wp

Anastazja Potocka. Taka hrabina, jaki Sejm

"Anastazja P." (skrót od szlacheckiego nazwiska "Potocka") to autorka erotycznych memuarów w scenerii polskiego Sejmu, które na krótko wstrząsnęły polską opinią publiczną na początku lat 90. Sama Anastazja przyznaje jednak, że naprawdę nazywa się Marzena Domaros i nie jest żadną hrabianką, tylko dziennikarką i korespondentką w Sejmie. Szybko okazało się, że i to było kłamstwem: nie miała żadnej akredytacji, ani dziennikarskiego wykształcenia. I to jeszcze nie wszystko: okazało się również, że nawet nie napisała własnych wspomnień, a uczynił to pewien autor widmo, który zresztą szybko się zdekonspirował.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Anastazja P. w dokumentach z szafy Lesiaka
Anastazja P. w dokumentach z szafy Lesiaka (East News, Fot: AGENCJA SE/WOJTEK RZAZEWSKI)

Publikujemy fragmenty książki "Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP" Patryka Pleskota, która własnie ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Był ranek, wrzesień 1992 r., Kraków. Jerzego Skoczylasa, dziennikarza związanego ówcześnie m.in. z radiem RMF, obudził dzwonek telefonu.
- Słucham? - wysapał do słuchawki.
- Czytujesz "Nie"? - usłyszał głos Romana Górskiego, szefa kontrowersyjnego wydawnictwa BGW, jednego z największych w branży w tamtym czasach.
- Czasami - pytanie było pozorne, bo obaj utrzymywali kontakty z Jerzym Urbanem i jego pismem.
- A czytałeś o tej kur…, co się pie… z połową posłów z Sejmu?
- Czytałem - Skoczylas oczywiście kojarzył sprawę pewnej korespondentki "Le Figaro", podpisującej się jak Anastazja Potocka, która zapowiedziała ujawnienie sensacji dotyczących intymnego życia posłów. O sprawie informował w wywiadzie z Potocką właśnie brukowiec "Nie".
- Jesteś z nią umówiony na jutro - stwierdził Górski i, nie czekając na odpowiedź, odłożył słuchawkę.

wp

Obaj spotkali się kilka godzin później. Górski dał Skoczylasowi milion zł. (odpowiednik dzisejszych 100 zł.), by ten zaprosił kobietę na obiad i wybadał, czy jej rewelacje są czegoś warte.

Skoczylas pojechał do Warszawy, spotkał się z "hrabiną" w umówionym miejscu. Z początku był sceptyczny. 25-letnia, dość elegancko ubrana, nie za szczupła, mierząca ok. 170 cm. kobieta o okrągłej twarzy wzbudziła jego nieufność. Nie rozumiał, co ci wszyscy posłowie mogli w niej widzieć. Ocenił jej urodę jako banalną, zwrócił uwagę na grube łydki i głęboki dekolt. "Czy to prawda, co wypisuje o niej «Nie»?" - pomyślał.
Szybko przyłapał ją na kilku niepotrzebnych kłamstwach. Był bliski zakończenia rozmowy.
- Nie znasz siły kobiecej zemsty - oznajmiła nagle zdeterminowana Marzena Domaros. - Zgwałcił mnie marszałek Ludwik Kern!

Skoczylas spojrzał na nią przeciągle. Kern, marszałek Sejmu, był współzałożycielem prawicowego ugrupowania Porozumienie Centrum (na czele z Jarosławem Kaczyńskim), dawnym działaczem opozycji z piękną kartą obrońcy w procesach politycznych.
- Podpiszesz się pod tym? - zapytał Skoczylas.
Chwilę potem szybko umówił się na kolejne spotkanie i pożegnał się z "hrabiną".

