całej środowej wizyty szefa Rady Europejskiej w Warszawie - obdzierając ją z medialnej i ulicznej otoczki - wypływa jakiś ważny polityczny wniosek, brzmi on następująco: lider polskiej opozycji jest jeden. Nie nazywa się Grzegorz Schetyna, Ryszard Petru ani Mateusz Kijowski, tylko Donald Tusk. Wbrew pozorom jest to konstatacja dosyć smutna, ponieważ fakt, że były premier który od dwóch lat (teoretycznie) nie uczestniczy w krajowej polityce, może budzić większe emocje niż trzech wymienionych wcześniej panów razem wziętych, pokazuje w jak wielkiej ideowej próżni dryfuje polski parlamentaryzm. Jeżeli inscenizowana na spontaniczną, a w rzeczywistości ocierająca się o patetyczną groteskę podróż Pendolino z Gdańska do Warszawy urasta do miana wydarzenia epokowego - istnego przewrotu kopernikańskiego w polskim życiu publicznym - jak to świadczy o jego jakości? Złośliwie można powiedzieć, że wśród ślepców, nawet jednooki jest królem, a tłum partyjnych działaczy na dworcu urasta do rangi vox populi.

Dyskretny urok PR-u

wp

"To będzie w światowych mediach" - ekscytowała się jedna z komentatorek w TVN24, emocjonalnym tonem relacjonująca moment, w którym "prezydent Europy" sunął otoczony BOR-em przez dworcowe korytarze. "Donald Tusk już awansował do show Johna Olivera, gdy mówił o Brexicie" - dodała, podkreślając z jak niesamowicie wpływowym politykiem mamy szczęście obcować. "Czerwień, najgorętsza ze wszystkich barw, od najdawniejszych czasów była kolorem życia i skrajnych uczuć. Często jest uznawana za kolor kolorów. W niektórych językach jest synonimem słowa ‚kolorowy’, zaś w innych słowa ‚piękny’. My witaliśmy Tuska z miłością i pięknie!" - tłumaczył mazowiecki KOD, który specjalnie na tę okazję przygotował czerwone kartoniki z podobizną przewodniczącego.

Można się śmiać z jarmarcznego spektaklu, który towarzyszył wizycie Tuska. Można wytykać jego fałszywą skromność, gdy rzekomo w kontraście do rządu szedł pieszo do prokuratury. W końcu w samym 2011 roku trasę Warszawa-Gdańsk pokonywał rządowym embraerem ponad 90 razy, co przy cenie ok. 30 tys. zł za lot, daje 2,5 mln zł rocznie. Jeden spacer tego faktu nie zmieni, ale ma istotną przewagę, którą Prawo i Sprawiedliwość zlekceważyło. Tam, gdzie Donald Tusk odseparowując się od kompromitującego towarzystwa ulicznych krzykaczy i mógł się wykazać większą swobodą, pokazał na czym polega PR-owy urok prostych gestów. Udowodnił, że jak za dawnych lat nie boi się konfrontacji, czuje się swobodnie w będącej koszmarem Bronisława Komorowskiego wymianie zdań z przypadkowo napotkanymi ludźmi. Żartuje, argumentuje z pozycji siły - nawet jeśli jest ona bardziej myśleniem życzeniowym niż jego autentycznym apanażem. Nie wszystko wypadło już jednak tak gładko, jak kiedyś. Pomiędzy patosem a groteską panuje bowiem cienka granica, którą choćby pozdrawiając swoich zwolenników z okna "niczym papież", DonaldTusk chwilowo przekraczał.

Wymuszona spontaniczność

wp

"Nie mogę narzekać na gościnność prokuratury. Dostałem i kawę i herbatę i nawet wodę też. Cała sprawa ma charakter wybitnie polityczny. Poinformowałem prokuratora, że stawiłem się ze względu na szacunek do państwa polskiego. Poinformowałem, że mój urząd objęty jest immunitetem i użyję go gdy dowiem się, że śledztwo jest prowadzone celowo aby utrudnić mi pełnienie funkcji szefa Rady Europejskiej" - mówił Donald Tusk chwilę po wyjściu z ośmiogodzinnego przesłuchania, w którym asystował mu Roman Giertych. W swoim stylu - ironicznie, z poczuciem wyższości, nieumiejętnie skrywanym za postawą państwowca. Dostał szansę, więc na ile mógł, postanowił ją wykorzystać. I na nic zdają się dzisiaj utyskiwania, że wmieszał się w krajową politykę, krytykując działanie prokuratury i rządu. Co z tego, że być może rozpoczął właśnie kampanię prezydencką, przyznając tym samym rację Prawu i Sprawiedliwości, które z argumentem upolitycznienia szefa RE przegrało w nierównym brukselskim pojedynku?

W środę 19 kwietnia stało się jasne, że choć ciałem poza Polską, duchem Donald Tusk krajowej polityki nie opuścił. Być może nie pozwala mu na to ambicja i po przegranej w wyborach prezydenckich z Lechem Kaczyńskim, musi sobie coś w życiu jeszcze udowodnić. Dzisiaj to oczywiście czystej wody spekulacje, ale mając świadomość, ile pracy od strony przemyślenia strategii wizerunkowej kosztowała Donalda Tuska zabawa w marszałka Piłsudskiego wracającego z Magdeburga, zupełnie zasadnie można sobie zadać pytanie: czy szef Rady Europejskiej wysilałby się na marne? Śmiem wątpić, a patrząc na kompletną posuchę na opozycji i rozpaczliwe wołanie o lidera, którego z wypiekami na twarzy oczekiwali nawet partyjni podopieczni Grzegorza Schetyny, nie mam wątpliwości, że jeśli Tusk do Warszawy przyjedzie raz jeszcze, to już w roli kandydata do głowy państwa. A świat z rewnością na chwilę wstrzyma oddech. Ja natomiast mam nadzieję, że w międzyczasie w tle tych wszystkich medialnych wojenek wydarzy się rzecz ważniejsza, acz mniej spektakularna. Mianowicie, że dowiemy się jak to możliwe, że polski wywiad wojskowy chwilę po katastrofie smoleńskiej podjął współprace z rosyjskimi służbami z taką swobodą, jakby chodziło o wymianę studencką. Ciekawe, czy także podczas przesłuchania, Donald Tusk miał równie dobry humor.

Marcin Makowski dla WP Opinie

Polub WP Opinie
wp
wp
wp
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.