- Prezesie, mamy hit! - wykrzyknął do słuchawki, kiedy wykręcił numer do Górskiego.
Zaledwie miesiąc później maszynopis, sporządzony przez Skoczylasa był gotowy. Nazwę drukarni znały tylko cztery osoby - tak, by nikt z Sejmu nie mógł zablokować publikacji. Niedługo potem 400 tys. egz. cienkiej książeczki zalało rynek i roszeszło się jak świeże bułeczki. Skoczylas otrzymał 4 proc. od ceny hurtowej egzemplarza.

wp

Ze świata fantazji do świata polityki

W istocie wychowała się we wsi Góra pod Starogardem Gdańskim w niewielkim pokoju z kuchnią w czworakach, pozostałościach po PGR. Mieszkała tam z rodzicami, siostrą Lucyną, a potem i córeczką Nadzieją, o której nic w pamiętnikach nie pisze (może to i dobrze). Lucyna pamięta, że Marzena - zgodnie ze swym imieniem - od zawsze marzyła, by wyrwać się z tych ponurych dekoracji i osiągnąć coś więcej niż debiut w "Kociewskim Magazynie Regionalnym".

Skala współpracy z Radiem Gdańsk jest trudna do odtworzenia. Za to rzeczywiście pracowała na pół etatu w „Głosie Wybrzeża”. W Gdańsku, o czym milczą jej wspomnienia, poznała wszelkie cienie i blaski miejskiego życia: imprezy, romanse, picie i palenie. W efekcie zaszła w ciążę i urodziła dziecko, które wychowywali głównie dziadkowie i opiekunki. Z Gdańska wyniosła też przekonanie o możliwościach, jakie daje własne ciało i łóżko.

East News
Podziel się
wp

Nauczyła się również oszukiwać i kraść. Sama przyznawała potem w tygodniku "Nie", że podczas tzw. Igrzysk "Solidarności" zdefraudowała część pieniędzy, które powierzali jej różni ludzie na potrzeby tej imprezy. W sumie wyłudziła kilkanaście milionów zł., czyli równowartość ówczesnej średniej rocznej pensji. Wykradła również firmową pieczątkę "Głosu Wybrzeża" i wyłudzała pieniądze od firm, obiecując im miejsca reklamowe w dzienniku.

Korzystała z każdej nadarzającej się okazji. Pewnej znanej w Trójmieście lekarce zabrała dwa złote pierścionki. Sąsiedzi stracili pieniądze, zbierane przez Domaros rzekomo na blokowy domofon. Inne mieszkanie opuściła bez płacenia czynszu. Zabrała nawet pieniądze emerytce, która opiekowała się jej córeczką. Gdy grunt pod jej nogami zaczął się palić, a ofiary kradzieży zaczęły pukać do redakcji "Głosu Wybrzeża", postanowiła uciekać dalej. Za żer wybrała sobie Warszawę.

Bardzo duże oczy

Był kwiecień 1992 r., miesiąc przed słynną ustawą lustracyjną i "nocną zmianą", w wyniku której upadł rząd Jana Olszewskiego. W tym gorącym okresie Marzenie, dopiero co osiadłej w stolicy, udało się poznać dwóch polityków, zasłużonych działaczy "Solidarności". Tadeusz Jedynak miał jej zaproponować masaż stóp, a Alojzy Pietrzyk - masaż piersi. Brak rozstrzygających dowodów, że tak było naprawdę. To jednak oni, jak się wydaje, istotnie wprowadzili tajemniczą "hrabinę" do Sejmu.

wp

Przedsiębiorcza kobieta wyskrobała żyletką z dowodu osobistego nazwisko "Domaros" i słowo "Zblewo" (gdzie się faktycznie urodziła), wpisując w zamian "Potocka" i "Kraków". Z nędznie podrobionym dowodem i kapeluszem na głowie zdobyła akredytację dla dziennikarzy, umożliwiającą jej poruszanie się po Sejmie. Rozpowiadała, że jest nieślubną córką hrabiego Potockiego, która przyjechała do Polski z Francji, by odzyskać rodowy majątek Walewice (nigdy nie należał on do tej rodziny). Co jeszcze śmieszniejsze, przekonywała, że jest byłą żoną Bogusława Lindy. (…) Można tylko zachodzić w głowę, jak poszukiwana przez policję oszustka, posługująca się marnie podrobionymi dokumentami i grubymi kłamstwami, mogła przez kilka miesięcy krążyć po salach parlamentu i alkowach poselskich hoteli?

Sama Anastazja miała na to pytanie prostą odpowiedź: "każdy, kto zobaczy moje piersi, zrobi wszystko, czego zażądam". "Każdą najbrzydszą babę wystarczy wpuścić do Sejmu na 24 godziny, by wyleczyć ją z kompleksów […] Większość myśli tylko o tym, żeby napić i popieprzyć. Seks, wóda i ploty" - z właściwym sobie stylem, wyszlifowanym przez Skoczylasa, tłumaczyła w "pamiętnikach" Co jednak znamienne, nie była to opinia odosobniona. Jerzy Dziewulski, sam były poseł, pytany o te sprawy przez dziennikarzy "Newsweeka", przyznawał: "w Sejmie dominują samce, które obracają się wyłącznie w swoim towarzystwie. Jak zobaczą babę, to głupieją". Z kolei w rozmowie z dziennikiem "Polska" dodawał: "panowie przy Wiejskiej obracali się cały czas w swoim gronie, trochę już sobą i tym męskim towarzystwem zmęczeni […] Anastazja P. wzbudzała zainteresowanie, na dodatek była kobietą do poderwania. W każdym razie, jak to się mówi, nie trzeba się było nachodzić, żeby ją poderwać".

East News
Podziel się

Domaros nie cechowała się kanoniczną pięknością. Jerzy Dziewulski tak ją opisał: "trochę pulchna, z wielkim biustem, nic szczególnego". Nie dostrzegał w niej dobrego stylu. Ale podobno miała zmysłowy głos i niezwykły dar słuchania. Wpatrywała się w mówiącego z szeroko otwartymi oczami, wyrażającymi pełne uwielbienie i przekonanie o mądrości rozmówcy. "Była z tych kobiet, które mężczyzni uwielbiają: słuchała, kokietowała, sprawiała, że rozmówca czuł się najważniejszym i najmądrzejszym facetem na ziemi" - powiedział tej samej gazecie inny polityk, pragnący zachować anonimowość. Gdy do wielkich oczu dodamy obcisły żakiet nałożony na nagie ciało i mniej lub bardziej skąpe mini, uzyskamy receptę na sukces. Kto by się w takiej sytuacji przyglądał dowodowi osobistemu i badał związki z "Le Figaro"?!

wp

Granat w szambie

Jeden z artykułów poświęconych aferze z Anastazją P. rozpoczyna się znamiennymi słowami: "Marzena Domaros wrzuciła do szamba granat. Nieźle wtedy ochlapało naszą młodą, jeszcze pachnącą świeżością demokrację". Co tak naprawdę zrobiła? Zaskakująco niewiele. To, że na jej temat niezwykle zwięźle i niechętnie wypowiadali się sami posłowie, można jeszcze zrozumieć - zwłaszcza, kiedy te wypowiedzi mogły usłyszeć ich żony. Jednak i sama Domaros, piórem Skoczylasa, niewiele tak naprawdę mówi. Gdy z jej „pamiętników” zedrzeć lukier (a może błoto) plotek, złośliwości, pustosłowia i autokreacji (bardzo niekiedy widocznej), uwidoczni się naprawdę tylko garść sensacji, i to niesprawdzonych.

Anastazja może i wrzuciła granat, ale ofiar śmiertelnych było mało. Najbardziej ucierpiał pierwszy "bohater" wspomnień - ówczesny marszałek sejmu Andrzej Kern. "Hrabianka", prawie jak Hichcock, zaczyna od trzęsienia ziemi i już na początkowych stronach oskarża polityka o gwałt. "Położył dłoń na swojej męskości i powiedział: Weź tego skur…syna". Tak zaczyna się ta historia. Już te parę słów pokazuje przy okazji - powiedzmy - specyficzny styl "wspomnień". Z racji tej poetyki nie będziemy tutaj przytaczać ich większych fragmentów. Spragnieni taniej i niewysokich lotów sensacji mogą zerknąć do oryginału.

Można by się zastanawiać, czy nie podchodzimy do tego zbyt lekko. Gwałt to przecież przestępstwo i krzywda – co z tego, że wyrządzona oszustce. Poruszamy się tu jednak po bardzo cienkiej linii interpretacyjnej. Brakuje rozstrzygających dowodów. Ani Domaros, ani Kern nie weszli na drogę postępowania sądowego. Bez wątpienia ta pierwsza chciała się na marszałku zemścić - powodem rzeczywiście mógł być gwałt, ale nie można wykluczyć innych powodów. Wątek ten jeszcze się pojawi. W każdym razie były marszałek zmarł w 2007 r. i nie może się już bronić - trudno go zatem oskarżać. Dodatkowy smaczek całej sprawy polega na tym, że akurat tuż przed rozpocząciem kariery Domaros Polska żyła historią ucieczki córki Kerna, Moniki, z ukochanym. Rok później na tej podstawie Marek Piwowski nakręcił film "Uprowadzenie Agaty".

- Choć, jak każdy mężczyzna, noszę przy sobie narzędzie gwałtu, nikogo nie zgwałciłem - mało elegancko przekonywał Kern po publikacji "pamiętników". Twierdził, że autorka pomówień nawet nie zasługuje, by wytoczyć jej proces - co było zgrabnym wybiegiem. Dwie publiczne afery związane z marszałkiem w tak krótkim czasie spowodowały jednak, że jego kariera polityczna legła w gruzach. Zasłużony działacz opozycji, zaangażowany w niezależne inicjatywy już od 1956 r., a rozsławiony bronieniem opozycjonistów w procesach politycznych lat osiemdziesiątych, nigdy nie wrócił już do pierwszej ligi polityków. W 1993 r. nie ubiegał się o reelekcję.

Między prawdą a łóżkiem

Czy z "pamiętników" da się więc wyciągnąć jakieś fakty dotyczące Domaros i jej sejmowych przygód? To trudne zadanie, mamy bowiem do czynienia ze swego rodzaju podwójną zasłoną: po pierwsze, Domaros zmyśla i wiele prawdziwych informacji miesza z wymysłami, plotkami, pomówieniami. Oddzielenie faktów od mitów to jak wybieranie maku z popiołu w bajce o Kopciuszku. Po drugie, taką mieszankę funduje ostatecznie Jerzy Skoczylas, a nie sama "Anastazja" - nie wiemy więc, w jakim stopniu zapisywał jej myśli i fantazje, a ile dodał od siebie.

W rezultacie pewnych stwierdzeń jest jak na lekarstwo. W kilku miejscach uwidaczniają się zapewne poglądy Domaros (albo Skoczylasa...)
- Ja chronicznie nie cierpię kobiet, a młodych dziewczyn w szczgólności, bo są głupie - pisze w pewnym momencie. Czy to szczere przekonanie, czy może niewinny żart Skoczylasa na samej "Anastazji"?...

(…) Skoczylas opisał "hrabinę" jako kobietę o wyraźnie lewicowych poglądach, popierającą aborcję, krytycznie nastawioną do konserwatywnych wartości. Stwierdziła, że gdyby zaszła w ciążę ze Stefanem Niesiołowskim, usunęłaby ciążę. Lubowała się w obnażaniu (często dosłownym) hipokryzji i obłudy, którą dostrzegała wśród posłów prawicy. Ostro krytykowała dekomunizację. Wykpiła słynny projekt lustracji, który przyczynił się do obalenia rządu Jana Olszewskiego: twierdziła, że przez niedyskrecję posłów trzymała w ręku listę parlamentarzystów - tajnych współpracowników SB. Była za to wyrozumiała dla „lwów lewicy”: w Kwaśniewskim podobał jej się "złośliwy humor", Miller miał być za to świetnym kochankiem, a Józef Oleksy - "świetnym politykiem, świetnym dyplomatą, bardzo inteligentnym człowiekiem".

Lubiła się wyzywająco ubierać, nie miała większych oporów przed przyjmowaniem dwuznacznych (a czasem zupełnie jednoznacznych) zaproszeń i propozycji. "Nigdy mężczyznie nie mówi się «nie» - stwierdziła wprost w "pamiętnikach". Dlatego tak trudno ocenić sytuację z Kernem, do której doszło w pokoju marszałka. Poszła tam dobrowolnie. Swą "śmiałość" tłumaczyła chęcią dotarcia do źródeł informacji, ale w jej wspomnieniach nie ma ani jednego, dosłownie żadnego fragmentu, w którym zostałaby opisana jej konkretna praca dziennikarska (jest tylko parę ogólnikowych wypowiedzi lub kłamstw - np. o pracy w miesięczniku "Ona"). Co prawda to nie Domaros wymyśliła metodę zdobywania interesujących materiałów przez łożko, ale twórczo tę metodę zmodyfikowała: zatrzymała się bowiem na samym łóżku i to o nim zamierzała pisać.

Bestsellerowe bzdety

Po raz pierwszy sprawę „Anastazji” zaczął nagłaśniać Jerzy Urban i jego „Nie”. Jak sam wspomina, latem 1992 r. przebywał w Sopocie. Pewnego razu zatrzymał się przy straganie, chcąc kupić sandały. Sprzedawca zapytał go, czy nie chciałby poznać historii jego znajomej, Marzeny, która weszła w relacje z wieloma posłami.

- "Przyszła do naszej redakcji i zaczęła opowiadać, jak buszowała w Sejmie" - mówił niedawno Urban "Newsweekowi" - "Traciła już wzięcie […]. Posłowie zaczynali się jej bać, a ona chciała zaistnieć […] Nikt nie miał pewności, że to, co mówi, to stuprocentowa prawda, ale jak się rozmowa ukazała w «Nie», to moi ówcześni koledzy nie zaprzeczali".

Po latach były rzecznik rządu PRL zarzeka się, że to nie on doprowadził do powstania "wspomnień" w celu skompromitowania swych przeciwników politycznych. Pozostaje faktem, że użyczył Domaros łam swego pisma. To również on polecił "hrabiankę" swemu dobremu znajomemu, Romanowi Górskiemu z wydawnictwa BGW. Górski walnie przyczynił się do rozkręcenia biznesu z pismem "Nie", wypłacając dwa lata wcześniej Urbanowi astronomiczne honorarium za jego prześmiewczą, acz ciekawą książkę "Alfabet Urbana" - największy bestseller polityczny młodej polskiej demokracji. Teraz mógł odwdzięczyć się koledze i zainteresować go historią "Anastazji P.". Górski zaś, jak wiemy, zlecił wybadanie sprawy Jerzemu Skoczylasowi, blisko zresztą związanemu (według niektórych opinii) z Urbanem.

"Oczy Stefana jak czarna kawa"

Marzenie Domaros nie było dane długo cieszyć się wątpliwą, ale prawdziwą sławą. Jej szczyt przypadł na jesień 1992 r. Podczas promocji książki zapowiadała kandydowanie do Sejmu. Myślała o startowaniu z Łodzi, gdzie jej rywalem byłby… Leszek Miller. Jak widać, ciągnęło wilka do lasu, ale żaden komitet wyborczy jej nie chciał. Ogłosiła też rozpoczęcie kariery muzycznej. Atrakcja sezonu z natury nie może jednak trwać wiecznie. Kończyła się również dobra passa "Anastazji". Do Sejmu mogłaby wrócić rzeczywiście tylko jako posłanka, w innym wypadku, jako miejsce żerowania, był już spalony. W dodatku na początku listopada 1992 r. uwodzicielka została zatrzymana przez policję pod zarzutem niepłacenia rachunków w hotelu "Sobieski". Tego brzydkiego nawyku nabawiła się jeszcze w Gdańsku. Wyszła po paru dniach za kaucją. Kłopoty z prawem będą od tej pory jej chlebem powszednim, choć żaden z posłów nie wystąpił na drogę sądową z powodu "pamiętników" - za wyjątkiem Stefana Niesiołowskiego, który wygrał rozprawę z pewnym łódzkim dziennikiem przedrukowującym fragmenty książki.

W kolejnych miesiącach i latach próbowała - z coraz bardziej żałosnym skutkiem - wzbudzać zainteresowanie opinii publicznej. Latem 1993 r., niedługo przed przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi, na słupach ogłoszeniowych można było dostrzec plakat przedstawiający Domaros w czarnym kapeluszu. Zdjęciu towarzyszył duży napis „Anastazja P. śpiewa” i tytuł „Oczy Stefana”. Drobniejszym drukiem informowano: "naga prawda o kandydatach na posłów do Sejmu RP", "już w sprzedaży na kasecie i płycie kompaktowej". (…)

East News
Podziel się

Domaros, póki miała pieniądze ze sprzedaży pamiętników, starała się bywać w towarzystwie, śpiewać, tańczyć, wydawać książki - słowem wypracowywać pozycję celebryty. Dziś, w dobie Internetu, portali społecznościowych i reality shows, miałaby znacznie łatwiej. Doprawdy, żeby pojawić się na Plotku czy Pomponiku wystarczy "osiągnąć" znacznie mniej niż Domaros. Ponad dwadzieścia lat temu nie było takich możliwości. Przedsiębiorcza kobieta próbowała inwestować, sprawdzić się w biznesie. Trudno tu jednak o konkrety. Sama twierdziła, że pracowała na Śląsku i zajmowała się… eksploatacją hałd węglowych. Innego razu przekonywała swych znajomych, że jest prezesem firmy paliwowej. Kilka lat temu ponownie pojawiła się u Jerzego Urbana, pozując na kobietę interesu. Ze swoimi skłonnościami do konfabulacji oraz obchodzenia prawa własności - by użyć możliwie oględnego sformułowania - nie mogła na trwałe zaistnieć w tej sferze. I nie zaistniała.

Miękkie podbrzusze prawicy

Nie ulega wątpliwości, że "Erotyczne immunitety" uderzają przede wszystkim właśnie w polityków prawicy. Pomijając lewicowe poglądy ich bohaterki, trzeba zwrócić uwagę, że "Anastazja" niby opisuje "samców" różnych opcji, ale najbardziej dostaje się właśnie konserwatystom. Jeszcze jaskrawiej widać to w "twórczości" muzycznej Domaros. Reklamowane przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi piosenki uderzają już tylko i wyłącznie w liderów prawicy. Ewidentnie stają się elementem kampanii mającej ich skompromitować.

Jest znamienne, że główna ofiara książki Domaros i Skoczylasa, marszałek Jerzy Kern, był jednym z głównych polityków Porozumienia Cenrum, ugrupowania założonego i kierowanego przez Jarosława Kaczyńskiego. W szafie płk. Lesiaka odnaleziono wiele szczególowych informacji dotyczących życia politycznego, ale też prywatnego najważniejszych działaczy PC, z Kaczyńskim włącznie. Wiedziano, ile lat ma jego kot, co Kaczyński lubi przyrządzać do jedzenia i dlaczego się nie ożenił. Jednocześnie ugrupowanie to było postrzegane jako jedno z głównych zagrożeń dla starego establishmentu i części jego przywilejów, którym nie zaszkodziła zbytnio transformacja ustrojowa. I tak w końcu maja 1992 r. PC poparło projekt uchwały lustracyjnej, a kilka dni później broniło rządu Jana Olszewskiego przed "nocną zmianą". Już po wybuchu afery z "Erotycznymi immunitetami", 1 lutego 1993 r., partia wysunęła postulat dymisji prezydenta Lecha Wałęsy. Co jeszcze bardziej istotne, 5 marca tego roku to właśnie Jarosław Kaczyński poinformował o istnieniu tajnej instrukcji UOP nr 0015/92, a dwa tygodnie później zreferował jej treść. Z oczywistych względów ugrupowanie to nie było więc ulubieńcem "miłych chłopców z UOP".

Nie jest też żadną tajemnicą, że pomysł na "wspomnienia" narodził się w środowiskach związanych z postkomunistyczną lewicą. Rola Urbana i jego tygodnika "Nie" co prawda nie jest jasna, niemniej to właśnie tam Domaros skierowała swe pierwsze kroki. "Nie" zaangażowało się też w nagłaśnianie jej historii i w jakiś sposób włączyło się w proces tworzenia książki. Podobnie wydawnictwo BGW charakteryzowało się bliskimi związkami z politykami dawnego systemu. Szef oficyny, Roman Górski, znany był z wypłacania horendalnych honorariów byłym tuzom PRL, którzy publikowali u niego swoje mniej lub bardziej pokrętne memuary.

Zastanawiający jest jeszcze jeden wątek: czy rzeczywiście aura tandetnej arystokratyczności i głęboki dekolt mogły wystarczyć Marzenie Domaros do rozpoczęcia sejmowego (po)życia? Dziennikarz Mateusz Matyszkowicz wątpi w taki scenariusz. Ścigana za oszustwa i kradzieże dziennikarka-stażystka z Gdańska, która przenika do Sejmu, rozsiewając absurdalne kłamstwa na swój temat i posługując się amatorsko sfałszowanym dowodem? To wciąż brzmi dla niego mało wiarygodnie. "Gdzie były służby"? - pyta dziennikarz, słusznie zauważając, że ich zadaniem było przecież chronić polityków przed takimi "hrabiankami". Można dopowiedzieć, że służby miały chronić również np. przed samozwańczymi konsulami, z czego wywiązywały się średnio. Skoro Czesław Śliwa mógł samowolnie (choć krótko) działać w epoce późnego Gomułki, to dlaczego Domars nie mogła pozostawać bezkarna (też niedługo) w chaotycznej epoce raczkującej III RP?

Łatwość kariery "Anastazji P." może jednak stanowić przesłankę, która pozwala na formułowanie przez niektórych badaczy hipotezy o tym, że "hrabina" przeniknęła do środowiska parlamentarzystów na polecenie i dzięki pomocy służb. Taka wersja ma jednak swoje słabe strony. Zakłada bowiem, że macki UOP sięgały naprawdę głęboko i wyłowiły pannę Domaros jeszcze w Gdańsku lub tuż po przyjeździe do Warszawy. Trudno byłoby w to uwierzyć, gdyby nie jeden wątek. I tutaj musimy powrócić do porzuconej sprawy prywatnej alkowy "Anastazji P.".

Po otwarciu szafy Lesiaka wśród dokumentów odnaleziono informacje, które miały pochodzić właśnie od Domaros. Materiały te nie są jednak dostępne dla badaczy. Można jednak zapoznać się z zeznaniami świadków. W rozpoczętym w 1997 r. śledztwie starano się odpowiedzieć na pytanie, czy "Anastazja P." działała na polecenie służb, a ściślej: zespołu płk. Lesiaka. Nieznany z nazwiska oficer UOP niejasno stwierdzał, że owe informacje dostarczała nie sama Domaros, lecz "jakaś osoba związana z zespołem Lesiaka" . Oficer nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, czy „Anastazja” świadomie uczestniczyła w przekazywaniu tych danych. Z kolei prezes BGW, Roman Górski, przekonywał, że Domaros często mówiła mu o swoich związkach z UOP; przekonywała, że dobrze znała niektórych oficerów. Miała raz nawet zaaranżować w swoim mieszkaniu spotkanie Górskiego z Gromosławem Czempińskim - ostatecznie spotkanie nie doszło od skutku.

Śledczy nie ukrywali sceptycznego podejścia do zapewnień Domaros, referowanych przez Górskiego - i chyba słusznie. Sama "Anastazja" również została wezwana na przesłuchanie. Przez chwilę znowu znalazła się w centrum zainteresowania. Zachowawczo przekonywała jednak, że nigdy nie współpracowała z UOP.

W 1998 r. prokuratura wystąpiła do Urzędu z oficjalnym zapytaniem, czy Marzena Domaros była współpracownikiem, a może pracownikiem tajnych służb. Nie doczekała się odpowiedzi. Taka postawa tylko podsycała plotki. Jeden z członków sejmowej komisji służb specjalnych miał dowodzić, że w czasie swej sejmowej kariery „Anastazja” spotykała się z niektórymi osobami w mieszkaniach konspiracyjnych UOP. Urząd miał pokrywać część jej wydatków i płacić za przejazdy. Podobno została wysłana do Gdańska z misją znalezienia materiałów kompromitujących na Mieczysława Wachowskiego, szarej eminencji gabinetu Lecha Wałęsy. Nie sposób udowodnić tych rewelacji. We "wspomnieniach" Domaros pojawia się jednak sprawa wyjazdu do Gdańska, gdzie wspomniany wcześniej, tajemniczy "biznesmen" miał obawiać się jej kontaktów właśnie z UOP. Czyżby w tej opowiastce kryło się zatem ziarno prawdy?

W toczonym w latach 1997–1999 śledztwie pojawił się wątek, który być może jest kluczem (wytrychem?) do wyjaśnienia całej sprawy. Roman Górski w swych zeznaniach stwierdził bowiem, że Domaros mieszkała z oficerem UOP, który zapewniał jej ochronę. Sama Domaros rozwinęła ten wątek: twierdziła, że żyła w związku z byłym, a nie czynnym funkcjonariuszem, który postanowił wykorzystać romans z Marzeną i jej wiedzę do ponownego wkupienia się w łaski urzędu. Mężczyzna o inicjałach M.F "napisał jakieś notatki i chciał, żebym się pod nimi podpisała. Ale ja tego nie zrobiłam" - tłumaczyła pokrętnie "Anastazja". Ta historia ma się zresztą nijak do opisów spotkań z "Erotycznych immunitetów".

East News
Podziel się

Nie można wykluczyć, że chodzi o kolejną konfabulację Domaros. Jednak fakt, że wątek chłopaka z UOP i przekazywania tej służbie informacji pojawia się w różnych źródłach, zdaje się wskazywać na jego autentyczność. Pozostaje otwarte pytanie, jaki był rzeczywisty charakter kontaktów Domaros z tajnymi służbami (zespołem Lesiaka?) oraz jakie wpływy i możliwości miał jej ówczesny partner.

Od hrabiny do prostytutki

Co zatem kryje się za matrioszką, którą jest postać Marzeny Domaros? Dla prawicowych publicystów to prostytutka pracująca dla służb. Bronisław Wildstein dodaje, że „Erotyczne immunitety” to opis „doświadczeń prostytutki, występującej pd pseudonimem Anastazja Potocka”. Wspomnienia te „skutecznie zużyte zostały przeciw przeciwnikom politycznym (głównie prawicy, ale nie tylko) naczelnego «Nie»”. Wypowiedzi publicystów lewicowych (np. cytowanego już Urbana) tak naprawdę nie różnią się w ocenie zachowania Domaros, choć zaprzeczają hipotezom o jej związkach z UOP czy "Nie".

Już w 1993 r. Włodzimierz Kalicki przekonywał w "Gazecie Wyborczej", że Marzena była produktem swej epoki: "w normalnych czasach dostałaby od rektora w akademiku pokój dla samotnej matki i wyżywałaby się co najwyżej w akademickim radiowęźle. W naszych niezbyt normalnych czasach, gdy kwalifikacje kierownika klubu lub oganizatora studenckich rajdów wystarczają, by kierować partiami politycznymi, grzać ławy poselskie i zza rządowych biurek przebydowywać kraj, Marzena-Anastazja miast gwiazdą akademika została hrabiną, francuską korespondentką i heroiną Sejmu". Heroiną i afrodyzjakiem.

Znak Horyzont
Podziel się
Trwa ładowanie
.
.
.
Głosuj
Głosuj
0
Trafne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Podziel się na Facebooku
wp
wp
wp